Tak w ramach uzmysłowienia sobie....... Ciekawostka: Wsiadłem na rower przy temperaturze -9,5*C odziany, w że tak powiem strój cywilny, czyli strój zimowy (nierowerowy), taki w jakim zwykle poruszamy się na co dzień - spodnie jeansowe, jedna para skarpetek, buty zimowe bez ocieplenia, bluza, kurtka zimowa, czapka i rękawiczki z zamszu. Po prostu tak jak zwykle wybieramy się w mrozie na spacer. Po 10 kilometrach jazdy miałem dość. Palce rąk i stóp odmarznięte, dupa i pachwina tak szczypały, że nadal czuję te mrowienie pisząc ten tekst, poza tym twarz niczym nie osłonięta zmarzła tak, że nie mogę wypowiedzieć słowa. Choć byłem świadom różnic w stroju rowerowym, który przeznaczony jest na mrozy tzn. kominiarka, kurtka, ocieplacze neoprenowe, rękawiczki, bielizna termoaktywna itd. uzmysławiam sobie teraz fakt zadawania mi pytań przez laików rowerowych typu: :Czy ty jesteś normalny?", albo: "Nie jest ci zimno?". Otóż tak jestem normalny i nie jest mi zimno :-)
Musiałem to sprawdzić. Ciekawość mnie zżerała. Chciałem się poczuć jak laik zadający mi te pytania....ale czy coś mi to dało...nic, bo ja już wiem to dawno (jeżdżę zimą nie od dziś), a laik zawsze pozostanie laikiem :-)
O świcie ponoć termometr wskazywał -16*C, kiedy ja wstałem czyli o 9:00 wskazywał już -13*C.
Gdy wsiadałem na rower temperatura wzrosła do ok.-10*C i domniemam, że taka właśnie aura utrzymywała się przez cały przebieg mojego dzisiejszego wypadu.
Ubrałem się dziś już maksymalnie, ekstremalnie, od czubka głowy po pięty...mimo to na zamarzające palce stóp rady nie ma. Po około 25km. jazdy jakieś małe imadełko zaczęło z coraz to większym zaparciem ściskać moje końcówki palców stóp. Nie było innej rady jak zsiąść z roweru i troszkę poskakać w miejscu. Pomogło, bo po doprowadzeniu ciepłej krwi do stóp, już taki kryzys cieplny nie pojawił się do samego domu.
Oto trasa: .......... Ale teraz po kolei. Trasę wymyśliłem sobie spontanicznie, ale w zamyśle chciałem pokręcić po asfalcie. Już wyjeżdżając spod bloku, dało się odczuć tę niską temperaturę, dobrze że miałem kominiarkę, bo to uczucie szczypania na twarzy po wyjściu z ciepłego domu, mogłoby zgasić mój zapał, a tak z uśmiechem na twarzy pojechałem do... Dwór we Wronczynie z XVIII w. Nieczynna gorzelnia we Wronczynie. Wronczyn - Krześlice. Jakaż piękna polna droga.
Po około 15km. jazdy w tym mrozie, na kominiarce zaczyna zamarzać para, jednak z resztą członków ciała wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dojeżdżam do Krześlic, skąd robię mały skrót polną drogą do Łagiewnik. Drogi polne są tak twarde, że upadek byłby bardzo bolesny, więc zachowuję dużą ostrożność. Para wydobywająca się z buzi zamarza na kominiarce po krótkiej chwili. Droga polna z Krześlic do Łagiewnik.
Następnie jadę długi odcinek asfaltami, wprost pod wiejący wiatr. Zazwyczaj wieje z zachodu, jednak dziś było odwrotnie i dojazd do kresu - celu wycieczki, czyli wsi Sławna przebiegał wręcz katorżniczym wysiłkiem. Wtedy to właśnie po raz pierwszy zacząłem odczuwać małe imadełko na palcach stóp. Kaplica św. Rozalii w Sławnie z 1785 roku.
