Pożegnanie maja na rowerze, odbyło się na ddr - kach w Poznaniu. Najpierw jednak dojazd do pracy, a po pracy wbiłem się na wspomniane ddr- ki i tym sposobem pojeździłem m.in. po wartostradzie oraz wokół Jeziora Maltańskiego. Od jutra kolejny, piękny miesiąc przede mną i mam nadzieję, że będzie równie atrakcyjny rowerowo jak maj, który był po prostu wspaniały. Nad Jeziorem Maltańskim
Już rano było ciepło, a po pracy to już upał, więc w zamiarze był dojazd do domu przez las, aby jechać w cieniu. A jak przez las, to obowiązkowe odwiedziny leśnego przyjaciela Lison'a. Wymieniłem u niego przy okazji oponę, gdyż ta na której jeździłem się rozje....chała :-) Lison posiada w szopie kolekcję starych opon Dębica do koła 26 cali i one sobie po prostu wiszą i wiszą, aż niektóre parcieją zwyczajnie i szkoda byłoby ich nie wykorzystać. Tym sposobem mój zimowy Felt zyskał nowe ogumienie na kolejne parę tysięcy kilometrów - wielkie dzięki Lison :-)
Dziś obowiązkowo trzeba było się zrelaksować po wczorajszym dystansie. A jak się relaksować, to tylko na rowerze. Słońce grzało dziś mocniej niż wczoraj i nasze spalone ręce bardzo to odczuwały, dlatego wybraliśmy dziś wariant leśny po Puszczy Zielonce z kulminacją nad Jeziorem Stęszewskim, gdzie to zrobiliśmy sobie mały piknik na trawce i w cieniu. Po drodze podjechaliśmy do Czerwonaka, ponieważ znam tam pewną górkę, z której rozpościera się całkiem ciekawy widok na Poznań i okolice Czerwonaka z Dziewiczą Górą w tle.
Towarzystwa dotrzymywali mi Ania, tata i brat Wojtas :-))) Na drodze Wierzenica - Kicin
Dziewicza Góra
centrum Poznania
Jezioro Stęszewskie
Kolejny rowerowy weekend za nami i jestem bardzo zadowolony, że wracam do starej dobrej formy, kiedy mogłem jeździć dużo i zwiedzać dużo - mam świetną "motywatorkę" i jest pięknie :-)
Wybrałem się dziś z Anią i tatą na wycieczkę po Pałukach :-) Pałuki to region kulturowy w województwach kujawsko - pomorskim i wielkopolskim. Za główny cel wycieczki wyznaczyliśmy Żnin - miasto, które odwiedzałem już kilkakrotnie na rowerze, więc mogłem wykazać się jako przewodnik. Poza tym Pałuki poza aspektem kulturowym uwielbiam także ze względów krajobrazowych, ponieważ podobają mi się tamtejsze widoki, a szczególnie właśnie teraz na przełomie maja i czerwca, kiedy wiosna jest w rozkwicie - te żółte pola rzepakowe, pofałdowany teren,lasy i mnóstwo jezior, tych małych i wielkich, jak choćby Jezioro Żnińskie Wielkie, które urzekło dziś nas wszystkich.
