Ech co to był za ponury dzień. Wyjechałem z domu w południe, a już widziałem świat jakby przez ciemne okulary, a założyłem przecież takie rozjaśniające pomarańczowe. Po dwóch godzinach kręcenia zrobiło się już zupełnie szaro, ale byłem już na powrocie i nie przejmowałem się tak szybkim końcem jasnego dnia, takie są uroki najkrótszych dni w roku czyli przesilenia zimowego. Przez większość trasy towarzyszył mi jednak wiatr w plecy i przynajmniej to sprawiało jakąś małą przyjemność pośród tej jesiennej zgnilizny.
Trasa wiodła z mojej Wierzonki najszybszą drogą do granicy Lednickiego Parku Krajobrazowego. Tak po prostu chciałem zobaczyć, co słychać w tamtych stronach w grudniu. Otóż oprócz świstu wiatru na pustych polach nic nie słyszałem. No może jeszcze gdzieniegdzie jakiś pies zaszczekał, ale oprócz tego to zupełna cisza, szarość, wilgoć.
Zrobiłem te pięć dyszek dzisiaj, cieszę się nawet, bo ostatnio lekko się przeziębiłem i z jazdy musiałem zrezygnować. Jednak widoki tych pustych wiosek, czarnej ziemi na polach, butelek w rowach, nisko płynących chmur nie dały mi dziś satysfakcji z podziwiania mojej pięknej przecież okolicy.
Oto trasa: Kilka ździsiów: Droga polna Skrzetuszewo - Latalice
Termometr wskazywał 3*C, dlatego doświadczony zeszłotygodniową wycieczką ze zmarzniętymi palcami, założyłem dziś ocieplacze na stopy. Było to dobre posunięcie, gdyż przez te 2 godziny jazdy miałem komfort cieplny w nogach. Kładąc nacisk na stopy, zapomniałem jednak o uszach, które dały mi znać o swoim cierpieniu zmieniając kolor na purpurowy.
Dzisiejsza wycieczka, to ta z serii "byle pojeździć" i nie miałem żadnego konkretnego celu. Było troszkę po lesie, było troszkę po asfalcie, było troszkę po polu. Było tak: Wierzonka - Dębogóra - Ludwikowo - Tuczno - Stęszewko - Wronczyn - Złotniczki - Krześlice - Bednary - Stęszewko - Tuczno - Karłowice - Wierzonka. Słońce świeciło dziś pełną krasą, jednak niski kąt padania promieni o tej porze nie daje takiego efektu jak latem, przez co światła jakby mniej dookoła. Na otwartych przestrzeniach wiatr wiał silnie, co potęgowało ból uszu, dlatego zawinąłem się do domu. Nastał czas, kiedy przyroda zasnęła na dobre, czekając na pierwszy śnieg i mrozy - przedzimie.
ździsie: Bór świerkowo - sosnowy w Ludwikowie.
28 listopada - Słońce w zenicie. A będzie jeszcze niżej przez prawie miesiąc....
Wreszcie mżawka, a nie deszcz - mówię sobie patrząc rano za okno. Można się dziś ruszyć na rowerze. Wsiadłem zatem na siodełko i pomknąłem w otchłań Parku Krajobrazowego Puszcza Zielonka. Tęskniłem już za "zielonkowskimi" ścieżkami wśród drzew. W końcu tydzień mnie tam nie było. Wjechałem do parku od ulubionej strony, czyli w Dębogórze. Już na dzień dobry przywitany zostałem rzewnymi susami młodych danieli. Zresztą towarzyszyły mi te pocieszne zwierzęta przez większość wypadu. Drogi leśne już całkowicie pokryte opadłymi liśćmi, które nierzadko pływały po tafli ogromnych kałuż. Wpadłem kilka razy w taką mokrą pułapkę i z pięknym tąpnięciem przeorałem dno kałuży. W ogóle drogi oprócz wspomnianych liści, wylane są grząską papką błotną, po której opony mojej zimówki (rower do jazdy poza tzw. sezonem) ślizgały się jak motor na torze żużlowym. Było dziś chłodno i po tych 50 kilometrach kręcenia, palce stóp zwyczajnie zamarzły mi na kamień, że nawet ruszać nimi nie mogłem po wejściu do ciepłego domu - czas już na ocieplacze. Późna jesień ma swoje uroki podczas jazdy na rowerze. Lubię ten stan ciszy, jeżdżąc po mokrych liściach, kiedy kruszy się próchno pod kołami, kiedy zwierzęta obserwują mnie zza drzew, kiedy nikogo przypadkowego na ścieżce nie widać, kiedy siąpi listopadowa mżawka.
