Dzisiejszy leśny wypad nie wyróżniałby się niczym nadzwyczajnym od innych, jednak było dziś kilka zdarzeń które zmieniły zwykłą jazdę po lesie na wycieczkę z atrakcjami pozostającymi w pamięci na długo. O ile spotkanie z dzikami było dla mnie jak zawsze czymś ekscytującym, to nie zrobiło to na mnie tak dużego wrażenia jak malutki zajączek, dreptający sam po lesie....
Otóż zatrzymałem się na skraju lasu w celach fizjologicznych i kiedy po skończonej czynności, usłyszałem jakiś szelest w liściach za moimi plecami.....pomyślałem, że to jakiś ptak. Jednak wielkie zdziwienie pojawiło się na mojej twarzy widząc malutkiego jak piąstka zajączka. Biedaczek był tak malutki i bezbronny i w dodatku walczył usilnie z kilkoma gryzącymi go mrówkami, że zrobiło mi się go zwyczajnie żal. Jednak wiedziałem, że w takich przypadkach praw przyrody nie zastąpię i jedyne w czym mogłem mu pomóc, to zdjąć z jego puszystego futerka te kilka natrętnych mrówek, do czego użyłem patyka oraz nalałem mu troszkę wody z bidonu. Myślę że napotkałem ów zajączka w chwili, kiedy jego mama była właśnie na żerach. Młody siedział sobie grzecznie pod gałązką i z pewnością czekał cierpliwie za mamą.
Jeśli chodzi o wycieczkę, to trasa prowadziła w większości duktami PK Puszczy Zielonka oczywiście. W lesie spokój, drogi niekiedy suche i piaszczyste. W Dąbrówce Kościelnej jutro jest chyba jakiś odpust, bo wesołych miasteczek nastawiali bez liku. Ciepły dzień był też dzisiaj i ubrałem się na krótko, w końcu jeszcze mamy lato, ale czuć już powolutku powiew jesieni....
Wczoraj miałem piękny rowerowy dzień i nogi dostały niezły wycisk, jednak dziś jest nowy dzień i jedziemy z koksem dalej. Od rana miałem wielką ochotę na spokojny rozjazd wśród drzew, w ciszy, po drogach leśnych, ale wyjechałem dopiero późnym popołudniem, bo deszcz skutecznie stopował mój zapał. Ale wyjechałem w końcu do tego lasu i jeździło mi się wyśmienicie.
Puszcza Zielonka zroszona była kroplami wody, piaskowe zazwyczaj drogi zrobiły się przyjaźnie ubite i twarde, przez co jazda była taka jaka być dziś dla mnie powinna - lekka. Ciśnienie w oponach spuściłem do niecałych 2-óch atmosfer i drogami leśnymi niemal płynąłem. Jeździłem też po "ścieżkach" wytyczonych przez zwierzęta, gdzie zwykły śmiertelnik nie wjeżdża nigdy, chyba że na grzyby. Lubię tak czasem meandrować w sercu lasu, czuję się jak kamień w nerce - jest mi tam dobrze, ale natura podpowiada że długo tam nie zagoszczę, bo nie jest to naturalne środowisko, jestem tam tylko gościem, przedzierającym się przez krzaki i zbierającym pajęczyny z twarzy.
Dwie godzinki spokojnej jazdy w zupełności mi wystarczyły. Zaciągnąłem się świerkową żywicą, posłuchałem stukotu dzięcioła, rozdwoiłem kilka kałuż i w kroplach narastającego deszczu wróciłem zadowolony do mojego naturalnego środowiska, do domu.
ździsie:
Gdybym dostał rolę w "Smerfach" byłbym Smerfem - Rowerzystą :-)
Czasem wycinka drzew ukazuje takie oto perełki.
stukot dzięcioła
Choć woda jeszcze ciepła, nad Jeziorem Miejskim w Okońcu ani żywej duszy.
Co jak co, ale wycieczka na Wał Wydartowski staje się moim corocznym rytuałem powoli i w imię tej zasady postanowiłem dokonać tego czynu i w tym roku. Tym sposobem rzuciłem hasło kilku moim, dobrym i zawsze entuzjastycznie nastawionym ziomalom z tamtych okolic i nie tylko, właśnie na podbój tego sporego wzniesienia, znajdującego swoją kulminację na wysokości 167m.n.p.m nieopodal wsi Duszno w gminie Trzemeszno, ale już w granicach Województwa Kujawsko - Pomorskiego.
