Listopadowa mżawka....
Tęskniłem już za "zielonkowskimi" ścieżkami wśród drzew. W końcu tydzień mnie tam nie było.
Wjechałem do parku od ulubionej strony, czyli w Dębogórze. Już na dzień dobry przywitany zostałem rzewnymi susami młodych danieli. Zresztą towarzyszyły mi te pocieszne zwierzęta przez większość wypadu.
Drogi leśne już całkowicie pokryte opadłymi liśćmi, które nierzadko pływały po tafli ogromnych kałuż. Wpadłem kilka razy w taką mokrą pułapkę i z pięknym tąpnięciem przeorałem dno kałuży. W ogóle drogi oprócz wspomnianych liści, wylane są grząską papką błotną, po której opony mojej zimówki (rower do jazdy poza tzw. sezonem) ślizgały się jak motor na torze żużlowym. Było dziś chłodno i po tych 50 kilometrach kręcenia, palce stóp zwyczajnie zamarzły mi na kamień, że nawet ruszać nimi nie mogłem po wejściu do ciepłego domu - czas już na ocieplacze.
Późna jesień ma swoje uroki podczas jazdy na rowerze. Lubię ten stan ciszy, jeżdżąc po mokrych liściach, kiedy kruszy się próchno pod kołami, kiedy zwierzęta obserwują mnie zza drzew, kiedy nikogo przypadkowego na ścieżce nie widać, kiedy siąpi listopadowa mżawka.
Mapki tradycyjnie nie wstawiam, gdyż sam nie wiem jakimi dokładnie ścieżkami jeździłem. Wiem tylko, że tam gdzie ja jeżdżę w Puszczy Zielonce na mapie żadnych ścieżek nie ma :-) Niech resztę dopowiedzą zdjęcia.
A tak właśnie wyglądają ścieżki, którymi ja jeżdżę:



Oto spotkane daniele:



Na końcu wyjechałem na północnym krańcu Puszczy Zielonki odwiedzając Jezioro Gackie:


Oraz stadninę koni w Łopuchowie

Choć stopy zmarzły mi dziś niemiłosiernie, to wypad zaliczam do tych udanych, bo uwielbiam ten późnojesienny klimat w lesie.
Dziękuję za uwagę.