Oto przybliżony ślad na mapie:
Wystartowaliśmy o 7 rano. Poranek był rześki i zapowiadał się piękny dzień tzn. słoneczny i bezwietrzny. Jechaliśmy przez Kiszkowo, Łopienno do leżącego już w województwie kujawsko - pomorskim Janowca Wielkopolskiego. W drodze do Janowca Wielkopolskiego
Janowiec Wielkopolski
Po krótkim postoju w Janowcu Wielkopolskim, wybieramy się w dalszą drogę. Jadąc nowym asfaltem, mijamy po drodze kilka pałuckich ciekawostek. Parcele Świątkowskie - pałucki dom
Pałac w Cerekwicy
No i dotarliśmy do Żnina. Miasto robi na nas pozytywne wrażenie. Najbardziej utkwiły nam w pamięci poniższe miejsca: Deptak w centrum Żnina
XV wieczna wieża ratuszowa na rynku w Żninie
Jezioro Żnińskie Małe
łabędzia rodzina
Kolej wąskotorowa na stacji w Żninie
ciekawy budynek żnińskiej cukrowni
Jezioro Żnińskie Duże
Po zwiedzeniu Żnina pojechaliśmy w dalszą drogę po Pałukach. Tym razem na celowniku mieliśmy takie słynne miejscowości jak Wenecja, Biskupin...W drodze powrotnej spaliliśmy sobie od słońca ręce, nosy i nogi :-) Krajobrazy Pałuk - okolice Wenecji
Wenecja - muzeum kolei wąskotorowej
Wenecja - ruiny średniowiecznego zamku
Gąsawa - drewniany kościół
Marcinkowo Górne - pomnik Leszka Białego
Grochowiska Szlacheckie - klasycystyczny pałac
To był rekordowy dystans w tym roku i cieszy fakt pokonania go w świetnym towarzystwie i nastroju. Z tatą pokonywałem już większe dystanse i mogę być pewny, że nic mu się nie stanie po przejechaniu nawet 170km. Ale przede wszystkim wielkie brawa dla Ani za przeskoczenie kolejnej poprzeczki - nieoszlifowany diament rowerowy, niepozorna, ma niezłego powera w nogach, ale największą jej zaletą jest pozytywne nastawienie, chęci i pewność siebie - trafiła mi się prawdziwa trenerka :-)
Po pracy odbiłem w stronę wartostrady w Poznaniu i przejechałem nią do centrum miasta. Pokręciłem się wokół ratusza, aby następnie wrócić nad Wartę, jadąc obok Cytadeli. Po wyjeździe z Poznania, jechałem wzdłuż Warty do samego Czerwonaka, gdzie zjadłem obiad. Potem już powrót do domu z brzuchem pełnym jedzenia - lekko nie było :-S Załadunek wielkiego elementu na barkę
Rano wyjazd do pracy bez przygód. Po pracy natomiast, w ramach krótkiej przejażdżki pojechałem nad Wartę. Dokładnie to przejechałem się terenową ścieżką wzdłuż rzeki, począwszy od Mostu Lecha w Poznaniu, a skończywszy na przystani wodnej w Czerwonaku. Potem odbiłem troszkę do lasu w PK Zielonka i wyjechałem w mojej kolorowej Wierzonce. Dziś był piękny, ciepły dzień. most kolejowy nad Wartą (Poznań - Koziegłowy)
Wycieczka można powiedzieć spontaniczna i dystans jaki dziś zrobiliśmy wziął się z przypadku, gdyż pomyliliśmy miejsce celu po prostu - miało być Ludwikowo za Mosiną, a nie Ludwikowo za Śremem :-) Jednak dobrze wyszło, bo zwiedziliśmy tereny, którymi nigdy jeszcze nie jeździliśmy i kilka ciekawych miejscówek. Zaliczyliśmy Rogaliński Park Krajobrazowy i część Wielkopolskiego Parku Narodowego, choć w tego drugiego już się nie zagłębialiśmy - to temat na następny wypad.
Żeby jednak ten wpis dobrze się przeglądało, na początek wstawiam przybliżony zarys trasy na mapie:
Spotykam się o 9:00 z Anią w Swarzędzu i stąd ruszamy w trasę pełną przygód :-) Ania zaczyna piaszczysty podjazd w okolicy wsi Mieczewo.
Ja jadę z przodu i wyglądam szlaku....
Po drodze, w miejscowości Kamionki, mijamy las słupów energetycznych o kolosalnych rozmiarach.
Zawitaliśmy w Śremie, gdzie na Rynku zrobiliśmy sobie przerwę, aby potem wyruszyć w dalszą drogę, już po drugiej stronie Warty. Śrem bardzo się nam podoba. Ciekawe miasto z urokliwym bulwarem przy królowej Wielkopolskich rzek. Ania i Grigor w Śremie
Warta w Śremie
Ania nad śremskim bulwarem
Motorówka na Warcie w Śremie.
Jadąc dalej, bocznymi drogami ze Śremu do Mosiny podziwiamy ciekawe widoki doliny Warty, ale także 290 metrowy stalowy maszt RTCN Śrem, który robi naprawdę wielkie wrażenie z bliska. Tam w dole płynie Warta, a bliżej falują sobie łany jęczmienia.
Zbliżamy się do masztu RTCN Śrem.
290 metrowy maszt RTCN Śrem.
