Jak mówi tytuł, sporo dziś terenu, ale takie z prawdziwego zdarzenia :-) Najpierw odwiedziny wyschniętego dna Jeziora Kowalskiego i jazda po mulistym dnie. Potem wjazd w jakieś łąki, potem troszkę drogami polnymi, aby kilka kilometrów grząźć w miękkiej, świeżo zaoranej glebie, następnie znowu troszkę dróg polnych i chodnikiem do domu, bo lamp nie wziąłem a zrobiło się ciemno.
Taki sobie spontaniczny wypadzik przedwieczorny, po pracy. Jazda po dzisiejszej nawierzchni dała moim nogom w kość, ale co zrobić jak się to po prostu kocha. Cisza, spokój, ja, mój rower i ta dzicz dookoła :-)
Ślad trasy dla ciekawskich: No i 4 ździsie: Zachodni brzeg Jeziora Kowalskiego - z pięknej zatoczki, zrobiła się mała sadzawka.
Po śladach przy brzegu, widać że off roadowcy nie próżnują.
Przez noc deszcz padał intensywnie i kiedy się rano obudziłem, wiedziałem że jazda będzie dziś mokra. Jednak, gdy się uszykowałem i wsiadłem na rower, padać przestało, no może tylko tak delikatnie kropiło co nieco z liści, więc w razie czego w plecaku woziłem kurtkę na deszcz.
Wybrałem się nad Jezioro Kowalskie, nie odwiedzane przeze mnie już od dłuższego czasu. Ciekawy byłem stanu poziomu wody w zalewie, gdyż z docierających do mnie obrazków od znajomych, w zalewie jest najniższy poziom wody w całej jego kilkudziesięcio letniej historii. Jezioro Kowalskie jest sztucznym zbiornikiem hydrotechnicznym z dwiema zaporami i rzeczywiście stan wody jest w tym roku bardzo niski, ale nie martwi mnie to zbytnio gdyż jako zbiornik wyrównawczy ma chyba do tego służyć. Jedyne co martwi mnie najbardziej to czystość wody, a wygląda ona tak źle, że nie będę się wypowiadał - mój zasób wulgarnych słów jest zbyt mały, aby coś przekonywującego wnieść w tym temacie...
Mimo wszystko Jezioro Kowalskie i tak jest piękne, szczególnie z poziomu kilku wyższych skarp w okolicy wsi Jerzykowo, skąd można podziwiać panoramę zbiornika. Potem pojechałem oczywiście do lasów Puszczy Zielonki, gdzie jak to w moim zwyczaju bywa, meandrowałem po różnych mniej i więcej przejezdnych ścieżkach. W lesie robi się coraz bardziej kolorowo, choć do apogeum złotej jesieni jeszcze troszkę zostało, może jakieś 2 tygodnie, bo lasy bukowe są nadal całkiem zielone. Drogi dziś były bardzo mokre, dużo wilgoci i śliskich korzeni. Rower cały ubłocony, ale ja za to całkiem suchy - jeździło mi się wyśmienicie, a jesienne kolory powodowały, że częściej niż zwykle zatrzymywałem się na krótkie postoje fotograficzne.
Tak mniej więcej wygląda ślad trasy:
A oto ździsie: Wierzonka - Barcinek
Niski stan wody na Jeziorze Kowalskim
Widok na Jezioro Kowalskie ze skarpy w Jerzykowie.
Barcinek - aleja kasztanowa
Puszcza Zielonka - jazda po lesie między Ludwikowem, a Dębogórą.
Puszcza Zielonka - Rezerwat Przyrody Las Mieszany w Nadleśnictwie Łopuchówko.
Choć lekko niewyraźne, to wprawne oko dojrzy dwa daniele.
Dni już całkiem krótkie, coraz mniej czasu do kręcenia za dnia......
Po tygodniu pracy i deszczowej pogody, nadeszła sobota i upragniona chwila relaksu. Dobrze się złożyło, że dziś deszcz już nie padał i można było w suchych lumpach pośmigać po lesie. Tak właśnie po lesie, bo tęskno już mi za nim było powoli. Towarzystwa dotrzymywała mi dziś koleżanka Natalia, która na wycieczkę ze mną wybrała się od razu po ukończeniu wymagającego biegu na Dziewiczej Górze, a dziś odbywały się tam właśnie zawody biegowe z cyklu "Dziewicza Góra biega" . Ma dziewczyna werwę.
