Bardzo spokojna, popołudniowa wycieczka. Ta pogoda, choć mnie cieszy, bo tak ciepło, to nie pamiętam aby w grudniu takich temperatur, to troszkę jednak mnie martwi. Martwi ponieważ widzę jak pąki drzew szykują się do wystrzelenia, a jak przyjdzie mróz, a przyjdzie na pewno, to wszystko zniszczy - pomieszało się w przyrodzie - ech ludzie.
Zrobiłem trasę po.......niech zgadnę - Puszczy Zielonce? Okrążyłem Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie i odbiłem też nieco głębiej w pusty, szumny las. Pusty jak nigdy, szumny jak zawsze.
ździsie: Leśny wodopój - do takich miejsc nie prowadzą żadne drogi, tutaj ścieżki trzeba znać.
Puszcza Zielonka - Trakt Poznański
Jazda konno
A tak prezentowało się dziś Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie.
To by było na tyle....
Komentarze (6)
Aż się zaczerwieniłem :) dzięki za miłe słowa. Cóż, pogadać to ja mogę, szkoda, że niewiele więcej. Pozdrawiam! :)
Trollking - Cieszy mnie, że zrozumiałeś moje przesłanie w tym wpisie i przyznam bez wchodzenia Ci w zadek, że tak jak Ty ubierasz myśli w słowa, ja mogę tylko pozazdrościć i próbować choć troszkę dorównać temu wysokiemu poziomowi wypowiedzi - mieć takiego rowerzystę w znajomych to dla mnie bardzo miła okoliczność. Dzięki men :-) Nefre - Mówi się, że nie ma złej pogody, tylko złu ubiór, ale wcale do końca to tak nie jest - pewnie gdyby u mnie padało też bym nie wyjechał.... benasek - Tak jak wspomniał Trollking, niestety nasza działalność na przestrzeni przecież króciutkiego czasu doprowadziła do mocnych zmian w atmosferze...to nie są dobre oznaki niestety.
Ludzie - najbardziej morderczy i inwazyjny gatunek na ziemi... ale za to mamy te wielce znaczące w temacie wieczności srajfony, ledy z odświeżalnością 600 herców, samochody z napędem na cztery koła i kawałek bagażnika, do tego tłuste brzuchy oraz modne fryzy, za które płaci się fryzjerowi równowartość miesięcznego wyżywienia dla "ohydnego żula" próbującego czasem dostać się na naszą klatkę schodową w co zimniejsze dni.
Albo bardziej po naszemu - "mamy" karbony, napędy za grubą kasę, samooddychające dętki. rękawiczki z czujnikiem podłoża...
Sorry, za bardzo się rozwinąłem. Święta i ludzka trzydniowa fałszywość masakruje mózg. Za dużo mam w pracy do czynienia z tak zwanym elementem ludzkim :)
Zdjęcie "konne" oraz "pomostowe" - jak zwykle super!
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017