Zgadaliśmy się uprzednio z Piotrasem, Przemkiem i Sebą i pojechaliśmy w teren pożegnać godnie dobry rowerowy rok 2012. Jak zwykle w tym towarzystwie jechało się nadzwyczaj przyjemnie, mimo sporego błotka jakie pojawiło się na leśnych duktach. Było też bardzo ciepło i jechaliśmy naprawdę lesserskim tempem, żeby nie zgrzać się nadto. Fajowo było, ale cóż trzeba nowy roczek zaczynać i kto wie, może z jeszcze lepszymi rowerowymi przygodami.
Wczoraj wyczaiłem, że dziś będzie słonecznie, a to kolejny powód do jazdy rowerem na jakąś fajną wycieczkę. Napaliłem się na ranną jazdę, aby zobaczyć jeden z piękniejszych widoków - wschód Słońca, wstałem bardzo rano i na niebie spostrzegłem gwiaździstą przestrzeń, a to dobry znak, dlatego wyjechałem z domu punkt 7:00 i przez chwilę zapodawałem jeszcze przy blasku zachodzącego Księżyca :-))) Widok ten jakoś tak napełniał mnie radością. Gdy Słońce wychyliło się znad horyzontu, zatrzymałem rower i zrobiłem sobie przerwę na zachwycanie się tym rzadko widzianym zjawiskiem.
Po tym mógłbym już w sumie wracać do domu, bo to był mój cel wycieczki, ale jako że cały dzień wolny, niebo piękne, w plecaku gorąca kawa, rower sprawny i pełna głowa pomysłów to pojechałem dalej, wymyślając trasę na bieżąco i dostosowując ją do kierunku wiejącego wiatru, tak aby jechać z nim w plecy, a z powrotem lasem aby wmordewind nie doskwierał z taką siłą i to było chyba moje najinteligentniejsze posunięcie tego dnia ;-)
Po raz kolejny kilku (człowieków) zdziwi zdjęcie dzikiej zwierzyny, napotkanej po drodze, ale takie jakieś mam ostatnio szczęście i w sumie czekam już na takiego biegnącego daniela = skutek z palcem na spuście migawki :-) Ajjj gdybym tylko miał jakiś lepszy aparat to fotki byłyby jak na wyciągnięcie ręki, ale dobre i to, bo w sumie fotografem nie jestem tylko rowerzystą = przyczyna.
Bardzo przyjemnie znów, jak zwykle się śmigało, że tak powiem bo każda wycieczka rowerem choćby codziennie miała biegnąć tą samą drogą, to widoki i zdarzenia są różne, dlatego tyle zdjęć robię :-) bo wielkoPOLSKA jest piękna :-)
Na koniec dodam, jako ciekawostkę że po raz kolejny spotkałem w trasie słynnego Pana Ździcha, który śmiga rowerem bez względu na warunki i po niekiedy bardzo odległych zakątkach - kiedyś spotkałem go przed Kiszkowem, a mieszka on przecież blisko Czerwonaka!!! Oto link do poprzedniego spotkania, wraz ze zdjęciem Pana Ździcha. Pogadaliśmy sobie o rowerach, pozdrowiliśmy na Nowy Rok i strzeliliśmy sobie zdjęcie :-)
Pan Ździchu zjebał mnie ostro za niewygodne siodełko w moim rowerze i polecił mi zamontowanie takiego jakie on posiada... Toż to zabytek i dzieło sztuki i szkoda by mi było nawet siadać na takowym.
Bardzo brakowało mi terenu, oj bardzo! Na dzisiaj miałem nieco inne plany rowerowe, które nie wypaliły, dlatego zrobiłem sobie objazd Puszczy Zielonka solo, jeżdżąc leśnymi duktami. Dzisiaj realizowałem swój plan, który zakładał wolne i przyjemne jeżdżenie w jak najściślejszym lesie, aby móc delektować się pięknem tego parku, co chroniło przed mroźnym porannym wiaterkiem.