Pojechaliśmy w głąb lasu i krążyliśmy wśród pięknie pokolorowanych przez jesień leśnych ostępach. Celem głównym wycieczki było malowniczo osadzone, małe Jezioro Leśne nieopodal Łopuchówka. Prowadzi do niego kręty szlak w wąwozie. Wszystko było dziś bajecznie kolorowe, co dodatkowo umilało jazdę. W lesie wilgotno, ale w wodzie i błocie nie brodziliśmy. Zrobiliśmy wspólnie ponad 40km. w samym lesie, odwiedzając takie osady w Puszczy Zielonce jak: Dziewicza Góra - Annowo - Owińska - Potasze - Pławno - Okoniec - Huciska - Głęboczek - Łopuchówko - Dąbrówka Kościelna - Stęszewice - Stęszewko - Tuczno......potem odprowadzka Natalii i do domu.
Wycieczka rowerowa spędzona w miłym towarzystwie i w pięknych okolicznościach przyrody - nic więcej mi już dziś nie trzeba.
Pogoda identyczna jak wczoraj, czyli bezchmurne niebo, wiatr ze wschodu i zimno. Dziś jednak ubrałem długie palce i wszystko było cacy. Trasa jednak w w większości pod wiatr, co wykrztusiło ze mnie wiele siły. Trasa:
Wybrałem się do Kórnika, gdzie sporo się pozmieniało od ostatniego roku. Na Rynku położono nową nawierzchnię, w tle tryskała fontanna, a nad Jeziorem Kórnickim przedłużono promenadę, dokładając takich atrakcji jak punkt widokowy na jeziorze, czy fontanna. Bardzo estetycznie to wszystko wygląda i na pewno doda Kórnikowi atrakcyjności. Podoba mi się takie podejście do tematu jak włodarzy Kórnika, aby nie odwracać się plecami do rzek, jezior, jeśli takie się oczywiście ma w granicach miasta. W tym przypadku widać, że ktoś ma głowę na karku. Czapla na Jeziorze Szczodrzykowskim
Odnowiony Rynek w Kórniku
Niech ktoś powie, że stare nie jest piękne! VW Kafer
Zamek w Kórniku to obowiązkowe miejsce odwiedzin.
Widok na Jezioro Kórnickie z punktu widokowego na promenadzie.
Fragment nowej promenady w Kórniku
Metalowe, elektryczne drzewo w ogródku przed domem w Dziećmierowie.
Po odwiedzinach Kórnika nawróciłem i jadąc z powrotem, trasę obrałem tak aby dojechać do dawno nie odwiedzonej góry piasku i gliny w Żernikach, skąd rozpościera się całkiem przyjemny widoczek na okolicę bliższą i tę dalszą, jak np. Poznań, Dziewiczą Górę... Po drodze wstąpiłem do sklepu w Dziećmiarkach i otrzymuję za darmo 3 banany od Pani sprzedawczyni, gdyż jak stwierdziła brzydko wyglądają hehe. Jak dla mnie wyglądały przyzwoicie, a smakowały niebiańsko :-) Nie wyglądają przecież źle :-)
W Gądkach przed lądowiskiem taki oto samolot nad dachami.
Góra piachu w Żernikach z daleka przypomniała mi wielką łebską wydmę :-)
Podczas podjazdu
Na szczycie hulał wiatr, kurzu wszędzie mnóstwo, księżycowe klimaty, ale widoki całkiem przyjemne.
Dziewicza Góra w oddali.
Poznań trochę bliżej...
Wiatr nieźle mnie wymęczył, ale bez przesady bo najgorzej nie było. Najfajniejsze jest to mocno świecące Słońce, które nadawało po drodze wszystkiemu kolorytu. Weekend wykorzystałem rowerowo jak tylko mogłem i mimo, że solo to nudą nie wiało. Dziękuję za uwagę i pozdrower.
Po moich ostatnich wojażach na Mazurach i Wybrzeżu zszedłem na ziemię i zatęskniłem za moimi fyrtlami :-) Odwiedziłem dziś Lednicki Park Krajobrazowy i zrobiłem sobie rześką rundkę wokół Jeziora Lednickiego, odwiedzając przy okazji najciekawsze dla mnie zakątki tego parku. Pogoda od rana była iście niebiańska. Dla mnie idealne warunki do roweru. Niebo czyste jak łza, wiatr wschodni, co zdarza się bardzo rzadko w moich okolicach i pozwoliło to, na jazdę powrotną z wiatrem w plecy. Temperatura tylko dawała się we znaki, szczególnie dla nieokrytych palców rąk....trzeba powoli odziewać się grubiej. Jednak potem zrobiło się całkiem przyjemnie i ciepło i wycieczka dookoła Jeziora Lednickiego okazała się być dziś dla mnie strzałem w dziesiątkę. A dlaczego? Popatrzcie na fotorelację...