Na początku wyjechałem z domu w towarzystwie taty, który już po 5km. złapał laczka, wjeżdżając na sporego gwoździa, dlatego na spotkanie z Mateuszem vel Rolnikiem spóźniliśmy się 10min. ale nie było źle, bo na miejsce zbiórki w Gnieźnie przyjechaliśmy na czas. W Gnieźnie czekali na nas: niestrudzony robochłop Pan Jurek :-) Kubolsky wraz z Agnieszką i Maniek z Trzemeszna. Potem ruszyliśmy już w stronę Wału Wydartowskiego, po tamtejszych fyrtlach i ładnych utwardzonych nawierzchniach, a to dlatego gdyż nie czułem się jeszcze na tyle pewny fizycznie, aby robić tak długą trasę w ciężkim terenie. Po drodze dołącza się do nas ekipa z Trzemeszna i okolic w składzie: Świder i Sebek wraz z Anetką i tym sposobem zrobiło się nas już sporo, co bardzo mnie ucieszyło i zarazem zdziwiło.
Po tym spotkaniu rolę przewodnika przejął Sebek - lokalny globetrotter, który chyba jak nikt inny zna te tereny. Oczywiście jadąc pod przewodnictwem Sebka nudą wiać nie może i dlatego nawierzchnia zmieniła konsystencję z twardej na miękką z domieszką kamieni, ciężkich podjazdów, zjazdów, pięknych pagórkowatych widoczków, jazdy po łące i tego typu :-))) Było na prawdę ciekawie, bo wjechałem na Wał Wydartowski od strony zupełnie mi nieznanej i może trochę bardziej wymagającej, ale za to piękniejszej.
Po dojeździe do celu wycieczki, od razu udałem się na wieżę widokową, w celach fotograficznych. Pogodę do obserwacji mieliśmy całkiem dobrą, dlatego z tarasu dostrzec można było wszystkie najciekawsze punkty. Uwielbiam tamtejszą panoramę, będąc na wieży czuć że jest się wysoko, a widoki rekompensują wszelakie trudy dojazdu. Co można zobaczyć z wieży, to zostawiam w galerii poniżej. Pod wieżą zrobiliśmy sobie popas i miła pogawędkę, a było nas tylu że ciężko było z każdym pogadać na raz :-) Kiedy po dłuższym czasie postoju, zaczęło nagle mocniej wiać i na niebie zaczęło pojawiać się coraz więcej chmur, postanowiliśmy ruszyć w drogę powrotną.
W drodze powrotnej zaczęliśmy odczuwać skutki silnego zachodniego wiatru, a nasza ekipa sukcesywnie się pomniejszała, najpierw pożegnaliśmy Świdra, Mańka, Sebka i Anetkę, potem w Gnieźnie odłączył się Kubolsky z Agnieszką i potem Pan Jurek. Na końcu rozjechaliśmy się z Mateuszem i ja wraz z tatą ostatnie 30km jechaliśmy sami do domu. Po wyjeździe z Gniezna mieliśmy tak silny wiatr w twarz, że rower stawał w miejscu, ale musieliśmy być twardzi i nie było mowy o stawaniu. Najgorsze było to, że nawet z górki musieliśmy mocno pedałować i ten odcinek dał moim nogom taki wycisk jak dawno nie pamiętam!
Dziś czułem ogrom siły włożonej w kręcenie korbą w tym wietrze, jednak myśl że Wał Wydartowski mam w tym roku zaliczony i to w tak wspaniałej ekipie, daje mi taki zastrzyk radości, że nawet pulsujące ze zmęczenia nogi już przebierają w myśl następnej wycieczki :-) Dziękuję Wam wszystkim dziś obecnym, że kręciliście ze mną i z moim tatą - jesteście najlepsi! Panie Jurku, Kubolsky, Mateuszu, Maniek, Agnieszko, Świder, Sebku i Anetko - DZIĘKUJĘ!
Zachłyśnięty smakiem wczorajszej setki, zapragnąłem dziś znów powtórzyć eksces. Wsiadłem więc zaraz po wyspaniu i śniadaniu na rower....a trasa? No cóż nie miałem zbyt wiele czasu na planowanie wczoraj, więc zabrałem się za to podczas jazdy dziś. Po prostu wyjechałem z domu i po drodze obmyślałem cel dzisiejszego wypadu, w głowie mając cały czas minimum 100km.
