Wesoły, spontaniczny i pożyteczny wypad do Parku Krajobrazowego Promno z Piotrasem. Wesoły, bo w towarzystwie takiego, a nie innego Gościa, spontaniczny bo zostałem wyrwany z wyra o 8 rano, pożyteczny ponieważ na rowerze. Udało się nawet zmieścić czasowo przed przyjściem deszczu. W PK Promno jak zwykle można się wyszaleć na tamtejszych ścieżkach prowadzących pagórkami, wąwozami, zjazdami i podjazdami. Choć my dziś szaleliśmy tak na pół gwizdka, to można było poczuć kwas mlekowy w udach. W samym parku spotkać dziś można było kilku spacerowiczów, jednego biegacza, ale największe wrażenie zrobiło spore stado jeleni, które cichaczem przemknęło obok nas. A tak to cały las dla nas :-) Z Piotrasem atmosfera zawsze jest niepowtarzalna :-) Tutaj nad Jeziorem Brzostek.
Popołudniowy wypad po okolicach Pobiedzisk w towarzystwie Ani, okazał się być strzałem w dziesiątkę. Pogoda dopisała i słońce całkiem przyjemnie nas grzało, szczególnie na nowo odkrytych drogach polnych okolic Węglewa, Moraczewa, a potem Berkowa i Podarzewa - zresztą wstawię mapkę:
W Moraczewie odkryliśmy całkiem ciekawą atrakcję - grodzisko z czasów wczesnego średniowiecza. Więcej na temat tego grodziska można poczytać tutaj. Grodzisko góruje nad okolicą, gdyż znajduje się na wniesieniu o wysokości ok.130 m n.p.m., a ze szczytu można podziwiać całkiem przyjemna panoramę okolic, którą pokażę w galerii: grodzisko w Moraczewie
O ile rano jechało się w miarę przyjemnie, bo z wiatrem (choć słabym), to z powrotem, męcząc się katorżniczo, pod silny wicher, plujący na mnie deszczem i śniegiem, zliczyć ilości niecenzuralnych wyrazów z moich ust się nie da! Zliczyć się nie da, bo było ich setki i wszystkie najgorszego sortu, typu: "motyla noga" ale wieje, "kurczę blaszka" ale zimno, "łał" ale deszczyk, "żółwia błoć" super cichy tir, "krucze pióro" ładne bagno! Mimo przeciwności losu dokręciłem do 5 dyszek i jakąś tam satysfakcję mam z dzisiejszego dnia na rowerze, jednak jeśli jutro pogoda będzie podobna to PIERDOLĘ TO W CHUJ!!! Jadę puszką, bo przyjemność z tego żadna. Chcąc ominąć główną trasę, na której setki tirów i hałas - trafiłem na nieprzejezdny las, a potem w bagno....
Na tej ulicy w Pobiedziskach, blisko mojego domu już prawię klęknąłem i złożyłem wieniec. Jednak nie klęknąłem i dojechałem pod klatkę resztkami sił i cierpliwości.
Jak już wspomniałem, jutro pierdolę i jadę samochodem. Mam już dość zajebanej zimy! :-) Ps. Nie będę przepraszał za wulgaryzm w tym wpisie, bo to mój blog i pisze w nim to co czuję.
Zaryzykowałem mimo złych prognoz pogodowych i wyjechałem jednak rano rowerem do pracy. Chmury były i wilgoć w powietrzu, ale nie padało, dlatego do pracy dojechałem bez szwanku. Po pracy także było spoko i czasem nawet Słońce przebłyskiwało między chmurami. Przed domem jeszcze 2 kółka po osiedlu i dobiłem do 5 dyszek - ot tak dla hecy. Ale nie powiem - ciężko mi się kręci nadal.
W drodze powrotnej takie oto ciekawostki: Refleksy słoneczne nad kominem EC P-ń Karolin. Po dymie wydobywającym się z komina, widać że wiatr nie był dziś silny.