Oto trasa:
Wyjechałem ok.11:30 z domu i udałem się najszybszym wariantem nad Jezioro Lednickie, czyli wojewódzką drogą nr 5, którą to jechało mi się ciężko, ze względu na niską temperaturę, wiatr wiejący w twarz i nierozgrzane mięśnie nóg. Do Lednogóry dotarłem nieco zmęczony, ale to w końcu 25km dojazdu - mordęgi po asfalcie. Po drodze mijam pięknie osadzone boisko w Pobiedziskach nad Jeziorem Biezdruchowskim.
Docieram nad Jezioro Lednickie w Lednogórze i pierwsze na co zwracam uwagę, to obszar tego jeziora - jest jakieś takie małe....przedtem wydawało mi się duże, teraz jednak widzę jak niewielkie mam jeziora w okolicy, porównując je oczywiście do odwiedzonego dwa tygodnie temu Jeziora Śniardwy, czy tydzień temu Jeziora Łebsko. Ale jednego Lednicy odebrać nie można - uroku i czystej wody :-) Jezioro Lednickie - widok z plaży w Lednogórze
Prom na Ostrów Lednicki
Wiatrak w Dziekanowicach
Spichlerz dworski z XVIII w.
Jadąc dalej w kierunku Siemianowic, natrafiam na pole truskawek. Połykając pierwszy kęs, poczułem się jakby była wiosna... W truskawkowych Siemianowicach skręciłem w drogę polną, prowadzącą do Waliszewa. Po drodze wjechałem na pobliskie, najwyższe wzniesienie tegoż parku krajobrazowego - Wzgórze Waliszewskie 125m.n.p.m Tutaj też zrobiłem sobie miły postój, a nawet powiem biwak :-) Truskawka - w październiku smakuje jak raj :-)
Wzgórze widokowe Waliszewo
W tym miejscu na Wzgórzu Waliszewskim wiatr nie wiał i aż żal było mi wstawać.
Po waliszewskim biwaku, ruszyłem dalej, na drugi brzeg Jeziora Lednickiego. W Imiołkach podjechałem oczywiście nad brzeg jeziora w moim tajemnym miejscu, skąd rozlega się całkiem przyjemny widok na wodę, potem szybkie odwiedziny Pól Lednickich, ze wszystkim znaną "Bramą Rybą" Stadnina koni w Imiołkach
Widok na Jezioro Lednickie z plaży w Imiołkach.
Zawsze jak jestem w tym miejscu, uzmysławiam sobie skąd mój ród.
Potem już powrót z wiatrem w plecy, okolicznymi asfalcikami. W sumie dojazd i powrót to chyba z 80% wycieczki i najpiękniejsze co widziałem po drodze, to najprawdziwsza, polska, złota jesień. Taki oto wehikuł czasu.
Trakt Bednarski - złota jesień.
Bednary - Zielonka. Za te barwy uwielbiam jesień!
To by było na tyle dzisiaj. Wyszło dobre 7 dyszek, które mimo przeważającego wiatru w plecy czuję nieźle w nogach. Ale o to, w tym wszystkim chodzi, aby cieszyć się pięknem otaczającej nas przyrody, zażywając przy tym ruchu :-)
Pierwszy weekend październikowej, pięknej, polskiej, złotej jesieni, wybrałem się z tatą, wykorzystując wspaniałe prognozy nad Morze Bałtyckie, do Łeby. Planem głównym było objechanie dookoła Jeziora Łebsko, trzeciego pod względem obszaru jeziora w Polsce. Podróż autem, z rowerami na pace przebiegła bezstresowo i zajęła 6h z postojami. W Łebie byliśmy ok. 9 rano i od razu, po znalezieniu pokoju, zaczęliśmy przygotowania do wycieczki. Rozpakowanie rowerów, śniadanie i szybka ocena pogody....nie było kolorowo jednak. W Łebie od rana wisiała bardzo gęsta mgła, która trochę psuła nam humory przed wyjazdem, a mieliśmy w głowach przecież te piękne punkty widokowe przy Jeziorze Łebsko... Jednak jak już dojechaliśmy taki kawał drogi, to na rowery wsiąść i tak musieliśmy, więc z nadzieją na wychodzące Słońce, wyruszyliśmy na szlak.
