Na koniec tego pięknego miesiąca przejechałem się po okolicznych polnych drogach, zahaczając odrobinę lasu i Jeziora Kowalskiego. Zupełny brak pary w nogach trwa nadal i chyba dlatego nie oddalałem się zbytnio od chaty. Jednak jak już człowiek wyjedzie z czterech ścian, to kręcenie korbą zupełnie przyćmiewa spadek formy :-)
Wypad z bratem w teren. Jeździliśmy po Parku Krajobrazowym Puszcza Zielonka. Kompletny brak pary po wczorajszej nocnej eskapadzie. Ledwo się ruszałem, ale to raczej przez to że spać poszedłem o 6:00 rano, a wstać musiałem o 10:00 aby pozałatwiać pewne sprawy w eterze. Poza tym pogoda do jazdy była wyśmienita :-) Puszcza Zielonka:
Po spędzeniu dnia nie rowerowo, wracałem wieczorem autem na kwadrat (dom) i nagle słyszę telefon dzwoni..."Na nocny wypad miałbyś ochotę"? - spytał Seba. Z największą przyjemnością odparłem i chwilkę przed 20:00 jechałem już na rowerze w umówione wcześniej z Sebą miejsce. Po kilku kaemach i śmichach-chichach stwierdziliśmy, że jedziemy nawiedzić pierwszą stolicą Polski - Gniezno naturalnie. Dodam, że aura i klimat jakie towarzyszyły nam podczas jazdy, były wręcz piękne i mistyczne tzn. rażący Księżyc w pełni, który swym blaskiem wręcz oślepiał oczy, ale także ładnie rozjaśniał nam drogę. Oprócz tego piękne gwiaździste niebo, znikomy wiatr, cisza jak makiem zasiał i nasza działająca wyobraźnia, która czasem napawała niezłym strachem nasze móżczki. W Gnieźnie byliśmy coś ok.24 i mimo początku weekendu ulice były zupełnie puste, dopiero na takich tam zakamarkach można było dostrzec wielu imprezowiczów i dziwnych ludzi z podejrzanym wzrokiem, więziennymi tatuażami i kolczykami wielkości piłki ping-pongowej w uszach. Jeden z nich wyżebrał nawet ode mnie prawie całego snickersa :-( Gniezno to piękne miasto, szczególnie za dnia, ale i w nocy ma swój klimat i wywarło na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Szczególnie podobało mi się zachowanie nocnych ludzi, którzy np. robili sobie z nami zdjęcia, albo nazywali nas "kaskaderami" bo jeździmy w kaskach :-))) Jeśli chodzi o temperaturę, to powiem że mnie było ciepło mimo początkowych 10*C. Seba jest większym zmarźluchem i musiał się grubiej opatulać i nawet na gorącą kawkę znalazł chwilkę czasu. Mi jak wspomniałem aż tak zimno nie było, ale przyznam, że podczas ostatnich km. temperatura spadła jeszcze niżej i wynosiła 7,5*C i wtedy już trochę wymarzłem wracając dość szybko do domu, którego próg przekroczyłem coś przed 4:00 rano. Ale suma sumarum nie było najgorzej z tą temperaturą i wypad nocny z Sebą zaliczam do jednego z najlepszych jakie do tej pory wykonałem, ze względu na ciekawy cel oraz zajebiste towarzystwo, no i setkę przy okazji przejechałem :-) Wielkie dzięki Sebastianie za ten pomysł - Pozdrawiam serdecznie. Więcej na blogu u Seby - TUTAJ
Za jakość zdjęć serdecznie przepraszam, ale te nasze piździelce kieszonkowe nic lepszego po zmroku wykrzesać z siebie już niestety nie mogły, ale tak po 2-óch głębszych obejrzeć idzie:
Co tu dużo pisać....tak się przejechałem asfaltem po kilku-godzinnym pucowaniu roweru. Jechałem sobie tu i ówdzie, ażeby nie upieprzyć od razu roweru i zajechałem do wsi Góra, skąd jest ładny widok na dolinę rzeki Cybiny. Ja Ci patrzę, a na polanie leży chyba z 20 pudełek po gumersach!!! Ja rozumiem, że gwoździć się trzeba, ale zaraz zostawiać po sobie taki chlew? Co za dzicz!!! Dobrze, że po drodze ujrzałem jeszcze sierściucha co sobie ładnie mruczał na kamlocie, to mi humor wrócił... Ludzie ogarnijcie się z tym śmieceniem po rżnięciu i nie tylko! Jak się ciupciać zachciało, albo batonika zjeść zapiwszy po nim oranżadką to czemu nie, ale pudełeczka ładnie do śmietniczka można zapodać, bo 1km. dalej był kontener.
