Przejażdżka terenowa po okolicy Dziewiczej Góry, wśród grona najbliższych mi osób. Rozjazd się należy, szczególnie moim i Ani nogom po wczorajszym dystansie 220km który sprawił, że mięśnie naszych nóg były twarde jak skała. Świetna sprawa mieć świadomość, że aby poczuć nogi trzeba przejechać te dwie stówki. 100 km już nie robi na nich większego wrażenia, więc cieszymy się formą.
Na dziś plan był taki, aby zrobić spokojną przejażdżkę w terenie, więc za przewodnika robił tata i troszkę ja, a Ania i Wojtas ładnie się dostosowali do naszych wytycznych. Tym sposobem przejechaliśmy przez: Wierzonka - Wierzenica - Mechowo - Kicin - Koziegłowy - Czerwonak - Dziewicza Góra - Kliny - Mielno - Wierzonka.
Kilka ździsiów: Okolice Kicina i widok na Dziewiczą Górę.
Całodniowa wycieczka z Anią do Sierakowskiego Parku Krajobrazowego. Co tu dużo mówić - jestem wielce dumny z Ani, że przejechała swoje pierwsze w życiu dwie setki z uśmiechem na twarzy. Ja już kiedyś w Sierakowie byłem rowerem i trasę trochę pamiętałem, a trochę improwizowałem, dlatego nie obyło się bez kilkunastu kilometrów po polnych przecinkach lub kocich łbach. Jednak 95% trasy to asfalty, bo przecież taki dystans trzeba jechać z głową.
Oto link do wpisu Ani, który jest ciekawszy od mojego: KLIKNIJ TUTAJ
Oto trasa:
Oto zdjęcia: świt we Wierzonce
Musieliśmy przejechać przez Czyściec :-)
polna droga z Zajączkowa do Chrzypska Małego
punkt widokowy w Łężeczkach
"grzybek"
Sierakowski Park Krajobrazowy
kościół w Sierakowie
bulwar w Sierakowie nad Wartą
Muzeum Zamek Opalińskich w Sierakowie
zakole Warty w Sierakowie
stadnina koni w Sierakowie
Aż chciało się zerwać bukiet dla Ani.
Jezioro Bytyńskie
Dziś, to była zdecydowanie Ani SOBOTA!
Nie rozpisuję się zbytnio, pewnie Ania lepiej to zrobi, ale wycieczka była super, bo pogoda dopisała, energii nie zabrakło, był ciekawy cel oraz rekordowy w tym roku dystans :-)
Udało mi się uzyskać rekordowo krótki dystans, pośród wszystkich wyjazdów rowerowych w tym roku!!! Mimo, że to rekord minusowy, to i tak cieszy, bo to przecież rekord :-))) Tak na prawdę był to tylko krótki sprawdzian serwisowanego roweru, przed jutrzejszym biciem rekordu, ale tego najdalszego w tym roku. Szczegóły jutro wieczorem, więc już zapraszam do odwiedzania mojego bloga jutro.
Standardowo najpierw do pracy, a po pracy podobnie jak wczoraj do Poznania i powrót (niekoniecznie najkrótszą drogą) przy świetle lampki. Dobrze mi się kręci w tym tygodniu.
Kolejny dzień spędzony na rowerze (odliczając 8h pobyt w pracy). Po pracy pokręciłem w Poznaniu. A to troszkę po Wartostradzie, odrobinę po Starym Mieście i chwilkę pod Ratuszem. Powrót o świetle lampki. Dni już coraz krótsze, a poranki chłodniejsze. Gdzieś w oddali czuć lekki powiew najlepszej pory roku do jazdy rowerem dla mnie.
Od rana wiedziałem, że będzie dziś ostro padać, więc pojechałem rowerem z premedytacją, ponieważ mogłem liczyć na test błotników, które sprawiłem zimówce. Jak się okazało, przed 18:00 chmura się oberwała i mogłem spokojnie błotniki testować. To badziewie jednak spełnia swoją rolę i dupę miałem suchą.
Tak mi się dobrze testowało, że przez Janikowo i Poznań zajechałem do Moraska. Wieś ta słynie z kraterów, które daaaawno temu wyrył w ziemi meteoryt, jednak ja dziś nie taki miałem cel. Oprócz kraterów w Morasku znajduje się najwyższe wzniesienie okolic Poznania - Góra Moraska 153 m n.p.m. na zboczu której znajduje się polana, a z niej podziwiać można rozległą panoramę na Poznań i okolice. Dzisiaj co prawda widoki były kiepskie, ponieważ padał deszcz, było już ciemnawo bo ok 19:30 tam byłem, ale mnie i tak każdy widok cieszy - o ile jest z górki :-)
Potem powrót przez Biedrusko, Bolechowo, Czerwonak, Koziegłowy do Wierzonki przy świetle lampki. Niespodziewanie wykręciłem sporo kilometrów, zważywszy że wyjechałem o 18:00 z pracy.