Oto trasa:... ...... Trasę zaczęliśmy od znalezienia drogi rowerowej R10, którą jechaliśmy większą część południowego brzegu Jeziora Łebsko, wjeżdżając przy okazji do Słowińskiego Parku Narodowego. Trasa prowadziła w większości przez przepiękny nadmorski las. Podziwialiśmy dorodne iglaste bory, z przepięknym, czystym runem. Las jakiś taki inny od tego, którym widokami raczę Was na co dzień (Puszcza Zielonka). Na pofałdowanym terenie, metrowej wysokości paprocie pokrywały duże połacie lasu, a grzybów nie byłem w stanie naliczyć. Po lewej zaś stronie cieszyliśmy oczy bagiennymi trawami i wystającymi spod nich, uschniętymi konarami brzóz. W Gaci podjechaliśmy jeszcze na przystań rybacką, gdzie można było zakupić świeżą rybę prosto z Jeziora Łebsko. Jadąc przez ten las, zauważyliśmy że niebo błękitnieje, a chmury się przerzedzają, a to dobry znak :-))) Zaraz po przyjeździe do Łeby, wypakowaliśmy rowery.
Słowiński Park Narodowy wita żółtodziobów z Wielkopolski.
Jazda przez zalesioną część Słowińskiego Parku Narodowego, wśród paproci.
Młody lis wygrzewający się w pierwszych promieniach Słońca.
Przystań rybacka w Gaci nad Jeziorem Łebsko. sieci rybackie ... .....
Po przejechaniu przez takie miejscowości jak Żarnowska, Gać i Izbica, kierowaliśmy się już żółtym szlakiem, który prowadził przez kolejne niesamowite miejsce. Rezerwat Przyrody Bagna Izbickie, bo o tym warto szerzej tutaj wspomnieć, to kilkukilometrowy odcinek, który poprzez swoją dziką urodę zapadnie mnie i mojemu ojcu na długo w pamięci. Żółty szlak zrobił się po prostu nieprzejezdny, bynajmniej większość rowerzystów by tak stwierdziła, zresztą o fakcie tym informują tablice przed wjazdem. Dla nas jednak innej drogi nie było i musieliśmy wręcz zobaczyć co to są za bagna. Mówiąc w skrócie.....Tam gdzie bagno było przejezdne, poruszaliśmy się wąskim singlem, przerytym przez dziki, wśród trzcin i traw, a tam gdzie woda stała po pas, wybudowano specjalne drewniane kładki, którymi sprawnie posuwaliśmy się do przodu. Widok z obu stron był przepiękny - prawdziwa dzicz! Sarna dobrze się maskuje
żeremie
Droga nieprzejezdna dla rowerów :-)))
Wjeżdżamy do rezerwatu Bagna Izbickie
dzicz ... ..... Po przedostaniu się przez bagna, zrobiło się gorąco i trzeba było się troszkę rozebrać. Słońce świeciło już w pełnej krasie, więc humory się nam polepszyły, zważywszy na to, że za chwilę podziwiać będziemy przepiękny widok na ogromne Jezioro Łebsko, z wieży widokowej w Klukach. Przedtem jeszcze oglądamy stare słowińskie chaty, w Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach. Jednak widok na ogrom Łebska zrobił na nas ogromne wrażenie. Miejscówka jest rewelacyjna, a wieża widokowa ulokowana jest w miejscu skąd podziwiać można panoramę na całe Jezioro Łebsko. Widać stamtąd także ruchome wydmy na drugim brzegu, oraz okoliczne wzniesienia jak np. Rowokół i Czołpino. Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach.
Wieża widokowa w Klukach
robię foty
Jezioro Łebsko robi wrażenie - końca nie widać.
Pomost nad Jeziorem Łebsko w Klukach.
Wydma w oddali
Czołpino Na pomoście zrobiliśmy sobie śniadanie.
Wspólne zdjęcie nad Jeziorem Łebsko w Klukach. ... .....
Po tych widokowych atrakcjach ruszamy dalej. Żółty szlak odbił, a my poruszaliśmy się po szlaku czerwonym, prowadzącym na wydmy i potem na brzeg Bałtyku. Po dojechaniu na wydmy, musieliśmy klika kilometrów pchać rowery, bo wiadomo po takiej piaskownicy jechać się nie da, ale widoki tego ewenementu rekompensują wszelki wysiłek włożony w pchanie rowerów. Jedną z największych atrakcji tej właśnie wycieczki, spotkaliśmy na szlaku do wydm, a jest nią żmija zygzakowata, której nigdy jeszcze spotkać okazji nie miałem na żywo. Troszkę się przestraszyłem jej syczenia, choć nie była duża, na oko jakieś 40cm. Widok na wydmę z Łokciowego.
