Dziś to była poranna jazda marzeń. Gdy wyjeżdżałem o 6:30 z domu, termometr wskazywał -2,7*C, trawniki były białe od szronu, a słońce puszczało pierwsze promienie zza horyzontu - bajeczne widoki. Pierwsza jazda w mrozie w tym roku zaliczona. Z powrotem też było zimno, ale już powyżej zera. Ogólnie tegoroczny październik kończę z bardzo pozytywnymi wspomnieniami oraz przyjemnym dystansem. To był wspaniały miesiąc. (jutro bezrowerowo).
poranny ździś: Mroźno i kolorowo na drodze Bugaj - Uzarzewo.
Od dziś koniec złotej jesieni i początek jesieni szarej. Poza tym bez większych fajerwerków podczas dzisiejszej jazdy. Cieszy fakt, że w tym miesiącu przekroczyłem 1000km :-)))
Pogodowa idylla tej jesieni trwa nadal, więc i tej soboty wycieczki rowerowej w planach zabraknąć nie mogło. Jedynie tylko kierunek wiejącego, z dość dużą siłą wiatru wymusił na nas odwiedziny miejscowości z poniższej mapki: Jechaliśmy tak, aby z powrotem mieć z wiatrem w plecy. Tym sposobem odświeżyliśmy sobie w pamięci dawno niewidziane fyrtle. Takie jak w poniższej galerii: konie w Buszkówcu
Kolejny mglisty i ciepły poranek do pracy, a na powrocie już w towarzystwie Ani, nadal w ciepełku, rundka po gminach: Swarzędz i Kostrzyn do Pobiedzisk. droga polna z Sarbinowa do Gortatowa (gm.Swarzędz)
Kolejny mglisty poranek przywitał mnie całkiem ciepłą temperaturą, bo po 6 rano było powyżej 10*C, więc jechało się do pracy przyjemnie. Po pracy natomiast tata zrobił mi niespodziankę, bo przyjechał pod firmę, w której pracuję i czekał na mój fajrant. Potem odprowadził mnie dobre 10km i potem już końcówkę dojechałem solo. Fajny dzień.
ździsie: Poranek w Ligowcu. Mgła na lotnisku daje wrażenie stepu.
Ile to już tych pięknych, słonecznych złotych dni tej jesieni? 2, 3, a może 7? Nie wiem, nie liczę, ale jedno jest pewne - trzeba korzystać. Tym sposobem odbyłem dziś kolejną wycieczkę. Najpierw z rana we mgle, a po 8 godzinnej przerwie regeneracyjnej (praca), powrót do domu w towarzystwie Ani i zachodzącego słońca.
Ale rano był klimacik - mgła gęsta jak mleko i w dodatku noc. Dobrze, że z tyłu świeci mi Mactronic Wally, bo w innym przypadku mógłbym zostać rozjechany, (kolega z pracy, jadący autem powiedział,że mam bardzo mocną lampkę). Poza tym okulary miałem zaparowane, a z kasku kapała mi skroplona para wodna. Mimo to, do pracy dojechałem suchy i najważniejsze cały.
Po pracy, to już natomiast inna bajka. W towarzystwie Ani, w cieple i bez mgły, powrót nieco inną niż zazwyczaj drogą do domu. Ania miała dziś zdecydowanie więcej zachowanej energii po pracy, że czasem zostawiała mnie hen z tyłu, a poza tym piękna, złota jesień trwa nadal, co nas bardzo cieszy.
ździsie: ok 6:40 i jazda we mgle
Po 7 rano świta, ale mgła coraz gęstsza.
Drzewa po drugiej stronie ulicy już słabo widoczne.
Wyjazd przed wschodem słońca może czasem spowodować ciekawe doznania wzrokowe o świcie. Dziś rano właśnie tak było, ponieważ gdy słońce wschodziło obejrzałem się za plecy, a tam: świt
Piękna złota jesień trwa, a my dziś dzień wolny - nie pozostało nic innego jak dłuższa wycieczka. Celem dzisiejszego kręcenia był Las Czerniejewski, gdzie cieszyliśmy oczy przepięknymi barwami pożółkłych liści i to wszystko w temperaturze powyżej 20*C! Przy październiku to nie lada gratka dla rowerzystów, takich jak ja i Ania i po prostu nie mogliśmy tego nie wykorzystać. Oprócz lasu, podjechaliśmy też do pierwszej stolicy Polski, z zamiarem obczajenia Katedry i Rynku, a na powrotną drogę wybraliśmy spokojne asfalty w okolicy Jeziora Lednickiego.
