Korzystając z okazji odwiedzin rodzinnych stron, zrobiłem malutką przejażdżkę w towarzystwie Marty i Zuzi po miejscach z mojego dzieciństwa :-) Przemiło było znów zobaczyć ścieżki, którymi hasałem w wieku kilku lat :-) Obowiązkowo czeka mnie objazd ziemi gostynińskiej latem tego roku!!!
Sentyment do wsi Rogożewek mam tak wielki, że cieszył mnie widok każdego drzewa, łąki, stawku, wierzby......stacja w Rogożewie to już w ogóle odlot! Na dopełnienie dodam, że dziś po raz pierwszy usłyszałem śpiew skowronka i dla mnie była to MIAZGA!!! (Marty sekwencja) Krótka przejażdżka dała mi prawdziwą radość i już nie mogę się doczekać na coś grubszego na rowerze!!! Marto i Zuziu dziękuję - to był świetny pomysł przed obiadkiem :-***
TRASA:
ździsie: Marcowanko u kotów - u ludzi zwie się to ru....nko :-)
Gdzie po torach gałganie!
Gagarin relacji Płock - Gostynin.......dalej już nie wiem gdzie pędził...
Nasza wspólna fotka na stacji w Rogożewie
Na prośbę Zuzi wstawiam zdjęcie sprzed szkoły w Emilianowie :-)
Latem planuję konkretny objazd Gostynińskiego Parku Krajobrazowego, tymczasem dobre i 6 kilometrów :-) Buziaczki dla współtowarzyszek :-*
Dziś wpadłem na pomysł pojechania gdzieś dalej, ale z dojazdem na start z rowerem na pace samochodu. Za cel obrałem tereny w gminach: Janowiec Wielkopolski, Damasławek i Żnin. Po wypakowaniu roweru w Janowcu, pojechałem asfaltem w zupełnie nieznane mi jeszcze tereny. Najpierw Damasławek, o którym myślałem że to jakieś takie większe miasteczko, jednak tak jak szybko tam wjechałem, tak szybko byłem już poza miasteczkiem. Nic szczególnego nie utkwiło mi tam w pamięci, oprócz może pokrzywionego roweru, przypiętego do płotu.... Jadę więc dalej.....wjeżdżam do Wapna, tam moją uwagę przykuwa jakiś ogromny zespół budowli z cegły. Moloch był opuszczony, nic się tam nie działo, zresztą w całym Wapnie nic się nie działo, choć może to małe miasteczko, to ulice były tam zupełnie puste. Za Wapnem skręciłem już za granicę Województwa Wielkopolskiego i przywitałem wioski i lasy w Kujawsko - Pomorskim.
Pogoda się zupełnie zmieniła! Jak do Wapna miałem Słońce i wiatr w plecy, tak z powrotem musiałem smagać się na wietrze i oglądać chmury zza pomarańczowych okularów. Jednak jechało mi się dobrze, gdyż w głowie miałem perspektywę odkrywania nowych terenów, po których rowerem nigdy nie jeździłem. Tym sposobem odwiedziłem ciekawy dworek i kościół w Srebrnej Górze, przejeżdżałem przez wioskę o zajebistej nazwie - PARYŻ :-) gdzie oczywiście ku uciesze przejeżdżających rolników robiłem sobie samojebkę. Potem jeszcze kilka biednych wiosek po drodze, ucieczki przed kundlami i na koniec zwiedzanie wnętrza opuszczonego kościoła w Zrazimiu.
Do auta stojącego na parkingu w Janowcu Wlkp. wróciłem bardzo zmachany przez ten wiatr, ale warto było zrobić taki wypad, bo połączyłem przyjemne z pożytecznym (BMW - rower) :-)))
Tak wyglądała trasa:
Całą resztę dopowiedzą ździsie:
Rynek Janowca Wlkp.
Takie jabza rosły po drodze
Unia wybudowała i jedzie się szybko
Jak na znaku
Z Damasławka to utkwiło mi w pamięci...
to też...
Wieża ciśnień w Damasławku
Moloch w Wapnie
Nieco bliżej
oldschool w Wapnie
Jakiś kiczowaty lokal w Wapnie
Już wiem gdzie muminki mieszkały....
Było tez troszkę nieznanych lasów
Srebrna Góra - Dom Opieki Społecznej
Brama dworska i kościół św.Mikołaja w Srebrnej Górze
wiejskie klimaty i zapachy po drodze - uwielbiam to!
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017