żmija zygzakowata
No to pchamy :-)))
Widzimy już morze :-)))
Ostatni piaszczysty odcinek wydmy i idziemy nad brzeg Morza Bałtyckiego. ... ..... Spacer po wydmach dał nam nieźle w kość, dlatego zaraz po zejściu na brzeg Bałtyku zrobiliśmy sobie krótki, choć bardzo żywiołowy odpoczynek. Ja nawet wszedłem do wody i stwierdzam, że woda była tak ciepła, jak podczas lipcowych wakacji! Czekała nas teraz najcięższa część wycieczki. Jazda prawie 20km. po plaży była istnym sprawdzianem siły i charakteru! Jechać dało się tylko tuż przy dobijających falach morskich, w tym wilgotnym piasku cofającej się fali, gdyż tylko w tych miejscach podłoże było w miarę twarde. Jechaliśmy tak kilkanaście kilometrów z prędkością nie przekraczającą 12km/h. a woda morska odbijała się od nas jak od falochronów. Buty pełne były wody i piasku, a rower oblepił się cały w piasku i wyglądał jak bałwan. W pewnym momencie zaczęliśmy się potwornie męczyć, ale jak błogosławieństwo stanął nam znak informacyjny z napisem "Wydma Łącka". To był znak, że czekała nas jeszcze jedna przeprawa przez największą wydmę i potem już kilka kilometrów przez las do Łeby. Było to bardzo wyczerpujące doświadczenie, ale wspomnienia z jazdy po plaży, po piasty w morzu pozostaną na całe życie :-) Kierunek na Łebę. Woda w Bałtyku na prawdę ciepła. Tym właśnie torem jechaliśmy prawie 20km. po plaży w kierunku Łeby.
Po lewej Bałtyk, po prawej wydmy.
Jedyne żywe istoty podczas jazdy po wybrzeżu.
Tata ciśnie ostro, choć wąskie opony były bezlitosne.
Pchamy rowery przez Wydmę Łącką
Pustynne widoki na Wydmie Łąckiej. ... ..... Po przejściu na drugą stronę ogromnej Wydmy Łąckiej, znaleźliśmy się na ostatnim etapie naszej wycieczki dookoła Jeziora Łebsko. Punktem pożegnalnym była wieża widokowa w Rąbce, skąd rozpościerał się jeden z najpiękniejszych widoków dzisiejszej eskapady po Słowińskim Parku Narodowym - ogromne Jezioro Łebsko w blasku zachodzącego Słońca. Ten obraz był wspaniałą widokówką tego ciężkiego rowerowo - pieszego trip'u. Zresztą zobaczcie sami: Jezioro Łebsko w blasku zachodzącego Słońca.
Podsumowując:
Trasa rowerem dokoła Jeziora Łebsko okazała się być najlepszą wycieczką mojego życia. Ze względu na piękne widoki daję jej najwyższe noty. Samo Jezioro Łebsko powala swoim ogromem. Porównując do je do odwiedzonych przeze mnie, w zeszłym tygodniu Jeziora Śniardwy jest równie wielkie, bo stojąc na brzegu, drugiego końca nie widać. Wydmy dają przyjemne doznania wzrokowe, a jazda brzegiem Bałtyku daje poczucie wolności, męcząc przy tym niemiłosiernie. Dystans to zaledwie 65km. ale trud włożony w pokonanie tej trasy, równa się 200km. jazdy po płaskim asfalcie, więc jest to trasa raczej do zaawansowanych bikerów. Polecam każdemu, kto nie był w Słowińskim Parku Narodowym odwiedzenie tego cudownego zakątka w Polsce.
W ostatni wrześniowy weekend tego roku, udało mi się spełnić jedno z moich wielkich marzeń - objechać rowerem dookoła, największe jezioro w Polsce - JEZIORO ŚNIARDWY. Najpierw jednak dokładnie zaplanowałem trasę dojazdu autem na Mazury, a dokładnie do Mikołajek, gdzie wraz z tatą i naszymi rowerami w bagażniku zawitaliśmy po 6 godzinach jazdy przed Pensjonatem "Zacisze". Potem szybkie rozpakowanie i coś przed 11:00 wyruszyliśmy na rowerową przygodę po skrawku (ale bardzo wielkim) mazurskiej ziemi, usłanej zielonymi pagórkami z pasącym się nań stadami bydła, z drewnianą architekturą, z dziewiczą przyrodą tamtejszych lasów oraz z ledwo majaczącym w oddali brzegiem najpotężniejszego Jeziora Śniardwy.