Jakimś takim instynktem koła pokierowały mnie na północ do Murowanej Gośliny. Zostawiając mieścinę za plecami, zacząłem myśleć nad następnym checkpointem...Może by tak jechać dalej do Skoków, a może by tak skręcić na.... No i właśnie wtedy ujrzałem na pewnym skrzyżowaniu drogowskaz z napisem Rogoźno! Cel już miałem obrany :-) Prowadziła doń spokojna i całkiem prosta droga wojewódzka. Mimo znikomej ilości zakrętów, nudno nie było. Raz widok rozległych pól, raz jazda pięknym lasem w leśnictwie Długa Goślina, raz dołek i raz górka. Właśnie górka...Rogoźno zdaje się leżeć w dolinie, gdyż jakieś 4 kilometry od miasta, we wsi Studzieniec oglądałem panoramę Rogoźna z niewysokiego wzniesienia na polu róż - jak tam pięknie pachniało!!! Z górki tej dostrzegłem także jakieś wzniesienia za Rogoźnem, podejrzewam że to górki z okolic Chodzieży (na zdjęciu)
Po dojeździe do` Rogoźna pokrążyłem trochę po centrum, trochę nad Jeziorem Rogozińskim, gdzie stan czystości wody pogorszył się przez ostatnie lata stwierdzam. Ale za to piękną ścieżkę rowerową wybudowano i odwiedziłem po raz pierwszy tamtejszą przystań żeglarską, która zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Rogoźno to nieduże miasteczko i nie ma tam wielu atrakcji turystycznych, jednak lubię odwiedzać to miasteczko rowerem, gdyż dojazd jest bezpieczny i malowniczy, jest tam przecież piękne, długie jezioro no i w jedną stronę mam fajny dystans 45km od domu :-)
W Rogoźnie gościłem jakieś pół godziny, czyli nie długo. Potem postanowiłem wrócić podobną, choć nieco zmodyfikowaną trasą. Tym sposobem odwiedziłem jeszcze kilka miejsc jak choćby Budziszewko i stojący tam zabytkowy, drewniany kościół, Jezioro Budziszewskie - moje niedawne odkrycie, wielkie jezioro, oraz przejazd przez Skoki wojewódzką 196 aż do Czerwonaka, gdzie odbiłem już w swoje najbliższe fyrtle.
Dziś jechałem sam, więc przystanków po drodze za wiele nie robiłem, a i średnia wyszła powyżej 20km/h. Wiatru prawie nie miałem, Słońce spaliło mi skórę, pogoda iście saharyjska, wypiłem ponad 2litry wody i puszkę coli, zjadłem tylko śniadanie i czekoladę podczas jazdy. Trochę bardziej się zmęczyłem niż wczoraj, ale za to dupa mniej bolała. Dzień na wielki plus i jestem z siebie dumny, że dwa dni z rzędu zrobiłem po 100km :-) Teraz mam komfort psychiczny :-)
Trasa:
ździsie:
Droga przez ładny las z Murowanej Gośliny do Rogoźna
Pole róż w Studzieńcu i widok na Rogoźno
Widok ze wzniesienia w Studzieńcu na Rogoźno. W oddali widać górki w okolicach Chodzieży.
Centrum Rogoźna
W Jeziorze Rogozińskim niski stan wody, która jest strasznie zanieczyszczona.
Rogoźno - Klub Żeglarski i przystań.
Jezioro Rogozińskie
Motorówka na Jeziorze Rogozińskim
Budziszewko - drewniany kościół
Do Jeziora Budziszewskiego jadę taką oto piaskową drogą
Jezioro Budziszewskie - wielkie jezioro. Moje odkrycie sprzed kilku miesięcy.
W Jez. Budziszewskim ryby dziwnie się zachowywały. Pływały na wierzchu wody, zataczając kręgi.....