Odwiedziłem kilka moich ulubionych miejsc, do których zawsze z chęcią zaglądam rowerem np. Rezerwat "Klasztorne Modrzewie" gdzie rosną bardzo stare i mega wysokie na ponad 40m. modrzewie europejskie. Nie powiem, abym nie widział dziś żywej duszy w lesie, ponieważ tak nie było, a to za sprawą pewnej grupki danieli, które towarzyszyły mi biegnąc równolegle ze mną przez las, oprócz tego drogę przebiegło mi spore stado jeleni i lis. Tak jakoś ostatnio wychodziło, iż rzadko jeździłem sam, dlatego dziś wykorzystałem ten fakt i wjeżdżałem w takie knieje, że w grupce nigdy bym nie zaproponował tego ziomalom :-)))
Bardzo jak zwykle przyjemnie się jeździło znów dziś że tak powiem ;-) Lekki mrozik zamroził wszelaką wilgoć w terenie i było suchutko, a temperatura oscylowała przy 0, dlatego o marznięciu mogłem z ulgą zapomnieć. W plecaku miałem termos z kawą zbożową, którą popijałem na leśnych polanach i było całkiem zajebiście - tylko ja, rower, las, zwierzyna i gorąca kawa :-)))
Nie ma co tracić czasu, tylko wykorzystać wolny czas i śmigać na rowerze. W myśl tego, wstałem o wschodzie Słońca, które dziś wyjątkowo wyszło zza chmur, napełniając mój mózg radością i wyjechałem przed siebie. Temperatura oscylowała w okolicach 10*C dlatego w powietrzu można było wyczuć zapach drobnoustrojów poruszających się w sporym wietrzyku, ale cieszyłem się taką aurą i mam nadzieję, że mnie nic nie chwyci tym razem. Po jakimś czasie Słońce zaczęło coraz częściej chować swe oblicze za chmurami, z których w pewnym momencie zaczęło nawet dość obficie kropić deszczem. Jednak nie zraziło mnie to, bo na plecach wiozłem pół litra - gorącej kawy w termosie oczywiście :-))) Którą wychlałem w czas, kiedy deszczyk sobie pokropywał. Wypad udany, choć troszkę nuda mi doskwierała, ale najważniejsze, że kolejne łyki świeżego powietrza na 2 kołach zostały połknięte :-)
Dzisiejsza odwilż troszkę zepsuła świąteczną atmosferę, bo za oknem zrobiło się bardzo brzydko tzn. mokro, mgliście, błotno i wilgotno...Dlatego też od rana zastanawiałem się czy jest sens w ogóle na rower wychodzić. Jednak nie wytrzymałem i po południu zrobiłem sobie taką asfaltową rundkę.
Jak widać na zamieszczonym zdjęciu poniżej wigilię mają już także okoliczne stada kruków, które tłumnie zebrały się dziś nad świątecznym karpiem.
Dnia dzisiejszego, z rana spotkałem się z Piotrasem i Przemem w celu wspólnego kręcenia korbami. Głównym celem naszej wycieczki były lasy Parku Krajobrazowego Promno i tam też wyruszyliśmy z uśmiechami na twarzach i kilogramami ciuchów na ciele :-) Dziś nieco bardziej zadbałem o grubość warstwy ocieplającej na dłoniach i założyłem 2 pary ciepłych rękawiczek, które jednak po kilkudziesięciu km. poddały się i palce rąk z minuty na minutę poddawane były coraz to większemu naciskowi mrozu, aby potem odpaść na stałe!!!! Na szczęście oprócz rąk w resztę ciała było idealnie ciepło, w czym pomagały łyki ciepłej kawy wprost z termosu, który dziś zabrałem.
Jazda była bardzo przyjemna, gdyż ziemia była sucha i zmrożona, mogliśmy podziwiać piękno lasu zimową porą i ogólnie był znikomy ruch czegokolwiek z wyjątkiem "kładowców" którzy mieli dziś zlot w okolicy Jezierc. Widoki urozmaicały nam także efektowne rajdy dzikiej zwierzyny w bezpośredniej bliskości od nas np. sarny i stado jeleni. Jedyne co wymagało większej koncentracji podczas jazdy to lód na drodze i zamarznięte bruzdy, przeryte przez dziki na leśnych drogach, gdzieniegdzie bardzo ciężko się po takiej nawierzchni jechało. Oczywiście towarzystwo Piotrasa i Przema dodawało animuszu i uśmiech z twarzy mi nie znikał mimo potwornego bólu w końcówkach palców :-S Ale Park ten przejechaliśmy wzdłuż i w szerz :-)
Bardzo się cieszę, że mogłem znów pokręcić w tak miłym towarzystwie i dziękuję Wam ziomki serdecznie i do następnego tripu.
A tak na koniec chciałbym wszystkim rowerzystom i rowerzystkom złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji świąt, aby były ciepłe i spędzone w rodzinnej atmosferze i prezenty żeby były rowerowe :-) a na nadchodzący 2013 rok życzę wszystkim spełnienia najskrytszych rowerowych i nie tylko marzeń :-)))
Wiem, że dystans nie powala i średnia też żałosna, ale w sumie to taki miałem plan, gdyż jestem świeżo co po chorobie, która kilka dni temu oblewała moje ciało gorącym potem, przeplatając zimnymi dreszczami, dlatego nie chciałem przesadzać. Miało być spokojnie, bez napinki, po okolicznych lasach mojej wioski Wierzonki. Tak też zrobiłem, ubierając się szczelnie wyruszyłem do lasu.