Dla lepszej orientacji po miejscach, które odwiedziliśmy z tatą, wstawiam ślad trasy gps:
Na początku wycieczki kierujemy się do Wierzby, ponieważ w tamtym miejscu przeprawić się musimy na drugą stronę Jeziora Bełdany, Wariant bez przeprawy promowej, zbyt mocno oddaliłby nas od celu wycieczki - Jeziora Śniardwy. Do Wierzby prowadziła spokojna, leśna droga. Po kilkunastu minutach zjawiliśmy się na brzegu Jez.Bełdany skąd za chwilkę przeprawił nas na drugą stronę prom o tej samej nazwie "Bełdany".
Następnie, już po przedostaniu się na drugą stronę jeziora, wyruszyliśmy z Wierzby przez rezerwat konika polskiego, gdzie jechaliśmy wąskim asfaltem dobre 10km. do Wejsun, przez przepiękny las, w większości porośnięty sosnami i świerkami. Ale największą atrakcją było spotkanie i obserwowanie na własne oczy koników polskich, które żyją sobie właśnie tutaj na wolności i pod okiem naukowców z Polskiej Akademii Nauk (PAN) skubią sobie trawkę w rezerwacie. Nie jest czymś codziennym spotkać te zwierzęta, ale nam się to udało - mieliśmy szczęście. W Wejsunach mijamy ową wioskę, obserwując kilka charakterystycznych dla tamtych miejsc chat z drewna, krytych dachówką. Następnie zmierzamy w kierunku Niedźwiedziego Rogu, podziwiając z drogi Jezioro Warnołty - jedną z wielu zatok ogromnych Śniardw.
Jesteśmy w miejscowości Niedźwiedzi Róg. Tutaj odwiedzamy przystań żeglarską "Niedźwiedzi Róg" i udajemy się do punktu widokowego, skąd po raz pierwszy zachwycamy się widokiem ogromnej wody! Jezioro Śniardwy zobaczone po raz pierwszy, robi podobne wrażenie jak widok morza. U mnie przejawiało się to chwilą ciszy....zakłócaną jednak przez szum fal jeziora. Wiał dziś silny wiatr i na Śniardwach tworzyły się spore fale, a szum jaki wydawała woda był niesamowity - nie na próżno o Śniardwach mówi się, że to "Mazurskie Morze"
Mijając Niedźwiedzi Róg skierowaliśmy się czerwonym szlakiem do Karwika, aby okrążyć jedną z największych zatok Jeziora Śniardwy - Zatokę Seksty. Jadąc czerwonym szlakiem natrafiliśmy na kilka ciekawych pól biwakowych np. Binduga Port, ale także jadąc pięknym lasem, widzieliśmy dziki i kilka potężnych, pomnikowych dębów. Potem w Karwiku znów mijamy te charakterystyczne drewniane chaty i wydostajemy się na szeroką drogę nr 63, po kilkudziesięciu metrach mamy widok z mostu na Kanał Jegliński, łączący Jezioro Śniardwy z Jeziorem Roś. Po kilku kilometrach zjeżdżamy z lewo, do miejscowości Zdory, gdzie na pomoście w Zatoce Seksty robimy sobie, krótką przerwę na czekoladę i rzut oka na mapę.
Po krótkim odpoczynku w Zatoce Seksty, pojechaliśmy polnymi drogami, na oddalony o ok 4km. półwysep Szeroki Ostrów. Miejsce to, powinno być punktem obowiązkowym każdej wycieczki nad Jezioro Śniardwy, gdyż ze 133 metrowego wzniesienia na półwyspie, rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków w całym Mazurskim Parku Krajobrazowym. (spójrzcie na mapie)
Po tych niesamowitych widokach z Szerokiego Ostrowa czułem się tak usatysfakcjonowany tą wycieczką, że nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne, a i ojcu serducho mocniej zabiło stojąc na ogromnej skarpie i mając przed oczami wielkie, wzburzone jezioro. Cofnęliśmy się potem do Zdorów, aby potem odbić do Kwiku, gdzie tuż za śluzą odnaleźliśmy kolejny ciekawy punkt widokowy. Po kilkunastu kilometrach zawitaliśmy na plaży w Nowych Gutach. Widok z plaży w Nowych Gutach jest o tyle ciekawy, że patrząc przed siebie, nie widać drugiego brzegu Jeziora Śniardwy! Niesamowita sprawa dla okolicznych mieszkańców, którzy pod nosem mają morze ze słodką wodą :-)
Objeżdżamy Zatokę Okartowską, oraz Zatokę Chudzicką i wjeżdżamy w tereny leżące przy północnej granicy linii brzegowej Jeziora Śniardwy. Podziwiamy tam pięknie pofalowane ukształtowanie terenu. Nie znaleźliśmy tam żadnych pól uprawnych, były tylko leśne wysepki i wzgórza porośnięte trawą, na których pasło się bydło. Mówię Wam - zupełnie inny świat. Nie ma tam przemysłu, żadnej fabryki, ani nawet małego zakładu.....wszystko kręci się wokół turystyki. jeśli ktoś posiada jakieś zaplecze. Tak to tylko malutkie gospodarstwa utrzymujące się z własnych produktów...mleko, mięso... Drogi gminne, to zazwyczaj leśne, szutrowe dukty, a jeśli coś lepszego, to zazwyczaj kamienny bruk na którym można było dostać "trzęsiawki". Mimo wszystko ma to dla mnie niesamowity klimat. Jadąc za Zdęgówkiem w kierunku Tuchlina, podjeżdżamy pod 137 metrową górkę, a dalej mijamy po prawej stronie, ukryte za trzcinami Jezioro Tuchlin.