Mapki tradycyjnie nie wstawiam, gdyż sam nie wiem jakimi dokładnie ścieżkami jeździłem. Wiem tylko, że tam gdzie ja jeżdżę w Puszczy Zielonce na mapie żadnych ścieżek nie ma :-) Niech resztę dopowiedzą zdjęcia.
A tak właśnie wyglądają ścieżki, którymi ja jeżdżę:
Oto spotkane daniele:
Na końcu wyjechałem na północnym krańcu Puszczy Zielonki odwiedzając Jezioro Gackie:
Oraz stadninę koni w Łopuchowie
Choć stopy zmarzły mi dziś niemiłosiernie, to wypad zaliczam do tych udanych, bo uwielbiam ten późnojesienny klimat w lesie. Dziękuję za uwagę.
Czas zdmuchnąć kurz z zimówki i zaprząc ten rower do jazdy. Warunki na zewnątrz zrobiły się już bardzo niekomfortowe, szczególnie do napędu roweru, ale jeśli chodzi o moje uczucia w tej kwestii, to uwielbiam właśnie te warunki, czyli chłodno, wietrznie, błotno, mokro i ślisko. Przejechałem się do lasu i jak to ostatnio u mnie bywa była to Puszcza Zielonka, w której jesienny wiatr mocno kołysał koronami drzew. Z góry sypały się już tylko igiełki modrzewi, gdyż liście spadły już chyba wszystkie. Pod kołami chlupała woda przykryta liśćmi, które wydawały się pachnieć orzechowo i przyjemnie. Zrobiła się już ta druga faza jesieni, ta bez kolorów i światła. Jest tak jakoś ciemniej, szarzej i wietrzniej - uwielbiam jesień!
Mój Felt do zadań specjalnych.
Nie obyło się bez odwiedzin leśnych mieszkańców. Już po kilku dosłownie kilometrach w leśnych otchłaniach, napotkałem spore stado danieli. Mogło ich być ze 30-40 osobników, z dorodnym rogaczem na czele, któremu próbowałem zrobić zdjęcie, jednak fotka nadaje się do kosza, a mogło być tak pięknie echhhh...zresztą zobaczcie poniżej. samiec daniela z dorodnym porożem
Potem cyknąłem jeszcze zdjęcie młodym danielom. Jakość w marę spoko, ale te obróciły się do mnie zadem. Daniele
Jadąc pewną, trudno dostępną ścieżką, schowaną w głębi dębowego lasu, zauważyłem ciekawy zagajnik iglasty. Drzewa niespotykane raczej w naszym klimacie. Gatunek zwie się cyprysikiem Lawsona. Cyprysiki Lawsona
Jeżdżąc po lesie, czasem natykam się na grupkę czarnych jak smoła gawronów, wylatujących gdzieś zza drzew. Gdy podjeżdżam bliżej, wzlatują wyżej i siadają na gałęzi drzewa, posępnie krakając. Z obserwacji wiem, że w tym miejscu musi leżeć jakieś padłe zwierzę. Tym razem gawrony raczyły się mięsem padłego dzika. Dzik był dorosłym odyńcem i prawdopodobnie został trafiony przez myśliwego. padły dzik
Zdrowo sobie pokręciłem dziś po ukochanym lesie. Po drodze minąłem dziś dwóch rowerzystów, pierwszy to był ziomek z okolicy Młodzik, z którym wymieniliśmy pozdrowienia, a drugi to już jakiś sakwiarz w środku lasu. Mimo wiatru, było dziś całkiem ciepło i wycieczka była dobra, a rower zimowy jest gotowy do błotnych wojaży. Pozdrawiam wszystkich tu zaglądających.