W Rościnnie spotykam takiego oto klasyka - Mercedes Benz 560 SL Roadster
Tak chodziła mi po głowie od kilku dni jakaś fajna, spokojna, asfaltowa przejażdżka i wczoraj wpadłem na pomysł odwiedzenia Gniezna. Do Gniezna dojechać można z mojej Wierzonki wieloma wariantami, a dystans nie jest jakiś kosmiczny, dlatego błysnęła iskierka nadziei na zrobienie dziś pierwszej od dawien dawna setki. Wraz z Wojtasem kierunek do Gniezna obraliśmy po drogach serwisowych przy trasie szybkiego ruchu S5, a trasa powrotna prowadziła drogą wojewódzką 197. Tym sposobem ominęliśmy drogę krajową nr 5, gdzie gęsty ruch samochodowy odebrałby nam przyjemność z kręcenia korbami. Mimo, że jazda po serwisówce S5 nie należy do najciekawszych widokowo, gdyż z jednej strony widać tylko pole, a drugiej dziesiątki kilometrów paneli akustycznych, to jechało się sprawnie i bezpiecznie. Ruchu tam nie ma prawie w ogóle, a towarzystwo brata bardzo mi odpowiadało :-)
Po dotarciu do pierwszej stolicy Polski, od razu udaliśmy się na koronny punkt punkt miasta, czyli Stare Miasto z górującą katedrą i na Rynek w celach konsumpcyjnych. Podczas wszamania obiadku pod parasolką słuchaliśmy brzmień gitar i perkusji na przygotowywanej scenie - wieczorem ma odbyć się jakiś koncert. Potem pokrążyliśmy sobie po tamtejszych fyrtlach, porobiliśmy kilka zdjęć i cóż....jazda z powrotem. Na drodze wojewódzkiej 197 też był względny spokój, dużo tylko mijaliśmy motocyklistów, gdyż chyba w Imiołkach po drodze mieli jakiś zlot. Poza tym miło i przyjemnie. Tylko ból dupy mi doskwierał i przy końcówce prawie nie siadałem na siodło....w dodatku za Kiszkowem trasa prowadziła po drogach leśno - polnych gdzie ów dupa praktycznie mi odpadła (tarka) a z dydka po raz kolejny zrobił mi się ogon bobra! Gdy dojechaliśmy szczęśliwie do domu, na naszych licznikach widniała szpecąca liczba kilometrów - 95.....dlatego grzechem byłoby nie dokręcić dziś do tej magicznej stóweczki, dlatego zrobiliśmy sobie jeszcze krótką dokrętkę po okolicy :-)
Lubię Gniezno. Podoba mi się to miasto, może właśnie dlatego iż pierwszy raz odwiedziłem je na rowerze kilka lat temu. Jakiś taki sentyment mam. Zawsze jak wjeżdżam w jego włości, czuję zapach jakiejś historii i to nie tylko tej najbliższej - tutaj przecież zaczęło się Państwo Polskie! Kilka słów na forum publicznym należy się mojemu bratu Wojtasowi - bardzo dobrze, że ze mną pojechał i zadziwił mnie dziś swoją kondychą.
Oto trasa:
ździsie:
Na Rynku w Pobiedziskach
Rynek w Pobiedziskach
żurawie
Opuszczone gospodarstwo rolne - Chwałkówko
Na jednym z odcinków drogi serwisowej przy S5
W oddali widać było wieże katedry w Gnieźnie
Kapliczka w Leśniewku
Gniezno - widok na katedrę znad Jeziora Jelonek
Taras widokowy na jednej z wież katedry
Obowiązkowa fotka z widokiem na katedrę
Przy pomniku Bolesława Chrobrego
Rynek Gniezna
Taka maszyna robi wrażenie - szczególnie silnik V8 od Audi
Zaczyna robić się kolorowo....
We wsi Owieczki owieczek nie widzieliśmy, ale za to dorodne prosiaczki już tak :-)
Ciekawy pomnik w Waliszewie - legendarny karczmarz z Waliszewa.
Ciekawe zjawisko obserwowaliśmy na niebie - efekt halo
Dzień prawie w całości spędzony na rowerze. Dobry cel, spokojna jazda, ładna pogoda, towarzystwo brata i zaliczone 100 kilometrów - nic dodać nic ująć :-)
. . . Abym szybko sobie jechał, muszę mocno dusić w pedał Jednak dzisiaj tempo wolne, bo mnie męczą kwasy solne Brzuch mi prawie się rozerwał, kiedy mocniej dałem w pedał Jadę wolniej mój żołądku, zaraz będzie Ci w porządku I choć kocham dwa pedały, morał z tego niebywały Najpierw kolarstwo, potem obżarstwo - nigdy na odwrót, bo ciężki jest powrót :-)
Zwykłe jeżdżenie po okolicy, z większym naciskiem na typowo terenowe odcinki w Puszczy Zielonka i okolicznych dróg śródpolnych. Nie omieszkałem odwiedzić kilku ciekawych jeziorek w lesie, ale także i piaszczystych, czy wręcz kamiennych ścieżek, po których jazda dała mi, a raczej moim nogom nieźle w kość. Zrobiłem niby 40 kilometrów z haczykiem, ale jeździłem prawie pół dnia. Wszystko to za sprawą wymagającego terenu i typowo rekreacyjnego tempa, gdyż długo nie mogłem wskoczyć na wyższy level...O ironio dopiero przy końcówce wycieczki nabrałem odpowiedniej energii na pomykanie po szutrach, ale jakoś tak czułem podświadomie zapach gotowanych pyr, dlatego skierowałem się na chatę.