Kolejny dzień szarżowania w terenie zakończony satysfakcją. Na dobry początek pojechałem na Dziewiczą Górę, aby zrobić sobie rozgrzewkę, podjeżdżając bez większych problemów killerem na szczyt. Później pokręciłem się wokół tej górki i odbiłem w północne rewiry Puszczy Zielonka. Odwiedziłem troszkę mniej znane zakątki parku krajobrazowego nieopodal Gminy Skoki. Bardzo ciekawiło mnie Jezioro Gackie, którego jeszcze nie miałem okazji nigdy widzieć. Okazało się, że ten wyznaczający północną granicę parku zbiornik, ma tak gęsto zarośniętą oraz bagnistą linię brzegową, że dotarcie na brzeg i zrobienie zdjęcia graniczyło z cudem. Jednak nie był bym sobą, gdybym nie zrobił zdjęcia pamiątkowego, będąc praktycznie na miejscu. Znalazłem jakąś dróżkę i potem jeszcze 30m. przedzierania się przez chaszcze i pokrzywy i dotarłem cały poparzony i oblepiony jakimiś nasionami na brzeg i udało mi się zrobić zdjęcie jeziora :-) Poświęcam się tak też dla Was, żebyście mieli naoczne dowody piękna naszego kraju, więc nawet jak zdjęcie jest brzydkie to lepiej to przemilczeć ;-) Mogę powiedzieć, że przejechałem dziś Puszczę Zielonkę wzdłuż i wszerz, robiąc przy tym dobrą 60 typowo terenowymi drogami :-)
Dodam jeszcze, że dzisiaj pogoda była piękna, bo ciepło jak latem i słaby wiatr, a to dodawało mi animuszu :-) Puszcza Zielonka moim okiem:
Dzisiaj zrobiłem sobie powtórkę z rozrywki i pojechałem na Dziewiczą Górę poszaleć na górkach. Nieźle się wyszalałem podczas niebezpiecznie szybkich zjazdów, ale także mocno zmachałem podczas kilkukrotnego podjeżdżania pod górę różnymi ścieżkami, tak aby nudy nie było. Niezłą miałem dziś energię i fajnie ją wykorzystałem na jazdę po tym pagórkowatym terenie, jaki mam pod swoim nosem. Na terenie Dziewiczej spotkałem dziś 2-óch bikerów i ładnie się pozdrowiliśmy :-) Najbardziej podobało mi się dziś: - szum opon na ubitych ścieżkach - pękające pod naporem opon gałązki i żołędzie - praca amortyzatora na wybojach i korzeniach - wgryzanie się klocków U-blocks w ziemię podczas ostrych wirażów, jestem zauroczony wręcz tymi oponami :-) Po szaleństwach przyszła pora na malutką sesję w terenie dla celów blogowych, no i oczywiście wspinaczka na drzewo, aby podziwiać widoki z tego wzniesienia, bo wieża widokowa, z której jest jeden z piękniejszych widoków w Wlkp.jest zamknięta o tej porze. Niestety pogoda była nieciekawa i wyższe drzewa zakłóciły krajobraz.
Potem już wracałem okrężną drogą przez lasy do domu i byłoby to nawet lajtowe, gdyby nie usłyszany gdzieś w zaroślach przeraźliwy ryk dorosłego byka jelenia, który dał o sobie znać w niewielkiej odległości ode mnie, podczas gdy byłem samiuśki w gęstym lesie o zmroku! Prawie w pory narobiłem ze strachu :-S
Dziś mimo napiętego planu, udało mi się za namową brata Wojtasa wyskoczyć w teren. Pojechaliśmy na Dziewiczą Górę (143 m.n.p.m) w Puszczy Zielonka, aby schronić się przed wiatrem i poszaleć troszkę na zjazdach i pomęczyć się podjeżdżając na szczyt kilkukrotnie. Muszę się także pochwalić, ponieważ udało mi się dziś podjechać bez większych problemów na szczyt Dziewiczej Góry słynnym killerem - połknąłem go jak bułkę z marmoladą na śniadanie hehe. Na parkingu pod górą, swój zlot mieli dziś rowerzyści z klubu sportowego Sigma i na trasie poznaliśmy pewnego Arka z Wrześni, który właśnie na ten zlot sobie przyjechał i pogadaliśmy sobie o atrakcjach turystycznych naszego płaskiego regionu. Bardzo miły gościu z Arka - Pozdrówka dla Ciebie jeśli to czytasz :-)
Jesień - tak w życiu bywa, że czas mija nieubłaganie. Dlatego na godne pożegnanie lata, wybrałem się na rower. Jako cel obrałem Międzynarodową Wystawę Rolniczą Agro Show, która tradycyjnie już od wielu lat odbywa się na skraju Puszczy Zielonka we wsi Bednary. Ale żeby nie było szybko i monotonnie, ponieważ do Bednar mam kilka km. to pojechałem oczywiście zupełnie okrężną drogą stricte terenową, zahaczając o singiel nad Jeziorem Kowalskim i drogi polne Gminy Pobiedziska. Na Agro Show wjechałem rowerem i delektowałem się widokami ogromnych ciągników rolniczych, które jak wiecie bardzo mi się podobają i były obiektem moich poszukiwań. Ta wystawa jest ogromna pod każdym względem, ale nie będę tego tutaj opisywał - po prostu, kto może niech jedzie sam zobaczyć. Podczas dojazdu na wystawę, pogoda była po prostu przepiękna i nawet musiałem się rozbierać nad Jez. Kowalskim. Potem niestety, gdy już dojechałem na miejsce, na niebie zaczął zbliżać się potężny front atmosferyczny, który podczas szybkiego powrotu zmoczył mi ubranie mega deszczem i pogroził kilkoma błyskawicami.
