Rano jak wiadomo szybki dojazd do pracy, bez większych przygód. Po pracy natomiast, wyjechałem na spotkanie z Anią, która czekała na mnie z pysznym spaghetti w domu. Choć przyznam szczerze, ledwo jechałem te 20 kilometrów pod wiatr, po polach i z pustym żołądkiem, to zjawiwszy się przy suto zastawionym stole, szybko odzyskałem siły i w drogę powrotną do Wierzonki pokonałem już jak nowo narodzony i w towarzystwie Ani, która odprowadziła mnie aż po sam próg domu :-)
Marzec za nami. Teraz już piękny kwiecień przed nami i kolejne pomysły na wycieczki.
Dziś tylko dojazd i powrót z pracy, bez plusowych kilometrów - miałem małego pietra przed wielką, czarną chmurą, z której nieźle dziś lunęło. Jednak nie ma to tamto - 1000 kilometrów w marcu korbą przekręciłem i większość tego dystansu kręciłem w ciekawych miejscach i co najważniejsze w świetnym towarzystwie ;-)
Standardowo rano do pracy, a potem już po pracy - korzystając z przepięknej pogody pojechałem na wycieczkę z Anią i tatą w okolice doliny, przez którą płynie Cybina. To był piękny dzień, spędzony na rowerze z najbliższymi. Podaję link do wpisu Ani, ponieważ ja wykorzystałem już limit na zdjęcia w tym miesiącu, a poza tym Ania wstawiła przepiękne zdjęcia na swoim blogu - Kliknij tutaj .
Ja tylko jedno, pamiątkowe wstawię: Trzcinowisko w dolinie Cybiny wieczorem.
Rano kiedy wyjeżdżałem do pracy, uszy troszkę mróz poszczypał. Temperatura przy gruncie oscylowała blisko 0*C, ale zanim zmarzłem, byłem już w pracy.
Po pracy natomiast, to już zupełnie inna bajka. Połowę ciuchów, w których wyjechałem rano, spakowałem do plecaka i pojechałem na wycieczkę, łapiąc ciepłe podmuchy wiosennego wiatru. Trasę obmyśliłem podczas jazdy i wyszło troszkę miejsko - wiejsko. Miejsko, ponieważ przeciskać musiałem się przez Swarzędz, który jest dla mnie jednym z najgorszych miejsc do jazdy rowerem. Przejechanie przez to miasteczko wymaga 100% koncentracji i cierpliwości. Natłok samochodów, korki i brak pobocza, powodują że jadąc tam, czuję się jak największy intruz. Na szczęście udało mi się wydostać z tej popeliny i wyjechałem na wiejskie drogi i ścieżki, które zaprowadziły mnie do gminy Kostrzyn i pogranicze gminy Pobiedziska, gdzie czekała już na mnie Ania :-)
Potem już ciesząc się swoim towarzystwem, oraz świętym spokojem przejechaliśmy przez różne wioski i wioseczki w powyższych gminach. Bardzo dobrze się dziś kręciło, że aż 6 dyszek wjechało niespodziewanie - a to niby zwykły, roboczy dzień :-) Teraz, kiedy dni są już na prawdę długie, mogę pozwolić sobie na takie kręcenie, a fakt iż mam na to ochotę cieszy mnie najbardziej - DUŻY PLUS dla mojej motywatorki :-)
Chyba pierwszy tak ciepły i bezwietrzny dzień tego roku, wiosenny klimat czuć, słychać i widać było na każdym kroku, dlatego wspólnie z tatą i Anią wykorzystaliśmy tę niedzielę na wycieczkę, a ja i Ania dodatkowo rozruszaliśmy mięśnie po wczorajszej, wspaniałej wyprawie.
Tym razem Ania miała okazję pobawić się w przewodniczkę turystyczną po swoich fyrtlach, bo jeździliśmy właśnie po Iwnie, po okolicach Iwna i po Parku Krajobrazowym Promno. Ania nie raz zadziwiła mnie swoją wiedzą o swojej miejscowości oraz znajomości leśnych ścieżek w PK Promno, których ja nie znałem, mimo przemierzenia tego parku niby na wskroś - spisała się na dobre wino :-)
oto trasa:
Na początku wyruszyłem z tatą z Wierzonki, w kierunku Kostrzyna, gdzie czekała na nas Ania. Po drodze delektowaliśmy się cudowną pogodą, śpiewem skowronków i ciepełkiem.