W Sławnie poszukałem miejsca na odpoczynek, gryz batona i łyk gorącej kawy. Znalazłem. Rozgościłem się w lasku nieopodal wsi, zakryty drzewami, mogłem oddać się delektowaniu gorącym napojem. Baton był tak twardy, że mógłby służyć jako młotek, więc namaczałem go w kawie i wtedy był jadalny :-) Po chwili zapomnienia sprzątam po sobie i podnoszę rower....Patrzę na tylne koło i mówię: "podpompuję troszkę oponę - będzie lepiej szedł na asfalcie" Wkładam pompkę gdzie trzeba, a tu pssssssssss! Powietrze zamiast wlatywać w wentyl, to wylatuje! What the f.....!? Okazało się, że pompka (nieźle już wyeksploatowana) odmówiła posłuszeństwa w tym mrozie. Dopiero pół godzinne dyganie, sprawiło, że tłok się rozgrzał i zaczął wytwarzać ciśnienie, ale nieźle mnie to wystraszyło. Perspektywa 30km. do domu i flaka w oponie w takim mrozisku nastręczała mnie o konwulsje, więc kiedy tylko poczułem delikatne drgnięcie obwodu opony, nie przestawałem dygać, aż mi prawie ramię odpadło ze zmęczenia, a dłonie z zimna, bo robiłem to bez rękawiczek naturalnie :-))) Koniec końców napompowałem ile trzeba i od razu wsiadłem na rower w drogę powrotną. Największą radością okazał się być właśnie powrót, bo z wiatrem w plecy, całe 30 kilometrów z nadyganą oponą :-) baton w kawie :-) W gminie Kiszkowo śniegu brak. Wieża kościoła w Kiszkowie, a w oddali lasy Puszczy Zielonki, w które za chwilę się zagłębię. Rzeka Mała Wełna zamarzła całkowicie.
Za Kiszkowem wjechałem w lasy Puszczy Zielonki, potem jazda w poprzecinanych przez drzewa promieniach zachodzącego Słońca. Widoki przyjemne, ale gdyby nie wspomniany ekstremalny ubiór, wycieczka dzisiejsza mogła by nie być taka udana. A tak była i to bardzo, mimo kilku kryzysów cieplnych w palcach stóp, nie było najgorzej bo dało się to "rozchodzić" Puszcza Zielonka. droga Zielonka - Tuczno. Przeżyłem...rower też :-)
Chyba nie jeździłem rowerem do tej pory w tak niskiej temperaturze. Zdarzało się w -9*C, ale w ponad -10*C to chyba nie. Wykorzystałem tą sprzyjającą pogodę i nabrałem kolejnego doświadczenia w ekstremalnej jeździe rowerem :-) Tyle na dziś hej :-)
Od jakiegoś czasu myślałem o odwiedzeniu Jeziora Swarzędzkiego i dzisiaj nadarzyła się okazja, aby ten akwen objechać dookoła. Okazja się nadarzyła, bo jest sobota, mam wolne, a na dworze piękna, surowa, mroźna zima.
Oto trasa:
Wyjechałem zatem opatulony w przeróżne rowerowe technologie odzieżowe, bo na zewnątrz niby -7, ale wicher wiał tak silny że odczuwało się temperaturę dużo niższą. Wziąłem także gorącą kawę zbożową z mlekiem w termosie, bo nie ma nic przyjemniejszego na mrozie jak łyk czegoś parzącego. Nad J.Swarzędzkim nie spotkałem żadnego rowerzysty, ale za to kilku biegaczy i zniszczonego fiacika. Na parkingu przy Jeziorze Swarzędzkim, między Gruszczynem a Zielińcem stał ten zniszczony Fiat. Żal samochodziku...:( Jezioro Swarzędzkie dzielnie walczy z naporem fali mrozu. Na ścieżce tuż przy brzegu Jeziora Swarzędzkiego w Swarzędzu.
