Pierwszy dzień lipca przebiegł w atmosferze rowerowej wycieczki - spotkania ze znajomymi bikestat'owiczami z głównym celem przy kopalni i zalanym kamieniołomie w Piechcinie w Woj. kujawsko - pomorskim. W wycieczce uczestniczyło nas łącznie 12 osób, co mnie pozytywnie zaskoczyło. Ja i Ania dotarliśmy na miejsce zbiórki w Gnieźnie, gdzie czekali już na nas: Pan Jurek, Mateusz, Kubolsky, Rolnik, Marcin, Sebek i Aneta. Potem po drodze dołączył do nas: ziomek z Trzemeszna Świder i nowo poznani Grzegorz i Kacper.
Praktycznie całą drogę do Piechcina mieliśmy z silnym wiatrem w plecy, pewnie dlatego średnia całej grupy nie schodziła poniżej 45km/sekundę, ale mimo to zdążyłem z każdym zamienić kilka słów - w końcu kilka lat się nie widzieliśmy ;-) Z powrotem tempo nieco zmalało i jechaliśmy lasem, dlatego znalazła się też chwilka na nieco dłuższy przystanek integracyjny w Gołąbkach :-)
Piechcin podoba mi się zawsze nawet w takiej pogodzie jaką mieliśmy tego dnia - spore zachmurzenie i silny wiatr, dlatego też z uśmiechem na twarzy podziwiałem czystą wodę w zalanym kamieniołomie oraz wielką i głęboką wyrwę w ziemi w kopalni wapienia. Wracając wstąpiliśmy też do pięknego miejsca - Dolina Rzeki Gąsawki, a przed przelotnym deszczem chowaliśmy się pod dachem.
na miejscu zbiórki w Gnieźnie. Od lewej: Grigor, Ania, Mateusz, Aneta, Sebek, Rolnik, Pan Jurek, Kubolsky, Marcin.
Wielką hałdę w Piechcinie widać już z daleka.
zalany kamieniołom
Zdjęcie dzięki uprzejmości Sebka. Nasze ekipa na tle kopalni.
Podczas powrotu sporo było dróg polnych i leśnych. Niektóre z nich po deszczu musieliśmy omijać jadąc zbożem.
Dolina Rzeki Gąsawki
łabędzie w Dolinie Rzeki Gąsawki
Dziękuję wszystkim za obecność, było miło znowu razem pojeździć w takim gronie.
Z książką na rowerze, czyli relaks. Podjechałem sobie nad jezioro, rozłożyłem się w trawie i wśród pięknych okoliczności przyrody poczytałam sobie książkę. Potem powrót przez lasy i wróciłem przed deszczem :-)
Zapuściłem się dziś spory kawałek na północ od domu. Początkowo zamiar miałem dojechać do Rogoźna, jednak dojechawszy na miejsce, popatrzyłem na mapę i spostrzegłem w niedalekiej odległości ciekawe miejsce, do którego jeszcze nie dotarłem. No to jadę hen daleko nad Jezioro Kaliszańskie :-)
Dlaczego postanowiłem tam pojechać? A dlatego, ponieważ lubię jeziora i są one często moimi celami wycieczek, co też i dziś miało miejsce. Jezioro Kaliszańskie okazało się być dobrym pomysłem na wycieczkę, ponieważ prowadziły doń świetne drogi, akwen okazał się być sporych rozmiarów (to akurat lubię najbardziej), woda w tym jeziorze ma niespotykaną przejrzystość oraz pięknie prezentowały się elektrownie wiatrowe, rozmieszczone na pobliskich polach.
Poza tym miałem piękna pogodę, siłę w nogach, świetnie spisujący się rower i wielkie chęci do kręcenia. Dlatego też wracałem przez Wągrowiec, aby potem jechać ponad 50 kilometrów polnymi i leśnymi drogami do domu. Te ostatnie wycisnęły ze mnie wspomnianą energię i wróciłem o zachodzie słońca, zajechany jak koń po westernie. Warto dodać, że przez całą Puszczę Zielonkę jechałem ze sporą średnią (ponad 22km/h), ponieważ wolniejsza jazda skutkowałaby pożarciem przez gzy (muchy końskie).
Wypad udany, choć okraszony wielkim wysiłkiem - wariant terenowy przy takim dystansie nie jest dla cieniasów. Poznałem dziś trochę nowych miejsc z tytułowym Jeziorem Kaliszańskim na czele. Dobry, rowerowy, długodystansowy trening nóg dziś miałem.
Taka trasa:
Zdjęcia dziś będą, ale niektóre niestety żenującej jakości, ponieważ photobs automatycznie zmienia kontrast po dodaniu.....zresztą dobre i to:
Pokazałem dziś Ani kilka ciekawych, leśnych ścieżek w Parku Krajobrazowym Puszcza Zielonka, którymi zazwyczaj poruszam się w celu znalezienia spokoju, relaksu, bliskiego kontaktu z naturą i wyciszenia. Myślę, że wielu z tych aspektów udało się dziś doświadczyć. Do lasu wyjechaliśmy, kiedy przestało padać i wyszło słońce, więc mieliśmy wspaniały, rześki klimat i piękne zapachy.
Wycieczka z cyklu: "byle na rowerze", albo też "byle razem"..... dlatego też pewnie bez określonego celu, kręciłem dziś korbą na spontanie w towarzystwie Ani i Wojtasa i wyszło spokojne koło po terenach trzech gmin: Swarzędz, Kostrzyn i Pobiedziska.