Coś mnie ostatnio katar zaczął łapać, dlatego dziś mówię sobie, że nie będę szalał i rypnę się tylko gdzieś bliżej chaty, więc po południu założyłem spodnie dresowe, wziąłem rower i pojechałem.... Jak się potem okazało, zajechałem troszkę za daleko od zamierzonego celu, ponieważ jakieś 30 pierwszych kilometrów jechałem z wiatrem :-))) i było tak przyjemnie. No i potem gdzie by się nie ruszyć, było zderzenie prosto w mordę z wiatrem! Jednak mimo to postanowiłem jechać dalej, bo tamtych terenów jeszcze nigdy nie eksplorowałem i było dla mnie ciekawym, co też dalej się znajduje. Dobrze, że zawsze wożę ze sobą mapkę, to później nie miałem większych kłopotów z wydostaniem się z polno, leśnych ścieżek, gdzieś tam między Rogoźnem, a Skokami. Z racji tego, że nie miałem portek z pieluchą to myślałem, że gdzieś po 60km. w tych dresach mi dupa odpadnie! Ale jak się już zapędziło tak daleko, to trzeba było nie narzekać i z wiatrem w mordę pomęczyć się te kilkadziesiąt km. jeszcze do domu. Odniosłem wrażenie, że dziś mimo Słońca za taką mgiełką, było nieco cieplej niż wczoraj, ale ogólnie pogoda była dziś całkiem spoko, nie wliczając tego przykrego wiatru. który także dał mi dziś w kość.
Oto przybliżona trasa:
#lat=52.573442032803&lng=17.159274492187&zoom=11&maptype=ts_terrain A tutaj kilka zdjęć, ażeby kolorowo było:
To już ostatnie chwile, kiedy dzień jest dłuższy od nocy. To ostatnie dni lata i na szczęście ta pora nadal trwa, mimo chłodniejszych temperatur i zmiennej pogody. Dzisiaj wykorzystując nadal świecące z zawziętością Słońce oraz kierunek wiatru, wybrałem się do Poznania. Zupełnie okrężnymi terenowymi drogami dojechałem prawie na samą Maltę. Nie wiem, czy wiecie drodzy Poznaniacy, ale do Waszego miasta da się dojechać terenem :-) , bo jakoś tak jechałem przez Wierzenicę, Janikowo i od strony Bogucina wjechałem w jakiś las i wyjechałem przy cmentarzu na Miłostowie. Wiatr wiał dziś dość mocno od strony zachodniej, jak to przeważnie zresztą bywa, dlatego po dotarciu na Maltę, zrobiłem 2 kółka wokół Jeziora Maltańskiego i z wiatrem w plecy pokierowałem się w drogę powrotną, która przez Antoninek, Zieliniec, Gruszczyn i Uzarzewo poprowadziła mnie pod dom. Powolutku trzeba będzie ubierać się w nieco dłuższe rękawy....
A na koniec taki mały bonusik, ponieważ ostatnio rozmawiałem z kimś (nie pamiętam z kim właśnie) o pewnym napoju z dzieciństwa, który to mi np. dziadek kupował jak miałem kilka lat...w specyficznej butelce szklanej, produkowany przez firmę "Grodziska". Doszliśmy do wniosku, że ten drink już chyba nie jest produkowany itp. Jednak dziś wracając po wycieczce wstąpiłem do pewnego sklepiku po czekoladę i moim oczom ukazał się taki oto widok:
Więc jednak to istnieje :-) jednak już producent się zmienił.. Zaraz mi się błogo zrobiło, po pierwszym łyku - ta flaszka ma dla mnie sporą wartość sentymentalną :-))) Pozdrower dla wszystkich czytających mojego bloga.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017