Pierwsze kilometry po wyjechaniu z domu, okazały się być jakieś takie ciężkie i męczyliśmy się nawet na prostej - nie wiem czym było to spowodowane, jednak po kilkunastu kilometrach jakoś tak nasze nogi się przyzwyczaiły i wpadliśmy w normalny rytm kręcenia i na szczęście żadnego kryzysu po drodze nie mieliśmy. Jazda w warunkach tak barwnej i ciepłej jesieni daje tak dużą dawkę endorfin, że zmęczenie zostaje gdzieś daleko w tyle naszych głów. Wyszło 7 dyszek, co w zupełności nas dziś usatysfakcjonowało. Zarówno sobota jak i dzisiejsza niedziela, spędzona na dwóch kołach bardzo dobrze nam zrobiła, mimo odczuwalnego zmęczenia nóg.
oto trasa: . Barwna galeria ciekawostek z trasy: Wiśniewo - Jezierce
Złota jesień w Lasach Czerniejewskich
Liście lecą z drzew.
W drodze do Rakowa.
Opuszczony dworek w Rakowie (gm.Czerniejewo)
W Rakowie na pewnej zagrodzie obserwowaliśmy takie dzikoknurozwierze.
DDR Wierzyce - Czerniejewo.
Rezerwat Bielawy w Lasach Czerniejewskich
Las bukowo - dębowy.
Rezerwat Bielawy
Drewniany Kościół w Pawłowie.
Katedra w Gnieźnie zawsze robi na mnie wrażenie. Na żywo wygląda wręcz monumentalnie.
A to my na Rynku w Gnieźnie.
Ania na ul. Tumskiej w Gnieźnie.
Wątek motoryzacyjny na moim blogu - Fiat 125p w stanie idealnym.
S5 w Braciszewie.
Podziwiał nasze rowery :-)))
Ech brak słów jakie to milusie, puszyste, malusie i słodziusie.
A jakieś 10km nad nami przeleciał sobie Airbus A380.
Tym razem wraz z Anią postanowiliśmy odwiedzić trójkąt Pobiedziska - Kostrzyn - Swarzędz. Na dzień dobry wstąpiliśmy jeszcze do Iwna na kawę do babci, aby potem odbić bokami nad Dolinę Cybiny i Jezioro Swarzędzkie - dawno już w tym fyrtlu nie byliśmy. Komfortowa temperatura, sprzyjała dziś kręceniu korbą, choć rowerzystów zbyt wielu po drodze nie widzieliśmy. Ale widzieliśmy za to ładne miejsca, okraszone barwami jesieni, którymi podzielę się w galerii poniżej.
Tymczasem tak wyglądała nasza trasa: Choć dziś słoneczko z lekka chowało się za rzadką mgiełką na niebie, to i tak w bardziej zalesionych miejscach na naszej trasie, podziwiać mogliśmy feerię jesiennych barw: Nowa DDRka w PK Promno.
Alejka w Iwnie.
Młode byczki.
Droga polna Sokolniki Gwiazdowskie - Sarbinowo.
Dziewicza Góra widziana z Łowęcina.
Dolina Cybiny w Gortatowie.
Ania na kamienistej drodze w Dolinie Cybiny.
Aleja Henryka Błachnio w Swarzędzu.
Jezioro Swarzędzkie
Złota jesień.
Uzarzewo
Małe co nieco na koniec "Pod Strzechą" w Biskupicach.
Na dziś wystarczyło. Od jutra ponoć wraca ciepło powyżej 20*C, więc kto może do na rower, na spacer, na grzyby - czerpać piękno polskiej, złotej jesieni. My na pewno będziemy, więc do jutra.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017