W miejscowości Psarskie natykamy się na przepiękny pałac z 1867 roku w stylu neogotyckim, gdzie oczywiście robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Pałac w Psarskiem
Jadąc dalej odwiedzamy kolejny ciekawy zabytek. W miejscowości Jaszkowo mieści się odrestaurowany pałac - hotel Antoniego Chłapowskiego, położony w pięknym parku. Pałac w Jaszkowie.
Jesteśmy w Mosinie, w miasteczku słynnego "Eleganta" - któremu też zdjęcie zrobiłem :-) Ale zanim się tam dotarliśmy, musieliśmy przejechać Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym, gdzie nie zawsze było komfortowo, ze względu na ruchome piaski i lejący się z nieba żar i wiatr czołowy na odkrytych terenach :-) Fragment NSR przez Rogaliński Park Krajobrazowy.
Gdzieniegdzie i taki koń jak Grigor musiał pchać maszynę - siły trzeba oszczędzać :-) Ania w tym momencie trzaskała mi zdjęcia.
Elegant z Mosiny
Kiedy na naszych licznikach wybiła magiczna liczba 100km. docieramy do właściwego celu naszej wycieczki - do szpitala w Ludwikowie, gdzie odwiedzamy babcię Ani, przebywającą na rehabilitacji. Tam kawka, ciasto majonezowe, miłe pogawędki i czas wracać przez Puszczykowo, Luboń do Poznania, w którym to wbijamy się na nową Wartostradę. Trzeba przyznać, że po wybudowaniu tej świetnej drogi rowerowej, tereny przy Warcie w Poznaniu odzyskały miano rekreacyjne dla mieszkańców tego miasta. Wartostrada w dolnym, prawym rogu.
Piękna nawierzchnia na Wartostradzie.
Kończąc, pewnie Ania będzie narzekać, że dała ciała wybierając dziś trasę, że dupa bolała i różne takie.....Ale nie wie dziewczyna, jaką mi radość sprawiła (może nawet nieświadomie), kierując nas w te fyrtle - przecież jechaliśmy zupełnie nowymi drogami, a to sprawia nam największą radość w turystyce rowerowej - jest też jeden skutek tej wycieczki - maksymalny dystans tego roku dla mnie, a dla Ani ever :-)))) To pozostanie w pamięci. Dziękuję :-)
Ps. Dzisiejsza prędkość max została osiągnięta z pewnej górki z Ludwikowa w lesie, bez pedałowania. Po tej wycieczce nie obędzie się bez sudokremu :-))))
Kto by się spodziewał, że dziś trzasnę taki dystans, zważywszy na to, że wstałem o 11:00?! Ano tak to już jest, kiedy ma się odpowiednie towarzystwo. Dziś wspólnie z Anią i tatą, wybraliśmy się na wycieczkę do Wrześni.
oto trasa:
Pogoda była piękna do roweru, tzn. temperatura ok.16*C i wiatr w plecy. Jedynie słońca trochę brakowało. Jednak koniec końców jechało się przyjemnie i komfortowo, tempem wycieczkowym, choć czasem musiałem stopować Anię, bo rwała do przodu jak dzik notecki :-) Jeśli chodzi o atrakcje po drodze, to mi najbardziej w pamięci utkwił pomnikowy Dąb Bardszczyn w Barczyźnie, choć urokowi wrzesińskiemu Rynkowi odmówić również nie mogę. Ania i mój tata Krzysztof - moi towarzysze.
Jazda bocznymi drogami sprawiała nam wielką przyjemność. Noskowo.
Dinozaur w ogródku w Marzeninie.
Stalowa wieża telekomunikacyjna we Wrześni. Czy ktoś wie jaką ma wysokość?
Nasza trójka na Rynku we Wrześni.
Dąb Bardszczyn w Barczyźnie. Wiek - 400-500 lat, obwód - 446cm.
Do Wrześni dojechaliśmy z wiatrem w plecy, z powrotem było już gorzej, ale nie najgorzej - twardym trzeba być, czego przykładem może być prąca do przodu Ania, zadziwiająca mnie i tatę swoją energią.
Rano jak wiadomo jazda do pracy, aby po pracy zrobić sobie totalny chillout rowerowy z moim ziomkiem o dźwięcznej ksywie Lison (czyt. Lajson) :-) Dzięki Lis, za tą klimatyczną przechadzkę po polach :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017