Ojciec ma od niedawna rower górski do dyspozycji, więc wykorzystuję każdą wolną chwilę na pokazywanie mu, co tracił jeżdżąc po asfaltach. A do pokazania jest wiele... Dziś pojechaliśmy nad Wartę w Owińskach, skąd jechaliśmy cudną ścieżką prowadzącą tuż przy brzegu rzeki, do Bolechowa. Odcinek choć niedługi, to z pewnością urodziwy przyrodniczo i widokowo. Potem wjazd do Puszczy Zielonki i kręcenie po jej ścieżkach. Na końcu pojeździliśmy także po drogach polnych, po których ojciec przedtem nie jeździł (bo krzaki, błoto, szkło). Ja oczywiście robiłem jako przewodnik i wybierałem miejsca, do których dojechać się da tylko góralem. Tym sposobem ojcu bardzo spodobała się usłana liśćmi i gałęziami ścieżka nad Wartą, ale także błotniste drogi polne, skąd można było obserwować sarny.
Jeśli o pogodę chodzi, to dziś znowu ponad 15*C i nawet lekko kropiący deszcz w niczym nie przeszkadzał podczas jazdy. Doceniło to także wielu innych ludzi, którzy tak jak my aktywnie spędzali ten dzień na świeżym powietrzu.
Dziś jeszcze cieplej niż wczoraj, a na niebie Słońce w pełnej krasie, tylko wiatr hulał jak rzadko kiedy. Błękit nieba zachęcił mnie i mojego tatę do niedzielnej wycieczki.
Obraliśmy zatem cel na Jezioro Kowalskie, które dzisiejszego dnia pięknie się prezentowało. Błękit odbijał się od tafli, na powierzchni jeziora kłębiły się fale, a na wystających kępach kormorany suszyły pióra. Przejechaliśmy się moim singlem wzdłuż brzegu, a tam takie widoki:
Potem odbiliśmy do Parku Krajobrazowego Promno, gdzie jechaliśmy po niewidocznych od spadających liści dróżkach. Parę razy nawet udało mi się zbłądzić, aby następnie wrócić na szlak. Przejechaliśmy park wzdłuż, zahaczając o takie oto miejscówki: Jezioro Dębiniec
Kolorowe jeszcze lasy bukowe na zielonym szlaku.
Jezioro Brzostek
Rezerwat "Las Liściasty"
Po wydostaniu się z całkowicie zasypanego liśćmi Parku Promno, udaliśmy się przez Pobiedziska i okoliczne wioski do domu. Droga powrotna, po wyjeździe z lasu była bardzo ciężka, ze względu na silny, czołowy wiatr. Jednak temperatura ok.15*C niwelowała odczucia zmęczenia. Po drodze krótki postój w Złotniczkach nad Jeziorem Jerzyńskim na batona i jazda polnymi ścieżkami do domu. Jezioro Jerzyńskie w nisko padających dziś promieniach Słońca wydawało się być granatowe.
Z Kołatki do Tuczna.
Wczoraj i dziś troszkę pojeździłem. Weekend wspaniały. Powolutku trzeba zaprzęgnąć rower zimowy do działania, bo taka piękna jesień wiecznie trwać nie będzie.
Jesień w pełni, drzewa stają się coraz bardziej łyse, w powietrzu unosi się gęsta mgła, ale jedno co mnie dziś zaskoczyło, to wysoka temperatura, gdzie słupek rtęci wskazywał ponad 12*C, dlatego korzystając z wolnego czasu, wraz z tatą pojechaliśmy na spokojną wycieczkę po lesie w Puszczy Zielonce naturalnie.
