Krótki wyjazd z tatą do sąsiedniej gminy, zobaczyć Jezioro Góra położone w dolinie rzeki Cybiny. Dzisiaj troszkę cieplej niż wczoraj, ale wiatr wiał jakby silniej, jednak nie przeszkadzało to w jeździe w krótkim zestawie ubrania.
Nie możemy nadziwić się z tatą podczas jazdy, jak ta cała zieleń szybko rozkwitła w tym roku.
Wychodzi na to, że w przyrodzie nic się nie marnuje, to co zostanie jednego roku odebrane, wróci się w przyszłości z naddatkiem.
W galerii nie mogłem powstrzymać się przed pokazaniem wam mojego kota Lelocha, który dziś wyjątkowo świątecznie żegnał mnie przed wyjściem na rower, w taki oto sposób :-)
Dzisiaj kolejna sobota z niesamowicie piękną pogodą, dlatego korzystając z wolnego i chęci wybrałem się wraz z tatą i bratem Wojtasem na wycieczkę w rewiry gmin: Kiszkowo i Skoki.
Testowałem przy okazji nowe buty SPD, z których jestem bardzo zadowolony.
Dzisiejsze jeżdżenie to była czysta przyjemność. Te kolorowe, ukwiecone wioski, pola i lasy. Było też bardzo ciepło i wiało ze wschodu, co raczej w naszych stronach często się nie zdarza. Z powrotem praktycznie całą drogę mieliśmy dzięki temu z silnym wiatrem w plecy i dużo siły w pedałowanie wkładać nie musieliśmy.
Z ciekawszych miejsc turystycznie zaliczyć mogę dolinę rzeki Małej Wełny, drewniane kościółki np. w Jabłkowie, Raczkowie, czy Kiszkowie, teren ostoi ptactwa wodnego nieopodal kiszkowa. Ale jak wiecie mnie podoba się przyroda ożywiona, dlatego cieszył mnie widok, biegających saren, krążących nad głową bocianów, myszołowów, pełzających zaskrońców.
Świetnie spędzony czas z rodzinnymi bikerami.
Przebieg trasy poniżej:
Wstawiam też zdjęcia tradycyjnie:
Jest weekend, jest wolne, jest pogoda, to trzeba było dupsko ruszyć. Kolejny raz na wycieczkę pojechał ze mną tata :-) Dziś miał być taki delikatny przejazd po okolicy, bez większych planów i w sumie rzeczonych planów na drogę nie mieliśmy, ale dystans wyszedł całkiem spory. Wyszło to przede wszystkim z pięknej pogody, która tak koloruje nam ostatnio weekendy. Jechaliśmy po prostu przed siebie, obierając kurs na południowe krańce Gminy Swarzędz, aby potem "przeprysnąć" przez takie gminy jak: Kleszczewo, Kostrzyn, Nekla, Czerniejewo i Pobiedziska. Jechało się przyjemnie, szczególnie gdy Słońce wychodziło zza chmur i grzało ciepłymi refleksami. Jak wyglądała trasa, to można zobaczyć poniżej:
Poza tym oprócz pięknej pogody, cieszyliśmy się takimi widokami jak niesamowite drzewo magnolii kwitnące w Kleszczewie, pałac w Gułtowach, dywany kwiatów na leśnych polanach przy drodze z Nekli do Czerniejewa, ale także śpiew skowronków i biegające po zielonych polach zające :-)
Resztę dopowie kolorowa historyjka:
Kwitnąca magnolia w Kleszczewie
Na polskiej wsi nie brakuje kreatywnych gospodarzy - rower na płocie cieszył oko.
Stary poczciwy Ursus zbierał kamienie na polu
Pałac w Gułtowach należący do Uniwersytetu Adama Mickiewicza.
Bikestats :-)
Między polami drogi były błotniste. Gułtowy - Stroszki.
Dnia dzisiejszego wraz z ojcem pojechałem na wycieczkę do Lednickiego Parku Krajobrazowego. Wyruszyliśmy o 10:00 rano i było troszkę chłodno, ale z minuty na minutę robiło się coraz cieplej, dlatego jazda sprawiała wielką przyjemność. Jak zwykle trasę wybierałem tak, aby uniknąć większego ruchu i zgiełku, tylko my, rowery i przyroda. Zapowiadała się piękna wycieczka.
Na początek było trzeba dojechać do Lednicy, co zajmuje nam większość dzisiejszej trasy, gdyż nad Jezioro Lednickie od domu mamy ok.30km. Po drodze widoki prawdziwej wiosny, wszystko kwitnie, robi się zielono, ładnie pachnie i tętni życie.