Po odcinku typowo terenowym, po łąkach i szutrach, przyszedł czas na odcinek hardkorowy tzn. ok.15 km. od Dziubieli do Łuknajna po kamiennym bruku, bez możliwości zjechania na jakieś pobocze. Ja to jeszcze jakoś przeżyłem, bo jeżdżę przecież rowerem mtb, ale mój tata to nie miał już tak przyjemnie na swoim wąsko-oponowym rowerze crossowym. Po drodze minęliśmy piękny las i wyjechaliśmy w Łuknajnie, gdzie tuż przy drodze skręciliśmy na wieżę obserwacyjną, z której podziwiać można widok na Jezioro Łuknajno - jest to rozległe i niezwykle płytkie jezioro (około 1 m.), schronienie łabędzi, których bywa tu nawet 2500. Od 1977r. zostało uznane przez UNESCO za rezerwat biosfery.
Słońce zaczęło zbliżać się ku horyzontowi, ale na szczęście my już mieliśmy ostatni odcinek przed sobą, Łuknajno - Mikołajki. Dojeżdżamy szerokim szutrem do Mikołajek. Słońce już chyli się do zachodu, malując chmury na purpurowym niebie. Kręcimy się jeszcze po mikołajskiej promenadzie i szukamy wzrokiem jakiejś dobrej jadłodajni....dobijamy przy tym do 100km. i udajemy się do domu.
Na koniec w ramach dodatku do galerii, dodam kilka zdjęć z niedzielnej wycieczki pieszej (ok. 6km.) na Dybowski Róg, skąd rozpościera się kolejny, piękny widok na ogrom Jeziora Śniardwy.
Podsumowując..........brak mi słów! Mazury to jest jednak cud natury, ale to trzeba zobaczyć na własne oczy. Marzenie spełniłem - Jezioro Śniardwy widziałem, ale marzyć będę dalej i mam nadzieję odwiedzę jeszcze to jezioro wiele razy.
Dziś niedziela i cały dzień wolny, więc udało się skompletować rowerową rodzinę w składzie tata, Wojtas i ja oczywiście i pojechać rowerami na wycieczkę. A pojechaliśmy do lasu naturalnie. Wczoraj w nocy popadał trochę deszcz i drogi leśne były ładnie ubite, co dawało komfort w postaci nie grzęźnięcia w piasku, szczególnie dla taty, który posiada rower crossowy o cienkich oponach. Trasa wyglądała tak:
Po drodze oprócz niewątpliwej urody lasów, odwiedziliśmy Jezioro Miejskie w Okońcu z jego krystaliczną wodą, Dąbrówkę Kościelną i jej pagórkowate okolice, oraz podjechaliśmy na odbywającą się właśnie tego dnia największą europejską wystawę rolniczą w Bednarach - Agro Show. Przez wystawę tylko przeszliśmy główna arterią, gdyż ludzi było tak wielu, że jechać się nie dało, czego skutkiem jest tak niska średnia prędkości (żebym ja się tym przejmował).
Niech resztę dopowiedzą zdjęcia:
Ludwikowo - Pławno
Nad Jeziorem Miejskim
Jezioro Miejskie
Huciska - Zielonka
Zielonka - Dąbrówka Kościelna
Widoki okolic Dąbrówki Kościelnej
Okolice Dąbrówki Kościelnej
Dąbrówka Kościelna - z wieży kościelnej byłby niezły widok....
Dąbrówka Kościelna leży na wzniesieniu i gdzieniegdzie prześwitują ładne widoki.
Na Agro Show rolnicy szukali żony...