Od razu zanurzyliśmy się w mgielnych dziś ostępach, czasem musiałem przecierać szkiełka okularów bo mżyło delikatnie. W lesie ani żywej duszy. Gdzieniegdzie spotkać można było jakieś zwierzątko, np. wiewiórkę, daniele i sójkę. We wsi Niedźwiedziny co prawda niedźwiedzi nie spotkaliśmy, ale były za to inne ciekawe stworki jak np. kozy, owce,konie i osioł.
Nakręciliśmy ładne 5 dyszek w terenie i wypoczęliśmy zarazem. Jest teraz taka pora roku, kiedy nikt przypadkowy po lesie się nie kręci, dlatego mieliśmy totalny spokój i relaks przez duże "R". Co tu dużo pisać, każdy wie jak ja bardzo lubię las, dlatego dla mnie takie wypady zawsze są niezwykłe. A tata mógł się o tym przekonać, testując dziś swojego, nowego rumaka do terenowych wypadów.
ździsie:
No to w las...
W stronę Ludwikowa
Brzoza chyli się ku tafli Jeziora Czarnego
W stronę Głęboczka
Ciek nieopodal Głęboczka
Pani danielica
Monolog ojca na temat wyższości dwóch kół nad dwoma nogami wysłuchany został z wielkim zaciekawieniem tubylców z Niedźwiedzin.
Jedynie koza i osioł zainteresowani byli czym innym....
Totalnie nieudany wyjazd do Chodzieży. A dlaczego? A dlatego ponieważ nie udało mi się osiągnąć założonego celu, czyli wjechać na Gontyniec - taka spora górka nieopodal Chodzieży, o wysokości 191m.n.p.m. Przyczyną tego niepowodzenia był kompletny brak przygotowania do wycieczki. Nie wziąłem żadnej mapy, ani nawet nie zajrzałem w domu jakimi szlakami jechać. Myślałem, że taka atrakcja będzie bardzo dobrze oznaczona i pojechałem na żywioł.
Dojeżdżając do Chodzieży z rowerem na pace, zorientowałem się, że na domiar złego zapomniałem wziąć licznik! Ten fakt odebrał mi zapał do jazdy, w dodatku Chodzież przywitała mnie tak gęstą mgłą, że żadnych widoków widać nie było. Dla tych, co nie wiedzą dodam iż Chodzież leży w przepięknym krajobrazowo obszarze Wielkopolski, pagórkowaty teren wokół miasta zwany jest szwajcarią chodzieską. Niestety żadnego kierunkowskazu na Gontyniec nie znalazłem, więc potem to już pasmo nieszczęść i chuj mnie strzela jak mam o tym pisać. Krótko tylko o tubylcach chodzieskich, którzy sami nie wiedzą gdzie mieszkają i swoimi nietrafnymi pokierowaniami, spowodowali że błądziłem jak owca wokół Gontyńca, nie zaznawszy satysfakcji ze zdobycia tej prawie 200 metrowej górki. Czara goryczy przelała się, kiedy spytałem gościa na rowerze w Chodzieży o drogę na Gontyniec. On odpowiedział, że nawet nie wie co to jest! Trochę jednak polawirowałem po tamtejszych pagórkach - szkoda tylko że we mgle nic widać nie było.
Następnym razem przygotuję się lepiej do wycieczki na Gontyniec. Lubię w życiu spontan, ale takie wypady lepiej planować, bo niepotrzebnie omija się ciekawe cele. Dobrze przynajmniej że mam fajną bryczkę i te 200km. w tę i z powrotem przejechałem ciesząc się komfortem na 4 kołach, bo z tej dzisiejszej jazdy na 2 kółkach zadowolenia nie mam nic!