Napotkany w Kołacie dorodny indyk
Kwitnące drzewa przy drodze z Kołaty do Jerzyna
Zając szarak na polu w Węglewku, a w oddali Pobiedziska
Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów po leśno, polnych drogach docieramy do Lednickiego Parku Krajobrazowego i od razu kierujemy się nad moje ulubione jezioro. W Lednogórze zatrzymujemy się na plaży i robimy sobie przerwę na ławeczce, przygryzając czekoladę, podziwiamy spokojną taflę Jeziora Lednickiego. Jezioro rynnowe powstało na skutek polodowcowej erozji wód i ciągnie się na długość 7,3km. Jego maksymalna głebokośc to 15m. Prawdopodobnie w tym zbiorniku Mieszko I przyjął chrzest, czyniąc nasz kraj chrześcijańskim. Tak to właśnie tutaj :-)
Plaża w Lednogórze nad Jeziorem Lednickim
Zabytkowe wiatraki po drugiej stronie Jeziora Lednickiego
Na wodzie obserwowani byliśmy przez ptactwo wszelakiej maści, to chyba łyska.
A to właśnie my razem
W Lednogórze tuż przy jeziorze, znajduje się także neogotycki kościół, który wzniesiony został stosunkowo niedawno, bo na początku XX w.
Po chwili spędzonej w Lednogórze, ruszamy dalej okrążając Jezioro Lednickie i w miejscowości Waliszewo postanawiam pokazać tacie odwiedzone przeze mnie tydzień temu najwyższe wzniesienie Parku Krajobrazowego - Wzgórze Waliszewskie 121m.n.p.m. Tam w akompaniamencie śpiewu skowronków robimy sobie krótką przerwę na drożdżówę - a jak :-)
W Dziekanowicach przywitani zostaliśmy przez uśmiechniętych Piastów.
Wzgórze Waliszewskie w kwietniu
...się cieszyłem :-)
Popas na wyżynach :-)
Następnie kierujemy się na Pola Lednickie, odwiedzić słynną Bramę III Tysiąclecia "Ryba" Piękną pogodę mieliśmy :-)
Drewniany kościół w Waliszewie z 1759 roku. Niestety niezagospodarowany.
Brama III Tysiąclecia na Polach Lednickich oraz głaz upamiętniający korzenie naszego kraju.
Na Polach Lednickich w pewnym zagajniku, znaleźć można takie oto krzyże z zawieszonymi nań kluczami. Nie wiem o co w tym chodzi...
Na koniec obraliśmy kurs do domu i znowu jechaliśmy polno - leśnymi drogami, podziwiając uroki wiosny. Widzieliśmy nawet duże stado danieli odpoczywających na polu. Prawie jak safari :-)
Droga polna ze Skrzetuszewa do Latalic.
Perlice
W Podarzewie stogi siana ogromne jak blokowisko.
Stado danieli na polu w Kowalskim. Daniele
Na sam koniec wrzucam zdjęcie z otwartego dziś Tymbarku - przepowiednia jakaś, czy co :-)))
Nie odkładaj nic na później.....hmmm - przecież wiem!
Po dłuższym czasie lenistwa, wziąłem w końcu rower i sobie pojechałem na wycieczkę. Po głowie chodził mi pomysł odwiedzenia Jeziora Lednickiego, co też właśnie uczyniłem. Już pierwsze kilka kilometrów jazdy potwierdziło dawno znaną teorię niewdzięczności uprawiania sportu, gdyż czułem niezły ból w udach i ogólną niechęć do ruchu. Jednak po jakimś czasie kręcenia korbą, wszystko to minęło i jechało mi się dobrze. Nie forsowałem się zbytnio, muszę się od nowa wdrażać, dlatego dróg asfaltowych było dziś więcej.
No to ruszam w kierunku Pobiedzisk drogą nr5 w towarzystwie pięknie grzejącego Słońca. Tam pierwsza przerwa przy bankomacie, bo nie miałem gotówki, a po drodze tylko wiejskie sklepiki, w których kartą zapłacić się nie da. Na pobiedziskim rynku tradycyjnie spotkałem
z3wazę wraz z żoną Asią, wygrzewających się w Słońcu po porannym, rowerowym treningu. Troszkę porozmawialiśmy i depnąłem dalej. Potem troszkę terenu, po polnych drogach. Pięknie się jechało, kiedy wokoło tak ciepło (19*C) ptaki śpiewały, grunt suchy i wiosenne zapachy i kolory bombardowały moje zmysły.