Zawsze sobie powtarzam, że w jeździe rowerem najlepsze jest to, że choćbym codziennie jeździł tą samą ścieżką, za każdym razem zdarzają się inne, nowe doznania...było tak i tym razem i już rozwijam tytuł dzisiejszego wpisu. Mianowicie. Jadąc moim ulubionym singletrack'iem wzdłuż jeziora Kowalskiego, gdzieś mniej - więcej na wysokości połowy drogi z Jerzykowa do Barcinka, natknąłem się na niecodzienny widok. Na jednej ze skarp przy brzegu tegoż malowniczego zbiornika, spotkałem jakąś ekipę filmową! Moja ciekawość była spora, dlatego zapytałem ów artystów, co to za impreza? Teraz słuchajcie, bo będzie hicior nad hiciory!!!! Kręcili film (jakby reklamówkę) o Kaszubach, a ściślej to o Jeziorze Wdzydze!!!! Mnóstwo kamer, reflektorów, zasłon, makijażystka i kamerzyści, a na środku stał gość ubrany jak Indiana Jones przy tablicy z mapą Kaszub!!! "Ale jak to!? Nad Jeziorem Kowalskim?" spytałem zdziwiony...."Panie, tu się wklei, tu się wyklei, tu się wstawi i kto będzie wiedział...." Na to wszystko uśmiechnąłem się do siebie, zrobiłem temu precedensowi zdjęcie i pomyślałem sobie w duchu: "No to Kaszubi by się wk....i na ten widok" Reasumując to ja osobiście trochę się ucieszyłem na myśl o tym planie zdjęciowym, bo uważam że Kaszuby to najpiękniejszy region w Polsce i marzy mi się zwiedzenie tego zakątka na rowerze, a tutaj się okazało że mieszkam u stóp Kaszub hehe....Z tego miejsca pozdrawiam moich blogowych przyjaciół: Monicę oraz Łukasza vel panther'a .
To by było na tyle z atrakcji dnia dzisiejszego, a osąd tego oszustwa pozostawiam Wam do osobistej refleksji :-)
Oto trasa:
ździsie:
Jezioro Tuczno w Puszczy Zielonce
Jezioro Modre w Puszczy Zielonce
Nie znam się na kwiatach, ale ten na Jeziorze Modrym był ładny.
Puszcza Zielonka
Przy Jeziorze Jerzyńskim
Na polach już orka pełną gębą, a kurzu co nie miara.
Kamienista droga polna z Jerzyna do Gorzkiego Pola.
Piaszczyste drogi polne dały mi dziś niezły wycisk. Gorzkie Pole.
Jezioro Kowalskie
Plan filmowy :-)))) Nad Jeziorem Kowalskim kręcono film o kaszubskim Jeziorze Wdzydze! Jaja w hooooooj!
Znowu piach.....rower można bez stopki postawić :-) Droga znad Jeziora Kowalskiego do Karłowic.
Dwór w Karłowicach, a raczej budynek rządcy z 2 poł. XIX w. nawiązujący formą do wilii włoskiej. Pierwszy raz dostałem się do tego miejsca od tej strony. Dwór niestety w opłakanym stanie....
Plan na dzisiejszą jazdę był połowiczny, bo wiedziałem że coś pokręcę korbą, ale nie do końca wiedziałem gdzie... Jakoś tak padło na tereny, za którymi nie przepadam zbytnio - asfalt, samochody, zero lasu i tym podobne, jednak dla zbicia monotonii czasem i takiemu naturszczykowi jak mnie to pasuje.
Swarzędz przejechałem najszybciej jak się tylko dało, bo chciałem mieć "to coś" za sobą. Dlaczego tak mówię? Ponieważ odcinek, którym zazwyczaj jeżdżę przez tę mieścinkę (ul.Cieszkowskiego) przyprawia mnie o ból głowy, obawy o życie, a jak jadę po pewnym wiadukcie tuż za skrzyżowaniem z krajową 92, to serce telepie mi jak kalosze w pralce widząc co wyprawiają kierowcy na tej wąskiej drodze. Ale przeżyłem, więc zostawiam temat. Pokręciłem się potem jeszcze po otoczonych ogromnymi halami magazynowymi wioskach, takich jak Jasin i Rabowice, gdyż tam właśnie ulokowana jest specjalna, ciągle rozrastająca się strefa ekonomiczna Swarzędza.