Oto trasa:
Zdjęć nie robiłem prawie wcale, ale takie 2 na dowód że jednak tam byłem :-) Gdzieś po drodze na Gontyniec.... Jezioro Karczewnik
W Chodzieży byłem już drugi raz rowerem i za każdym razem w głowie mam dojechanie na Gontyniec, Czy kiedyś mi się to w końcu uda? Myślę, że tak ale zostawię to jako cel na przyszły rok :-)))
Jako iż dziś niedziela, wypadało wyjść na spacer. Mój spacer nie był może typowym niedzielnym popołudniem, bo ani w kościele nie byłem, ani też o 12:00 rosołu nie jadłem, ale za to przejechałem się nad Jezioro Kowalskie, ale także pojeździłem po drogach polnych w Wierzonce, zahaczając przy tym o lokal wyborczy, gdzie oddałem swój głos...Fajne uczucie, gdy wszedłem do lokalu wyborczego w pełnym rynsztunku, tzn.kask, okulary, rękawiczki i ubłocone buty spd :-))) Dziś nic specjalnego, ale kilka kilometrów na rowerze dobrze mi zrobiło.
ździsie: Kormorany nad Jeziorem Kowalskim.
Zabytkowa kuźnia w Wierzonce z 1849 roku. Niestety w opłakanym stanie, jak zresztą pozostałe zabytki dawnej Wierzonki.
Słońce nie zawiodło tej soboty, dlatego wykorzystałem warunki do nacieszenia oczu ciepłymi barwami złotej jesieni. A gdzie się cieszyć najlepiej? W lesie!
Po drodze naćpałem wszystkie zmysły narkotykiem, zwanym "jesienią". Jesienią na rowerze, ponieważ w oczach feeria ciepłych barw - najwięcej żółci i pomarańczy (wzrok), w uszach szelest liści pod kołami (słuch), w buzi smak ostatnich meszek (smak), w nosie zapach butwiejących listków (słuch), a reszta zmysłów, tych somatycznych związanych już jest bezpośrednio z pokonywaniem kilometrów rowerem, czyli dotyk bo kierownicę trzymałem pewnie (dotyk), ból bo wydzielał się kwas mlekowy w nogach (nocycepcja), temperatura odczuwalna była w bardzo komfortowym zakresie bo 11-14*C (zmysł temperatury), równowaga też była, bo nie zaliczyłem ani jednej gleby (zmysł równowagi), oraz (propriocepcja) wypadła prawidłowo, bo nic sobie nie nadwyrężyłem, czy tez nie naciągnąłem :-)
Wyjechałem po 30km. jazdy po lesie na drogę asfaltową w Raczkowie (Gmina Skoki). Potem już cieszenie się Słońcem między polami, aż po Kiszkowo, bo potem znów zagłębiłem się w Puszczy Zielonce i dzionek na rowerze pięknie mi minął.
Próbowało się w życiu różnych używek, ale żadne %, czy thc nie dają mi takiego haju jak jazda na rowerze, więc robię dalej to, co lubię robić najbardziej :-)
trasa:
. . . ździsie: Puszcza Zielonka - droga z Dębogóry do Zielonki.
Padalec łapał ostatnie ciepłe promienie słoneczne, bo za chwilkę do długiego snu...
Gdzieś w lesie....nie wiem gdzie to, bo się zgubiłem, wiem tylko że potem wyjechałem w Raczkowie.
Odpoczynek na oldschool'owym przystanku przed Jabłkowem.
Gorzelnia w Jabłkowie. Krzywy komin :-)
Sarny
Jezioro Rybno Wielkie
Bliżej Turostowo, dalej Kiszkowo - taki sobie widoczek z polnego wzniesienia.
Krowy na jesiennej łące.
Był też spacer po polu w okolicy małej wsi Turostówko, ale widoczki bardzo przyjemne dla oka.
Grigori wjedzie, a raczej wejdzie z rowerem wszędzie :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017