Sarny wygrzewające się na polu, a w oddali wieś Gwiazdowo i nieczynna gorzelnia na pierwszym planie.
Następnie już wraz z Anią w roli przewodniczki przejechaliśmy Kostrzyn Wlkp. i dojechaliśmy do Iwna. Tutaj podziwialiśmy tą piękną i bogatą historycznie wieś. Na miejscu podjechaliśmy pod słynny pałac i stadninę koni, aby potem odbić na malowniczo położone wioski jak na przykład Glinka Duchowna, gdzie sielski klimat i ciekawie usytuowane stawki w dolinach pięknie wpisują się w obraz wioski idealnej - wioski wzorcowej.
Po wjechaniu do Parku Krajobrazowego Promno, Ania pokazała nam świetne krosowe ścieżki, a raz nawet musieliśmy przedostać się przez wartki strumień po kłodach. jazda serwisówką
Kolejny świetny wypad tego weekendu. Wielka zasługa mojego towarzystwa, ale także pogody, która w końcu pokazała swoje przyjazne oblicze. Oj chciałbym, żeby takie dni były codziennie...
Moja dzielna rowerzystka Ania zapodała temat wycieczki na ten weekend - Dolsk. Zapakowałem zatem rowery na pakę i tej soboty znaleźliśmy się właśnie tutaj - w Dolsku, w przepięknej, pagórkowatej okolicy, z licznymi jeziorami, ciekawymi wioskami, polnymi duktami i leśnymi ostępami - coś pięknego. Rozpakowaliśmy się na stacji benzynowej, auto zostawiliśmy pod okiem kamer i jazda w nieznane, a to po prostu uwielbiamy :-)
Oto trasa:
Na początku zwiedzanie samego Dolska, z jego licznymi atrakcjami. Na mnie osobiście największe wrażenie wywarło Jezioro Dolskie Wielkie, które było dla mnie największym zaskoczeniem tej wycieczki - po prostu ogromne jezioro. Fakt, że dziś mocno wiało, to na jeziorze wytworzyła się spora fala, która potęgowała wrażenia. Oprócz tego polecam punkt widokowy, z którego widać cały Dolsk i dalszą, pagórkowatą okolicę. Ania & Grigori na punkcie widokowym w Dolsku
widok z punktu widokowego w dolsku
Pagórkowato w Dolsku
polny zapierdalacz
Drewniany kościół w Dolsku z 1618 roku.
Rynek w Dolsku
Jezioro Dolskie Wielkie
Jezioro Dolskie Wielkie
Ruszamy dalej szlakami rowerowymi, mijając po drodze wiele pięknych krajobrazów, wiosek i łąk budzących się do życia. Wiatr zaczął dawać się we znaki, ale dzielnie kręciliśmy do przodu, bo w głowach mieliśmy Racot i tamtejszy pałac.
Widok na Jezioro Dolskie Wielkie z Podrzekty
Widok na Jezioro Dolskie Wielkie z Podrzekty.
Okolice Łagowa
Punkt widokowy :-)
Taki oto kolorowy domek
Uwielbiam takie wiejskie klimaty.
Nawet czarownica nie wyrobiła w tym wietrze :-)
Ania ciśnie pod górkę, w błocie, pod wiatr i z uśmiechem na twarzy :-)
Docieramy do wsi Cichowo, gdzie oprócz pięknego Jeziora Cichowo, znajduje się słynny dwór w Soplicowie z filmu "Pan Tadeusz". Na terenie skansenu podziwialiśmy piękną staropolską zabudowę, oraz tresowane zwierzęta w tym sokoły, orzeł, osły, owce i konie. Cichowo - dwór w Soplicowie
orzeł
chyba sokół...
Jezioro Cichowo
Wyjeżdżając z Cichowa, udaliśmy się lasami, polami w stronę wsi Racot. Drogę wskazał nam, napotkany przypadkowo Robert z Kościana, który podobnie jak my wybrał dziś wycieczkę do Dolska i pięknie oprowadził nas po fragmencie Parku Krajobrazowego im. Dezyderego Chłapowskiego.
Nasz chwilowy przewodnik - Robert z Kościana.