Po objechaniu Jeziora Swarzędzkiego odbiłem w stronę Gortatowa, na ścieżkę dydaktyczną przy dolinie rzeki Cybiny. Krajobraz z tamtejszego punktu widokowego znam już doskonale i kilka razy wstawiałem na blogu. Dziś postanowiłem wejść po skarpie, w niedostępnym miejscu i uraczyć swoje oczy widokiem na ów dolinę z jeszcze wyższego punktu, bo na szczycie zwichrowanego pola. Cóż za potworny wicher tam hulał! Stojąc na szczycie pola, drobinki piasku ze śniegiem smagane sążnistymi podmuchami wiatru chciały podnieść mnie do góry. Aby zrobić zdjęcia musiałem zdjąć rękawiczki....dłonie zamarzały na kość po kilkunastu sekundach. Wchodzę więc na polny szczyt, a dookoła widoki jakby pustynne... Strzał okiem na prawo, a w oddali Uzarzewo. Strzał okiem na lewo, a tam dolina Cybiny, Gruszczyn i komin EC Karolin na horyzoncie. Powolutku cała woda skuta zostanie lodem. Tymczasem pozostają jeszcze takie wodne wysepki, z których korzystał w tej chwili łabędź. Widoki na tym polnym wzgórzu przypominały mi troszkę łebską wydmę. A mroźny, przeszywający pyłem wicher wiał tak mocno, że tumany wzbijały się w niebo.
Przemierzyłem odcinek wzdłuż doliny Cybiny, wyjeżdżając gdzieś przed wsią Uzarzewo. W lesie wyciągnąłem parzącą kawę z termosu i wziąłem kilka rzęsistych łyków - co za błogostan mnie dopadł. Rower, mróz, śnieg, piękne widoki, gorąca kawa...nic więcej mi trzeba nie było w tym momencie. Niesiony chwilą błogostanu, postanowiłem przedłużyć sobie nieco trasę skręcając na Uzarzewo - Święcinek, skąd prowadziła długa prosta po polu, gdzie jechałem pod wiatr. Jest tam może ze 2 kilometry, ale jazda pod tak silny i niesamowicie przeszywający mrozem wicher odebrało mi sporo sił. Potem schowałem się odrobinę w lesie i czułem jak palce u nóg zaczynają mi pulsować z zimna. Łapy odpadają, ale zaraz będzie dobrze - kawa inka z mlekiem w parzącej odsł> Saren widziałem dziś sporo w okolicach Uzarzewa, ale tylko tej postanowiłem cyknąć fotkę dla potomnych :-) ....bo przecież mój blog bez zwierząt nie byłby moim blogiem :-) Oto odsłonięta droga polna z Uzarzewa - Święcinka do Góry, gdzie mroźny wicher wiejący w twarz, zabrał mi sporo sił. Przez tę drogę przebiegły mi dwa spore stada saren, ale nie miałem siły wyciągać aparatu...
Potem udałem się do Jerzykowa, skąd moimi leśnymi fyrtlami wróciłem do Wierzonki. Został mi jeszcze kubek gorącej inki, który opróżniam w Barcinku, zaledwie żabi skok od domu. Jezioro Kowalskie w jakiś 80% pokryte już lodem, a przy jego brzegach sporo ludzi skaczących po wystających kępach - stan wody na zalewie jest chyba najniższy w historii. Jezioro Kowalskie - widok z Barcinka. Na koniec zdjęcie dzięcioła, który niczym nie zawstydzony wystukiwał dzięcioli alfabet na słupie telegraficznym.
Jakże odmienny widok za oknem w 2016 roku. Jest biało i mroźno, czyli dla mnie bardzo przyjemnie - szybko spełniają się noworoczne życzenia, aby ten był udany :-) Pojechałem po cieniutkiej warstwie świeżego śniegu, leżącego luźno na drogach asfaltowych, które zaprowadziły mnie do Gminy Kiszkowo. Przejeżdżałem przez kilka wiosek, a po drodze cisza i brak żywej duszy. Nawet na nieco bardziej ruchliwych drogach jak np. Pobiedziska - Kiszkowo mogłem jechać wężykiem i nikt by mnie nie przejechał. Coś mi się wydaje, że połowa narodu leczyła dziś kaca :-) Śnieg delikatnie sobie prószył, nadając tej noworocznej wycieczce zimowego klimatu, a mróz policzkował moją twarz. Ubrałem się idealnie i przez te 50km.żadna część ciała mi nie zmarzła (no dobra, poliki trochę), w dodatku wziąłem dziś gorącą kawę w termosie, a to na mrozie jest zbawienie.
Trasa: ździsie: Jezioro Wronczyńskie Duże w zimowej scenerii.