Mi za to spodobał się taki transformer
Niedziela udana, dziękuję za uwagę i do następnego hej :-)
Na samym początku podziękuję mojej bliskiej koleżance Martusi, że miała dziś ochotę pokręcić kilka kilometrów w moim towarzystwie, bo to właśnie dzięki niej ruszyłem dziś tyłek, a dodam że lekko nie było... Rundka po naszych pięknych lasach (Puszcza Zielonka) zrobiła dobrze nam obojgu. Już taki jestem, że widząc ciężar pokonywanych kilometrów w grząskim piasku przez moja koleżankę, szybko wyciągam pomocną dłoń i z animuszem pcham ją własnoręcznie do przodu :-) Czas minął bardzo miło i kiedy wracałem odprowadzając moją koleżankę uprzednio do domu, wstąpiłem jeszcze do ziomków mieszkających w głębi lasu, po czym zrobiło się na prawdę ciemno i chłodno, a ja bez halogenów! Można się domyślić jak wyglądał powrót w lesie, w nocy, bez światła......było hardkorowo :-)
Głównym celem dzisiejszego wypadu było wzniesienie terenu w mojej okolicy, a dokładnie to między wsiami Karłowice i Kowalskie, na polu. Tak właśnie na polu, bo aby tam dojechać, trzeba dobre półtora kilometra jechać zwyczajnie po polu, czyli miejscówka raczej dla orłów, ale warto się pomęczyć kręceniem w redlinach, gdyż wzniesienie to pnie się na 121m.n.p.m i widok jest całkiem przyjemny dla oka i pokazuje, że Wielkopolska to nie tylko monotonne równiny.
Widoki zarówno ze wzniesienia, jak i z jego okolic poniżej:
Widok ze stogu siana w Kowalskiem na wzniesienie.
Zbliżenie na Karłowice
Szczyt wzniesienia łatwo zlokalizować przy pomocy stojącego tam słupa elektrycznego. Oj gdyby zamiast słupa była tam wieża widokowa......marzenia.
Jazda po polu - w moim stylu :-)
To tak dla cwaniaczków asfaltowych....podjedź tutaj jeden z drugim po polu :-)
Widok ogólny ze wzniesienia - kierunek na Tuczno
Dziewicza Góra
A prąd słupami płynie sobie między innymi przez Wierzonkę.
Potem zjechałem polem oczywiście na nieco bardziej cywilizowane ścieżki i dalej drogami polno - leśnymi pokierowałem się nad Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie.
Odpoczynek na skraju lasu
Dawna żwirownia w Skorzęcinie
Kwintesencja polnej drogi :-)
Zawsze piękne Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie.
Potem zrobiłem jeszcze taką pętelkę na skraju Puszczy Zielonki i wyjeżdżając we wsi Wronczyn, na jednym z ostrzejszych zakrętów na trasie wyścigu Bike Challenge, zupełnie przypadkowo natrafiłem na kibicujących ziomków z bikestats: Jacek i Jarek. Bardzo miło było ich spotkać i pogadać. Potem wracając wtopiłem się w tłum i już razem z uczestnikami wyścigu, śmignąłem kawałek asfaltem, kiedy to znów zupełnie przypadkowo ktoś mnie rozpoznał i krzyknął: "Grigor" oglądam się za siebie, a tu proszę, kolejny bikestatsowicz Bobiko! Potowarzyszyłem mu jakiś kilometr, po czym skręciłem w las, życząc mu zdrówka i sukcesu w tym wyścigu. Po drodze minąłem się jeszcze z jedną przedstawicielką aktywnie kibicujących: z Asią, która popylała rowerkiem pod prąd wyścigu :-) Będąc już w mojej Wierzonce, zatrzymałem się sam pokibicować wraz moim tatą. Stanęliśmy więc przy drodze i patrzymy i gadamy, kiedy gdzieś słyszymy: "Grigor" Hhehe od razu chwyt po aparat do tylnej kieszonki i szybki szot na nadjeżdżających ziomali z Gniezna i Trzemeszna: Kubolsky i Maniek. Z nimi już okazji pogadać nie było, gdyż jeden za szybko popylał, a drugi miał banana w ustach :-)
Oto kilka ujęć z Bike Challenge:
Dwa szrpagany: Jacek i Jarek
Sznur zawodników ciągnął się na wiele kilometrów.
Jest i Bobiko :-)
Przez moją wieś przemknął Kubolsky i Maniek. Mam nadzieję chłopaki, że zapach z białej budowli po lewej dodał Wam animuszu :-)
Czy komuś to coś mówi? :-)))))
Fajny dzień na rowerze bez dwóch zdań. Pozdrawiam wszystkich ziomalów startujących dziś w Bike Challenge, których nie widziałem i tych, których widziałem.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017