Wybrałem się z Anią do Lednickiego Parku Krajobrazowego, a w zasadzie przejechaliśmy bokiem Jeziora Lednickiego do Wzgórza Waliszewskiego, skąd obserwowaliśmy polne okolice z wysokości ok.120m n.p.m. ponieważ Wzgórze Waliszewskie to najwyższy punkt tego parku, jednak widoki zeń są marne. Apetyt rósł jednak w miarę pokonywanych kilometrów i koła naszych maszyn powiodły nas aż po samo Kłecko - spokojną mieścinę przy drodze Gniezno - Wągrowiec. Tutaj zjedliśmy obiad i udaliśmy się w drogę powrotną, podczas której delektowaliśmy się pięknymi, letnimi, rolniczymi widokami, ale także męczyliśmy się kręcąc pod wiatr, który wycisnął z naszych nóg wiele energii, co dało sie odczuć po wejściu do domu. Ale dawno tak nie miałem, żeby czuć nogi po rowerze - jest pompa :-)
Całą resztę dopowie trasa:
oraz zdjęcia: Lednogóra - Jezioro Lednickie
Droga polna, prowadząca na Wzgórze Waliszewskie.
Ania & Grigor na Wzgórzu Waliszewskim
Błędne nazwy na tabliczce informacyjnej w Waliszewie. Nie Wrączyn, a Wronczyn oraz nie Jezioro Wrończyńskie Małe, a Jezioro Wronczyńskie Małe!!!
Przejazdem w Czechach.
Nasze rowery się przyjaźnią ;-)
Wieża zabytkowego kościoła w Kłecku z 1596 roku.
W rolnictwie nie ma zmiłuj - ciężka praca non stop.
okolica Łagiewnik Kościelnych
Strzelista wieża drewnianego kościoła w Łagiewnikach Kościelnych.
Okolica wsi Myszki - na łąkach stoi woda.
Czaple upodobały sobie to drzewo.
Dwór w Myszkach z 1878 roku.
Ania się gimnastykuje na płocie w Węgorzewie :-)
Na koniec tęcza umilała mi powrót.
Pod domem miałem 98 kilometrów, więc dokręciłem do stówki - bo jakoś tak miło mi się patrzy na 3 cyfrowy wynik :-) Niedziela spędzona niemalże cała na rowerze z Anią, więc lepiej być nie może :-)
Dziś od rana zająłem się serwisem Felta zimowego. Na wymianę czekał nowy amortyzator - Sr Suntour XCM z blokadą skoku i kartridżem olejowym. Wiadome, że z widelcem miałem kupę roboty, ponieważ trzeba było precyzyjnie dociąć rurę sterową, potem wbić w nią gwiazdkę, wyjąć i nasmarować stery, przełożyć hamulce na piwoty, przeciągnąć kabelki, na końcu wszystko złożyć i skręcić. Amortyzator wymieniałem już wiele razy, więc w ciemię bity nie jestem w tym temacie, dlatego poszło mi dziś nadzwyczaj gładko, nawet z feralnym wbijaniem gwiazdki w rurę sterową nie miałem dziś problemu :-) Oprócz wymiany amortyzatora, założyłem też błotniki, ponieważ nie chcę mieć już mokrej dupy podczas dojazdów do pracy, a że wygląda to żałośnie i jakoś tak marketowo, to już inna sprawa - tutaj ma być praktycznie.
Po złożeniu Felta w całość, zrobiłem sobie krótką jazdę testową po lesie, która wypadła bardzo pozytywnie - jak to miło, kiedy moje ręce nie drętwieją już na wybojach. Jednak czasu na jazdę dużo nie miałem i musiałem ogarnąć kilka poza- rowerowych spraw i na dłuższe kręcenie umówiłem się dopiero wieczorem z Anią i tatą. Tym sposobem przejechaliśmy się razem z Wierzonki do Iwna i nazad do Wierzonki, przy czym z Iwna wracałem już tylko z tatą o świetle naszych wypasionych lampek rowerowych.
Tak się złożyło, że pracuję tuż obok lotniska sportowego w Ligowcu koło Poznania i mam rzut beretem do podziwiania niecodziennych, lotniczych widoków. Od paru dni właśnie nad moim zakładem pracy lata sobie ogromny, wojskowy Mi17, z którego wyskakują skoczkowie spadochronowi, co jest nie lada atrakcją. Podjechałem dziś pod sama płytę i aż mnie zatkało, kiedy z bliska zobaczyłem Mi17 i poczułem poryw wiatru spod jego śmigieł i zapach spalonej ropy z wydechów monstrualnej wielkości. Uwierzcie mi - to robi niesamowite wrażenie! Co do dalszej jazdy na rowerze, to miałem dziś kompletną niemoc i ledwo 3 dyszki wykręciłem, ale i tak mnie to cieszy.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017