Docierając do Lednogóry, udałem się na plażę i podziwiałem widok na Jezioro Lednickie, które zawsze bardzo mi się podoba i jak sobie pomyślę, że ponad tysiąc lat temu właśnie w tym miejscu powstał nasz kraj, to tak dziwnie się robi :-)
Okrążyłem Jezioro, zahaczając po drodze o najwyższy, choć nie imponujący punkt w Lednickim Parku Krajobrazowym - Wzgórze Waliszewskie, które wznosi się na wysokość ponad 120m.n.p.m i można tam popatrzeć na okoliczne pola z górki :-)
Tam też zrobiłem sobie przerwę na jedzenie, wchłonąłem takie 3 duże kremówki i popiłem sokiem z marchewki -mniam! Tylko troszkę za błogo mi się zrobiło jak trzeba było się potem ruszyć.
Słońce tak pięknie grzało, że po raz pierwszy w tym roku ubrałem krótkie spodnie i na prawdę to był dobry ruch. Wiosna się zrekompensowała za poprzedni rok. Ta prawie 2 tygodniowa przerwa dobrze mi zrobiła i mam nadzieję, że będę już jeździł w miarę cyklicznie...Trasę zamieszczam poniżej:
A tutaj fotorelacja:
Droga gruntowa z Węglewa do Lednogóry
Kocur na łowach
Jezioro Lednickie
Jezioro Lednickie
Rzeka Główna bierze swój początek właśnie z Jeziora Lednickiego, a kończy swój bieg wpadając do Rzeki Warty w Poznaniu.
Kolejny słoneczny dzień i jazda do pracy. Rano temperatura niska, niecałe 2*C od razu mnie obudziły i nie trzeba mi mocnej kawy :-) Po 8h kiedy wyszedłem z pracy, na niebie Słońce rozświetlone było już na maksa i temperatura wzrosła do 14*C. Dziś jednak nie robiłem kilometrów z biegu, tylko podjechałem do domu w celach obiadowych. Po najedzeniu wsiadłem z powrotem na rower i pojechałem przed siebie. Ubrałem się dobrze i nic mi nie przeszkadzało podczas jazdy, warunki były wyśmienite. Jadąc przez Swarzędz spotkałem zapuszkowanego Wazę, z kolarzówką na dachu. Pogadaliśmy chwilkę i pognałem dalej. Zresztą Waza to chyba najczęściej spotykany przeze mnie biker w cywilu :-) Jechałem potem przy świetle lampki i Księżyca z zadowoloną miną, bo brzuch był pełny. Ze zdjęciami dziś nie szalałem, gdyż rower tak mi dobrze jechał że nie chciało mi się zatrzymywać, no i noc była. Ale plan na dziś wykonany.
Jak to ostatnimi czasy u mnie bywa, rano wybrałem się do pracy. O 7:30 Słońce już ładnie świeciło, jednak temperatura jaką wskazywał licznik to zaledwie 1,4*C, więc szału nie było. Jadąc lasem zatrzymałem się na chwilkę i posłuchałem donośnych, ptasich śpiewów i to było bardzo miłe dla ucha. Po pracy za dzisiejszy cel wycieczki wybrałem miasto Poznań, bo dawno nie odwiedziłem centrum stolicy Wielkopolski rowerem. Na początek bocznymi drogami dojechałem nad Jezioro Maltańskie, okrążając zbiornik i robiąc kilka ujęć z aparatu - totalny relaks. Potem pojechałem do ścisłego centrum ścieżkami rowerowymi. Często musiałem się jednak zatrzymywać na światłach, co w mieście normalne jednakże troszkę frapujące. Pojeździłem po centrum, zahaczając np. o ulicę Św. Marcin, deptak, Teatr Wielki, Plac Wolności czy Stary Rynek. Jadąc wolnym tempem patrzyłem na ludzi i miejski zgiełk. Po wyjechaniu z zatłoczonego Poznania, postanowiłem wracać terenem, dlatego wjechałem na ścieżkę prowadzącą brzegiem Warty od Mostu Lecha, aż do Czerwonaka. Tam istny spokój i cisza. Jadąc tą ścieżką o zachodzie Słońca i patrząc na płynącą z wolna Wartę, można odnieść wrażenie, że jedzie się gdzieś daleko od cywilizacji :-) Końcowy odcinek dzisiejszego wypadu odbywał się już przy świecącej lampce i prowadził terenem z Czerwonaka przez Dziewiczą Górę do mojej wioski, czyli Wierzonki. Przy okazji przetestowałem tę nową kurtkę, co ją w Lidlu kupiłem i muszę przyznać, że nie mam do niej żadnych zastrzeżeń.