Odnośnie dzisiejszego wyjazdu: Zrobiłem sobie krótką, popołudniową przejażdżkę, aby dokręcić do 5 tysiaków, ot tak dla statystyki. Trasa tej krótkiej jazdy przebiegała w większości po lesie oraz drogach polnych w okolicy mojej Wierzonki. Wreszcie mogę powiedzieć, że temperatura mnie cieszy, gdyż po długim oczekiwaniu słupek rtęci nieznacznie zszedł poniżej zera, a jak wiecie ja lubię jeździć rowerem po grudzie, śniegu i w trzaskającym mrozie :-)
Odnośnie podsumowania: Rok ten ze względu na dystans całkowity mógłbym zaliczyć do skromnych, ale ze względu na fakt, iż traktuję rower jako narzędzie do poznawania świata (póki co, tego małego) to zaliczam ten 2015 rowerowy rok, jako najlepszy. Najlepszy ponieważ spełniłem w nim swoje wielkie marzenie, czyli zobaczyłem Jezioro Śniardwy. Każdy ma jakieś tam swoje małe lub większe marzenia, moim było właśnie objechanie największego jeziora w Polsce dookoła rowerem, co przypominam TUTAJ. Warta zapamiętania była także wycieczka z października - wokół Jeziora Łebsko, która pozostawiła niezatarte wrażenia na zawsze.
Tymczasem zaczyna się kolejny rowerowy rok. Jaki będzie? Nie wiem...ale rower mi się nie znudził... Życzę wszystkim rowerzystom, rowerzystkom, znajomym i nieznajomym spełnienia w Nowym 2016 roku swoich małych i wielkich rowerowych i nierowerowych marzeń.
A oto ostatnie w tym roku ździsie z mojej rowerowej wycieczki: Zmrożona droga leśna z Dębogóry do Zielonki w Puszczy Zielonce.
Okolice nieczynnej żwirowni w Skorzęcinie.
Dziewicza Góra w oddali.
Stado danieli na polu.
Jezioro Kowalskie coraz bardziej suche. Widok od strony Karłowic.
Na tamie w Barcinku można zaobserwować o ile obniżyła się tafla wody na Jeziorze Kowalskim.
Kolejny nadzwyczaj ciepły dzień tego grudnia i kolejny wolny od pracy, dlatego jak tylko wstałem myślałem o rowerze. Na zewnątrz zupełnie sucho, dlatego wziąłem dziś dawno nie śmiganego GT i wybrałem się na przejażdżkę po nawierzchni utwardzonej. Tak po asfalcie, bo ostatnio śmigałem tylko w błocie i zwyczajnie chciałem dziś czegoś odmiennego. Jakież to dziwne uczucie, kiedy w końcu grudnia na rower ubrałem tylko bieliznę termoatywną i na to zwykłą rowerową bluzę bez ocieplenia, na głowie cienka bandanka, a na dłoniach krótkopalczaste rękawiczki...hmmm było idealnie.
Pojechałem nad pięknie osadzone Jezioro Góra, leżące w dolinie rzeki Cybiny na skraju Parku Krajobrazowego Promno. Wiele razy już tam byłem rowerem i zdjęcia wstawiałem. Wstawię i tym razem, bo urok tegoż miejsca, tak odmienny od wielkopolskich polnych widoków, aż prosi się o ujawnienie i chwalenie się różnorodnością tamtejszych okoliczności przyrody. Moim zdaniem trasa wytyczona wokół Jeziora Góra zasługuje na wielką uwagę wszelakiej maści turystów, ze względu na walory widokowe i przyrodnicze.
Jechało mi się świetnie. GT prowadzi się lekko, w porównaniu do mojego zimowego Felta, którym teraz jeżdżę, to jak dzień do nocy. Na zimówce, którą jeżdżę po błocie, w lesie, w bardzo wolnym tempie tej różnicy się nie odczuwa, różnica jest dopiero po jeździe na asfalcie. Ale to są mało istotne sprawy - najważniejsze, aby wycieczka sprawiała radość, a dziś miałem jej w nadmiarze, bo na pewnej górce bez większego wysiłku osiągnąłem dzisiejszego Vmaxa=53km/h.
oto trasa: Będzie niebawem (zajebany gpsies)
ździsie: Szachulcowa chata w Jerzykowie
Tak wyglądała większość dzisiejszych dróg z mojej perspektywy.
Płynie sobie Cybina w dolinie. Miejscowość Góra.