Wracając z pracy troszkę cudowałem z trasą i wyszło sporo terenu tzn. polnych i leśnych dróg. Zarówno podczas porannego dojazdu, jak i popołudniowego powrotu pogoda była bardzo ponura. Jutro ma od rana padać, więc prawdopodobnie będzie jazda puszką, ale nadzieja umiera ostatnia. polny odcinek Uzarzewo - Biskupice
Po wczorajszym, złudnym cieple i 8*C, kiedy zmarzły mi palce stóp, dziś przezornie ubrałem się tak samo jak na wczoraj i wyruszyłem z Anią na wycieczkę z celem w ładnym miasteczku Września. Jak się okazało, dziś przy temperaturze ok.11*C i świecącym słońcu, strój z wczoraj okazał się być trafionym, bo przez całą wycieczkę czułem komfort termiczny. Jednak żeby nie było tak kolorowo, to z kolei doskwierać mi zaczął potworny ból dupy na siodełku. Przy końcu już nie mogłem znaleźć najmniejszego skrawka na siodełku, na którym można by ze spokojem usiąść i pedałować,choć odbierało mi to przyjemność z jazdy to przecież nie stanę w miejscu i się nie poryczę, więc kręcąc tak w cierpieniu wykręciliśmy dziś z Anią ładną osiemdziesiątkę w ładnych warunkach atmosferycznych, po równie ładnych, wiejskich terenach gmin: Pobiedziska - Czrniejewo - Września i Nekla: . . Nasz cel wycieczki - Września, to spore miasto z bardzo kolorowym, zadbanym i dużym Rynkiem. Zawsze mi się tam podobało i wypady w to miejsce zostają mi w pamięci - tym razem też tak było. Jednak zanim tam dojechaliśmy, po drodze mijaliśmy takie oto widoczki:
Ania ubrała się nieco za grubo i kilka kilometrów po wyjeździe robiliśmy przystanek. Pobiedziska - Gołuń
Czerniejewo
Czerniejewo - Września
Skutki zeszłorocznej nawałnicy, która przeszła nad lasami okolic Czerniejewa w sierpniu, robią porażające wrażenie. Wiele hektarów pozwalanych, połamanych i porozrzucanych drzew nadal pozostają nieuprzątnięte.
Taka instalacja przed jedną z posesji w Psarach Polskich.
Na jednym z przejazdów kolejowych we Wrześni.
Rynek we Wrześni
dwór w Białężycach
Nieopodal Białężyc wybudowano przeogromną fabrykę samochodów, niemieckiej marki na "V". Teren zakładu robi wrażenie - jak dla mnie przerażające. Taki zamknięty obóz pracy nieprzymusowej XXI w.
dwór w Chociczy Wielkiej
fragment A2
Choć dzisiejsza trasa to prawie cała w asfalcie, nie obyło się bez kilkukilometrowego odcinka nieutwardzonego. Chociczka - Opatówko.
Zmęczeni wróciliśmy do domu, ale też usatysfakcjonowani, bo małymi kroczkami się rozkręcamy. Dzisiejsze 80 km i wczorajsze 60 km daje nam niezłego kopa endorfin na kolejne wycieczki. Pozdrowienia.
Tak sobie dziś z Anią wymarzyliśmy, aby na rowery wsiąść i zapodać korbą w siną dal. W siną dal w przenośni i dosłownie, gdyż pogoda w dniu dzisiejszym to była prawdziwa siność. Termometry naszych liczników wskazywały ponad 8*C, ale nijak miało się to do rzeczywistości, gdyż palce mych biednych stóp zmarzły mi na kość po dosłownie 15 kilometrach jazdy - czegoś tu nie rozumiem. Pomijając ten fakt, miałem dziś wyjątkowo dobry nastrój i sporo energii, które zaprowadziły nas w zachodnie fyrtle powiatu gnieźnieńskiego:
Kilka zdjęć: W Lednogórze nad Jeziorem Lednickim Ania robi zdjęcia przebiśniegom.
Z Dziekanowic do Żydówka prowadzi taka oto piękna droga.
Spośród wszystkich mijanych po drodze zabytków ten Ursus podobał mi się najbardziej.
Stado żurawi na polu w Strychowie.
Ten budynek choć zabytkiem jeszcze nie jest, to posiada tablicę z objaśnieniem ;-)
Dlaczego w Dziećmiarkach postawiono figurkę jakiegoś świętego, trzymającego antenę telewizyjną w rękach? A może to pomnik świętego Tadzia R. z Torunia?
Odrobinka XC nad Jeziorem Linie w Lednickim Parku Krajobrazowym.
Po wczorajszej śnieżycy, jadąc dziś rano do pracy miałem zimową aurę. Z powrotem już ani śladu po białym, ale zimno nadal doskwiera. Poza tym nic nadzwyczajnego, nadal ciężko mi się kręci. Uzarzewo
Już na prawdę mam dość zimy. Rano podczas dojazdu było jeszcze ok, ale to co się wyprawiało wieczorem kiedy wracałem z pracy, to już jakaś złośliwa ironia losu. Nie dość, że mróz, wiatr prosto w gębę, śnieżyca, ciemność, wilgoć, to w dodatku pierwszy dzień wiosny. Ale nie zrażam się i wkręcam na wysokie obroty, bo forma sama nie przyjdzie :-) poranek prawie wiosenny
Dojazd do pracy najszybszym wariantem (dawna dk5), a powrót już z drobnymi modyfikacjami, bo mi się chciało. Mróz trzyma nadal, ale wicher zdecydowanie ucichł, stąd jechało mi się przyjemnie. Jadąc wieczorem z powrotem, spostrzegłem na niebie oprócz pięknego Księżyca w pierwszej fazie prawdopodobnie planetę Wenus, której blask i widoczny gołym okiem okrągły kształt zwrócił moją uwagę na tyle, że zrobiłem zdjęcie. Jak widać na załączonej mapce, dokręciłem sobie w Pobiedziskach do 5 dyszek i jest dobrze.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017