Kościół w Wyskociu
Jesteśmy w Racocie, gdzie najpierw podziwiamy tutejszy, przepiękny pałac oraz poboczną stajnię, aby potem wstąpić do restauracji na przepyszny, syty obiad, po którym wyruszamy - już z wiatrem w plecy w drogę powrotną do Dolska. Pałac w Racocie
z wiatrem w plecy w drodze powrotnej
aleje drzew po drodze....
Kościół w Rąbiniu.
Zachód słońca nad Jeziorem Dolskim Wielkim - poezja dla oczu.
Zarówno sam Dolsk, jak i Racot, oraz okolice tych miejscowości zapamiętam na długo. Byłem pod wrażeniem pięknego ukształtowania terenu tamtych fyrtli, tych klimatycznych wiosek, oplecionych mniejszymi i większymi jeziorami. Ania już wie, że to moja najlepsza wycieczka tego roku, dlatego polecam każdemu rowerzyście odwiedzenie tych terenów, ponieważ każdy znajdzie tam coś dla siebie, niezależnie czy preferujecie jazdę turystyczną, czy treningową.
Polecam także zobaczenie relacji tej wycieczki na blogu Ani, dzięki której poznałem dziś nowe miejsca :-)))
Wariant "praca + Jezioro Kowalskie" towarzyszy mi dość często - było tak i dziś, z tą różnicą, że nad zalewem byłem zarówno przed pracą, jak i po pracy. Były więc dwie wersje widokowe jeziora - poranna i wieczorna. Która ładniejsza?
Nie ma się co rozpisywać, bo to zwyczajna przejażdżka po najbliższej okolicy, którą przemierzam niemal za każdym razem, ale kręciło mi się dziś wspaniale, ze względu na wiosenną pogodę wleciało przy okazji 5 dyszek.
Gdy wyjechałem rano z domu, nad Wierzonką latał jakiś dziwny, wielki samolot. Niestety był zbyt daleko i chował się za chmurami - zdjęcie zrobiłem w ostatniej chwili, ale mało co z niego widać....Ta zagadkowa maszyna była dziś największą atrakcją dojazdu do pracy.
Jadąc z pracy spokojnym tempem ok. 20km/h zostałem wyprzedzony przez gościa na kolarzówce. Chwilkę się zastanawiałem z jaką prędkością on mógł jechać pod ten wiatr i postanowiłem pognać za nim, aby to sprawdzić na własne nogi. Przez te może pół minuty gościu odjechał mi na dobre 350 - 400 metrów i ja rozpędzony już do ok. 32km/h jechałem tak za nim, nie zmniejszając tego dystansu ani na krok. Po 5 kilometrach jazdy na zimówce, na prostej, na otwartym polu i pod wiatr dałem spokój, bo jazda przestała sprawiać mi przyjemność, ale moja ciekawość została zaspokojona.
Dziś może za ciepło nie było, ale przynajmniej nie padało. Wyruszyłem do pracy nieco wcześniej, aby pokręcić po okolicznych polach i dotlenić mózg przed ośmiogodzinną walką z wymagającymi klientami w pracy. Po pracy też nieco wydłużony wariant trasy, gdzie z pewnej górki wycisnąłem Vmaxa tego roku - 54,2km/h - jest zabawa :-)))
zdjęcia z dojazdu: Droga Wierzonka - Kicin
Sarny żerowały
Między Kicinem a Wierzenicą
czasem warto zadrzeć głowę do góry.
Już niedługo zmieniamy czas na letni i kończąc pracę o 18 będzie można kręcić nieco dłużej po pracy....
Jednak jednej, ważnej części zapomniałem zamontować do mojej zimówki - błotników. Dziś miałem okazję przekonać się, jak to przydatna rzecz, kiedy podczas powrotu z pracy deszcz rozpadał się na całego i aby nie zmoczyć się po całości - zmontowałem sobie błotniki z tego, co akurat miałem w pracy pod ręką. Użyłem do tego grubego kartonowego kątownika i taśmy klejącej i trzeba przyznać, że ten jednorazowy patent spełnił swoje zadanie w stopniu zadowalającym :-)
Kartonowe błotniki by Grigor ;-)
A taki oto leśny kibel napotkałem jadąc rano do pracy.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017