Jezioro Góra
Jakiś gościu podpłynął sobie kajakiem i kopał coś w torfie.
Bardzo spokojna, popołudniowa wycieczka. Ta pogoda, choć mnie cieszy, bo tak ciepło, to nie pamiętam aby w grudniu takich temperatur, to troszkę jednak mnie martwi. Martwi ponieważ widzę jak pąki drzew szykują się do wystrzelenia, a jak przyjdzie mróz, a przyjdzie na pewno, to wszystko zniszczy - pomieszało się w przyrodzie - ech ludzie.
Zrobiłem trasę po.......niech zgadnę - Puszczy Zielonce? Okrążyłem Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie i odbiłem też nieco głębiej w pusty, szumny las. Pusty jak nigdy, szumny jak zawsze.
ździsie: Leśny wodopój - do takich miejsc nie prowadzą żadne drogi, tutaj ścieżki trzeba znać.
Puszcza Zielonka - Trakt Poznański
Jazda konno
A tak prezentowało się dziś Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie.
Wszyscy ludzie dziś świętują, stąd chyba ta błoga cisza na trasie, no może poza kilkoma rowerzystami i jednym biegaczem w środku Puszczy Zielonki. Słońce gdyby nie tak niski kąt padania promieni, opaliłoby moją twarz. Tak właśnie było - ciepło, promieniście i jasno, choć światło jakby troszkę mniej białe. Kamienie na leśnych drogach rzucały cień długi na 3 metry, jazda pod Słońce oślepiała słupem fotonów, a gołe drzewa ani drgnęły w znikomym, ciepłym, cieszącym, anormalnym grudniowym wietrze.
Trasa: ździsie: Chmura długa na kilkaset kilometrów
Betonowa, szeroka droga ze Stęszewka do Stęszewic.
Karczewko
widok na pola w gminie Kiszkowo. Piękna wiosna tego grudnia.
To nie żadne anomalie - dziś 20 grudnia Słońce świeciło na czystym niebie, podgrzewając powietrze do 10*C. Wykorzystałem to robiąc sobie tripa po asfalcie, bo gdy jest zimno i wietrznie, chowam się zazwyczaj w lesie - dzisiaj nie było takiej potrzeby. Tym sposobem koła roweru spontanicznie zaprowadziły mnie aż nad Jezioro Lednickie.
Trasa wyglądała tak: ździsie: W Latalicach na pewnym podwórku, od wielu lat stoi i rdzewieje taki oto klasyk.....żal.
Zdjęcie przed lutrem? Czemuż by nie...
Wiatrak w Rybitwach
Jezioro Lednickie z plaży w Rybitwach.
Jadąc dalej natrafiam na odsłonięte nieco Jezioro Głębokie.
We wsi Ujazd - Stołnhejncz :-)
Bacznie obserwuje mnie myszołów.
Droga polna Węgorzewo - Charzewo.
Całkiem figlarny dworek w Charzewie.
Stadko saren
Na koniec zdjęcie samolotu przelatującego mi nad głową. Wydaje mi się, że to Airbus A380, czy ktoś się zna na lotnictwie? Ciekawi mnie czy to właśnie ten największy na ziemi statek powietrzny frunął mi nad głową.... Może to powiększone ułatwi zadanie....
Fajnie się dziś kręciło. Jednak ciepełko i brak wiatru dużo pomagają w kręceniu korbą. Dziękuję za uwagę i pozdrawiam zaglądających tutaj.
Od najmłodszych lat niedziela kojarzy mi się ze Słońcem, ciepłem, spokojem....dziś pogoda jakby chciała zaprzeczyć moim wyobrażeniom i wszystko było inaczej. O Słońcu można było pomarzyć, a wicher wiał tak silny że stawiając mu czoła, prawie spadłbym z roweru. Deszcz kilkukrotnie zacinał z taką zawziętością, że aż kłuł po twarzy. A ja, jak na złość samemu sobie wybrałem trasę po otwartych terenach...szybko musiałem ją dostosować do zaistniałych warunków pogodowych i było też trochę jazdy po lesie.
Tym sposobem było dziś krótko po okolicy: ździsie: Uzarzewo - gospodarstwo rolne.
Socrealistyczna architektura :-)
Wierzenica - dwór Augusta Cieszkowskiego z Alei Filozofów.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017