Zdjęć kilka dla głodnego widoków wilka:
Stok narciarski i tor saneczkowy na poznańskiej Malcie
Kajakarze, kanadyjkarze i inni sportowcy trenujący nad Jez. Maltańskim
Jezioro Maltańskie - niski poziom wody
Trybuny toru kajakowego na poznańskiej Malcie za moimi plecami
Poznańskie wieżowce na Placu Andersa
Hotel Andersia i Poznańskie Centrum Finansowe za jej plecami
Poznań ul.Święty Marcin
Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki
Renesansowy Ratusz
Rynek Starego Miasta
Rzeka Warta z Mostu Bolesława Chrobrego
Napotkana po drodze przepiękna kolarzówka - Antkowiak
Jadąc wieczorem ścieżką przy Warcie z Poznania do Czerwonaka
W pięknych okolicznościach przyrody nad Wartą
Rzeczny chillout - Warta o zmierzchu
W lesie zrobiło się ciemno, ale ptaki w koronach jeszcze nie spały, śpiewając roznosiły echo świergotu w eterze.
Najpierw rano do pracy i dziś założyłem rękawiczki z długimi palcami, bo termometr wskazywał niecałe 2*C. Po wyjściu z pracy temperatura wzrosła o kilkanaście stopni, stąd część ciuchów wylądowała na plecach. Pojechałem do Poznania, pokrążyłem nad Jeziorem Maltańskim i pojechałem ścieżką wzdłuż Cybiny wyjeżdżając nad Jeziorem Swarzędzkim. Na Malcie dużo wszelakich sportowców, w tym i narciarzy na stoku. Potem jazda piaszczystymi drogami przez Katarzynki do Uzarzewa i stamtąd nadal polną drogą do Biskupic. Z Biskupic już oklepaną, asfaltową drogą przez Jerzykowo, Kowalskie, Karłowice do Wierzonki. Piękny klimat popołudniowej jazdy daje fajne doznania, zapach w powietrzu już taki inny, wiosenny, a Słońce choć nadal świeci pod małym kątem, to jednak grzeje. Niedługo zmiana czasu na letni, więc wtedy to będzie bajka :-)
Rano podczas wyjazdu po 7:00, palce u rąk nieźle mi zmarzły, na łąkach osiadł szron przez noc, ale Słońce już świeciło pełnym blaskiem. Powrót do domu po pracy zaplanowałem sobie tak, aby kręcić 2h do zachodu Słońca, gdyż nie mam oświetlenia. No i tym sposobem, jadąc przez Bogucin - Ligowiec - Gruszczyn - Zieliniec - Swarzędz - Jasin - Łowęcin - Paczkowo - Sarbinowo - Biskupice - Jerzykowo - Kowalskie - Karłowice - Wierzenicę równo o zachodzie Słońca dotarłem do Wierzonki, przejeżdżając założone 50km. dnia dzisiejszego. Cóż za piękna pogoda dzisiaj była! Aż uśmiech sam się pojawia na twarzy, kiedy wychodząc o 16:00 z pracy przed moimi oczami Słońce jeszcze wysoko na niebie, a teraz będzie już tylko lepiej - nic tylko kręcić :-)
A tak poza tym, to dziś zakupiłem w Lidlu krótkie spodenki, koszulkę oraz kurtkę softshell. Przyznaję szczerze i bez bajerowania, że za te pieniądze, to zakupy te uważam za jedne z lepszych jakie ostatnio dokonałem. Wszystkie ciuchy wykonane są z bardzo dobrych materiałów, a szczególnie kurtka która w cenie 69 zł. zaskoczyła mnie swoją jakością najbardziej. Za taką samą z jakimś szpanerskim napisem, w sklepie rowerowym zapłaciłbym co najmniej drugie tyle :-) Choć z tych ciuchów praktycznie nic już nie zostało w sklepie na pólkach, to jak tylko nadarzy się komuś okazja, to nie ma się czego zastanawiać, tylko brać - rekomenduję!
Odrobina dróg gruntowych z Łowęcina do Paczkowa
Niesamowity pejzaż nad Jeziorem Kowalskim
Wierzenicki Żalik w blasku zmierzchającego Słońca (dawny cmentarz)
koszulka i spodenki made in Lidl
Tylko za jesienią teraz czekać :-) Kurtka softshell z Lidla
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017