A tam wszystko kompletnie zmrożone, nawet liście kruszyły się z trzaskiem przejeżdżając przez nie kołem. Zarówno małe oczka wodne w lesie, jak i duże Jezioro Kowalskie skute są już grubym lodem. Niekiedy jazda była bardzo trudna gdyż leśne drogi pokryte są także cienką warstwą lodu, spore kawałki pokonywałem prowadząc rower. No i warto wspomnieć, że dziś zaliczyłem pierwszą glebę tej zimy, a miejsce to miało podczas jazdy po gładkim lodzie na Jeziorze Kowalskim, trochę sobie piszczel przyszlifowałem i szczypie teraz na maxa :-)
Na dzisiejszy wypad mam tylko jedno zdanie: HARDCORE NA MAXA! Z domu wyjechałem punkt 19:00 i obrałem cel na Dziewiczą Górę, gdyż chciałem sprawdzić czy dam radę podjechać pod te wzniesienie zimą, przy ok.10cm. śniegu. No i jak myślicie, czy podjechałem? Pewnie, że podjechałem, ale z 10 glebami po drodze ;-) Zabawy przy tym było co nie miara, ale i przekląć nie omieszkałem przy tym kilka razy. Jednak o szaleństwach na zjazdach mogłem zapomnieć, ponieważ ślisko w hej i śnieg przykrył wszystkie przeszkody typu korzenie, dziury itp. dlatego mógłbym skończyć na noszach, gdybym nie zachowywał nie podobnego do mnie rozsądku ;-)
W lesie jadąc samemu można nieźle w pory narobić przez te daniele, co wyskakują 2 metry od roweru nagle z krzaków!!! Raz to tak się wystraszyłem, że tak dziwnie (damskim głosem) krzyknąłem i gdyby ktoś to usłyszał nieźle by się uśmiał :-)
Jeśli chodzi o stan dróg leśnych to jeszcze jeździ się komfortowo, gdyż śnieg jest świeży i opona napompowana do 1,5 atmosfery dobrze wgryza się w nań. Jednak czasem zdarzyło się poślizgnąć na zmarzniętej bruździe. Na szczęście mimo kilku bliskich sytuacji, gleby udało się uniknąć.
Już na początku tygodnia, Piotras wyszedł z propozycją na zimowy wypad po ośnieżonych ścieżkach Puszczy Zielonka, dlatego nic się nie zastanawiałem i od razu się zgodziłem, gdyż dawno nie byłem w lesie zimą w tak miłym towarzystwie.
Piotras dał cynka także Przemowi i on także wstawił się dziś z nim na ustawce pod moim blokiem we Wierzonce :-) (pewnie nigdy nie był w tak dużym mieście) Ciepła graba na przywitanie, miłe pogaduchy i w drogę... Wiatr tak mroźny, że poliki rumieniły się po 5min. a palce rąk bolały mimo 2-óch par rękawiczek!? Na drogach polnych, jak i leśnych dużo ubitego i śliskiego śniegu, grudy zamarzniętego błota i wiele innych zimowych atrakcji powodowało u nas wyostrzenie wszystkich zmysłów i jazdę nieco bardziej asekuracyjną niż zwykle (szczególnie na zjazdach) W lasach stada danieli przeskakiwały nam drogę, a w międzyczasie popijaliśmy gorący napój sporządzony według receptury Piotrasa :-) który był bardzo dobry! Na otwartej przestrzeni zapodawał tak mroźny wiatr, że po chwili jazdy ciężko było wypowiadać słowa, ale to jest właśnie piękne w jeździe rowerem, że możesz jeździć kiedy tylko zechcesz i podziwiać piękno otaczającej przyrody, nie tylko ciepłym latem. Zima jest także piękna i ma swoje niepowtarzalne uroki - liznąć trzeba wszystkiego, a wielu pewnie woli w ciepłych laczuszkach zajadać obiadek, a my jak takie "świry" jeździliśmy po lasach :-) Na końcu to nie powiem, ale palce rąk czułem jakby ktoś ściskał mi je w imadle, jednak jakoś to wytrzymywałem.
Towarzystwo Piotrasa i nowo poznanego Przema to taka "wisienka na torcie" dzisiejszego wypadu, gdyż bez nich jazda nie byłaby już tak wesoła i przyjemna. Dzięki chłopaki i do następnego weekendu :-)
W moich okolicach przyszła już zima na całego, dlatego dziś chciałem wykorzystać śniegową aurę, aby troszkę "poszlifować" technikę na śliskiej nawierzchni. Przed wieczorem zmówiłem się z Michałem, który już pomykał na swoim Specu 29er po okolicach Pobiedzisk i wyruszyłem mu na spotkanie. Gdy już się spiknęliśmy to pojechaliśmy bocznymi asfaltami w bardzo dynamicznym tempie po okolicznych wioskach. Mroźny wiatr w pewnych momentach dawał w kość, ale ogólnie bardzo miło się jechało i gleby nie było na szczęście. Z ciekawszych rzeczy po drodze, warto wspomnieć o wyprzedzeniu przez nas, w miejscowości Karłowice pewnego pana jadącego na skuterze!!! Nieźle nas to rozbawiło, ja temu panu pomachałem ręką - wydaje mi się, że facet niezłego wstydu się najadł hehe.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017