Szybko jednak znudziło mi się jechanie po linii prostej, na nawierzchni nie wymagającej od rowerzysty niczego, poza może trzymaniem pionu na rowerze, więc skręciłem w pole :-))) Tutaj już zupełnie inna bajka. Piach połykał opony, kamienie strzelały spod kół, amortyzator pięknie wybierał nierówności, a do gęby wpadały muchy :-) Paczkowo - Łowęcin - Sarbinowo - Biskupice......potem pokręciłem się jeszcze po mojej najbliższej okolicy, robiłem kurz jadąc po polnej drodze we Wierzonce, wszedłem na stóg balotów w Kowalskiem, a w Jerzykowie obserwowałem bardzo niski stan wody w zalewie.
To by było na tyle, bo to przecież przebieżka, ale dobre i 4 dyszki. Zapraszam na ździsie:
Kasty piwa
Hale magazynowe w Swarzędzu
Kolorowy wiadukt
Jazda w pole - Jasin - Łowęcin
Widok z Łowęcina na Dziewiczą Górę
Skacząc po balotach, przypomniały mi się czasy dzieciństwa....porobiło by się saltówy :-))))
Wyjechałem bez celu i towarzystwa w południe. Wyjechałem bo miałbym wyrzuty sumienia, że weekend się kończy a ja nawet roweru do ręki bym nie wziął. Jednak trafiłem w chwilę własnego, podwyższonego zapału i wsiadłem. Tym sposobem zrobiłem wycieczkę, przemierzając aż 6 okolicznych gmin: Swarzędz, Pobiedziska, Kiszkowo, Skoki, Murowana Goślina i Czerwonak. Nie obyło się bez zahaczenia o Puszczę Zielonkę, gdzie po wczorajszej nawałnicy wszystkie mijane wioski były bez prądu, a co za tym idzie, sklepy były pozamykane, dlatego musiałem odbić nieco dalej w poszukiwaniu zimnej coli. Dlatego w sumie zrobiłem te 7 dyszek, bo w poszukiwaniu wspomnianej coli, zajechałem aż pod Gminę Skoki. Potem już jechałem i jechałem gdzie koła poniosły. Trochę upał doskwierał, ale przy końcówce zrobiło się troszkę chłodniej przez co ostatnie kilometry były całkiem znośne (nie mówię tu w imieniu własnej dupy, bo to zupełnie odrębny, samodzielny twór)
Będąc już u kresu wycieczki, powiedzmy na ostatniej prostej, zrobiłem sobie mały przystanek, kiedy to zza moich pleców nadjechał stary i dawno nie spotkany ziomek - Seba!!! To było mega miłe zaskoczenie i szok...starym zwyczajem pogadaliśmy o rowerowaniu i takich tam i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Potem nawet nie próbowałem gościa gonić, jak wyjebał z tego postoju to tyle go widziałem....
Podsumowując, to patrząc na ślad gps, objechałem caluśki Park Krajobrazowy Puszcza Zielonka dookoła i to zupełnie nieświadomie i przyjemnie mi się dziś kręciło, tylko dupa przy końcówce wołała do mnie: "Ty bęcwale! Zdarłeś mi zarost z polików!"
Trasa:
ździsie: Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie i EKO PLAŻA
Stęszewko - Puszcza Zielonka u stóp, a żar lał się z nieba. Tutaj zacząłem marzyć o zimnej coli prosto z lodówki!!!
Droga ze Stęszewka do Dąbrówki Kościelnej - zaraz będzie cień.
Dąbrówka Kościelna - sanktuarium maryjne
Widok z ambony na pola w Gminie Kiszkowo
Charakterystyczne budynki wytwórni pasz w Kiszkowie
Po wczorajszej burzy, energetycy mieli dużo pracy. Wieś Stawiany.
Rejowiec - oldschool'owy przystanek
Rejowiec - Godło, flaga i krzyż. Polska martyrologia...
Rejowiec - zabytkowy, drewniany kościół z 1626 r., przebudowana w 1820 r.
Wspomniane spotkanie z Sebą, więc fota musi być - trzymaj się ziomek :-)
Do pracy na rowerze, choć było jeszcze rano, to temperatura wysoka, dlatego z pracy wymiękłem siadając w wygodnym skórzanym fotelu, z 16*C w kabinie i z zimną colą pod ręką....a rower spoczął upakowany za plecami :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017