O właśnie takie, jak na mapce poniżej:
W gminie Swarzędz mieszkam, więc traktuję ten teren jako tranzyt do następnej gminy, czyli Kostrzyn.....tam zaś spotkaliśmy się z Anią i jechaliśmy już we trójkę, przez różnego rodzaju polne drogi i asfaltowe proste, więc trasa przez gminę Kostrzyn, choć krótka, to całkiem urozmaicona... droga polna z Tarnowa do Buszkówca prowadzi wzdłuż stawów hodowlanych
W następnej gminie Pobiedziska zrobiło się ciekawiej, bo do szerokiej palety nawierzchni, doszły jeszcze leśne przecinki np. w Parku Krajobrazowym Promno. Poza tym w tej właśnie gminie, wręczyłem dziś bukiecik kwiatów mojej ulubionej rowerzystce - ustanowiłem zatem nieoficjalny Dzień Rowerzystki :-) Z życzeniami zdrowia i szczęścia na rowerze dla Ani :-*
Wraz z bratem Wojtasem, jeździliśmy dziś po terenowych odcinkach w PK Puszcza Zielonka i w jej otulinie. Jazda jak zwykle dla przyjemności, jednak od czasu do czasu skrapiani byliśmy przez padający deszcz, który wiele z tej przyjemności odbierał, ale nie na tyle aby troszkę tych kilometrów w terenie nakręcić i kilka fajnych miejscówek odwiedzić.
Wracamy do rzeczywistości i co za tym idzie - płaszczyzn i równin wielkopolskich. Dziś usilnie myślałem gdzie by tu pojeździć, aby zaspokoić swój głód po cudownym urlopie w górach - dopiero co wróciłem z Kotliny Kłodzkiej, a już mi tęskno do tych podjazdów, kamienistych dróg leśnych, strumieni spływających po zboczach i bólu łydek.
Ale zaraz, zaraz...Przecież jest tuż obok pewne miejsce, gdzie można poczuć się jak w namiastce gór i są tam strome podjazdy, kręte ścieżki wśród drzew i nawet strumienie przepływające przez drogę. Tym miejscem jest Park krajobrazowy Promno.
Ukształtowanie tego parku jest dosyć pagórkowate i dla kogoś, kto zna tamtejsze szlaki, może to być świetny teren do treningów górskich, więc długo się nie zastanawiając pojechałem tam w towarzystwie najlepszej rowerzystki jaką znam - Ani i troszkę sobie potrenowaliśmy podjazdy, po błotku, gałęziach i przez strumień....zaspokoiliśmy nieco swój głód MTB :-)
Potem, kiedy pożegnałem się z Anią, pojechałem jeszcze do swoich fyrtli koło Wierzonki i pojeździłem po lasach i polach. Tak wygląda dzisiejsza trasa:
W ostatni dzień wspólnych wakacji w Kotlinie Kłodzkiej, postanowiliśmy z Anią wejść na Śnieżnik - 1424 m.n.p.m. Pogoda sprzyjała, więc mieliśmy przed sobą wspaniałe 4 godziny wspinaczki na ten najwyższy szczyt Kotliny Kłodzkiej. Tak wygląda trasa:
Atak na szczyt zaczęliśmy z poziomu Kletna i kierując się żółtym szlakiem, mieliśmy prostą, acz wcale niełatwą drogę na górę. Żółty szlak okazał się być bardzo wymagający i wchodzenie wymagało od nas dobrej techniki i rozwagi. Nierzadko przepływające strumienie przez szlak i stopnie z kamieni z każdym pokonanym metrem odejmowały nam siły, ale nie chęci na szczęście. Lejący się z nieba żar, dodatkowo wyciskał z nas ostatnie poty, jednak po około 2 -óch godzinach wspinania nasze nogi stanęły na najwyższym kamieniu Śnieżnika.
Z ciekawostek powiem, że im wyżej wchodziliśmy klimat się oziębiał....gdy byliśmy już ponad 1200 m.n.p.m. zaczęło zawiewać zimnym powietrzem, co akurat bardzo nam pasowało, bo spoceni byliśmy jak szczury, kiedy weszliśmy na kupę gruzu, chmury kłębiaste wręcz lizały nas po głowach, ponieważ płynęły na wysokości górskich szczytów - dawno nie byłem tak blisko chmur!!! Widziałem jak się kotłują pod Słońcem, a kiedy zasłaniały Słońce robiło się na prawdę chłodno - średnia, roczna temperatura na Śnieżniku to tylko 1,5*C.
Po drodze zrobiliśmy z Anią mały rekonesans dróg rowerowych prowadzących na szczyt i zadecydowaliśmy, że zdobędziemy szczyt rowerami, ale to przy następnych odwiedzinach tej pięknej krainy. Droga rowerowa, która prowadzi na szczyt (szlak niebieski) jest w dobrym stanie i do poziomu schroniska na 1200....metrze jest do podjechania przy naszej kondycji, jednak nie chcieliśmy rzucać się z motyką na Słońce, zważywszy na fakt iż jesteśmy pierwszy raz na rowerach w górach - trzeba być rozsądnym :-)
Kilka ujęć ze wspinaczki|: żółtym szlakiem idzie się tak....
Ania, choć drobna to wulkan energii :-)))
Ania i Grigori na szczycie Śnieżnika - 1424 m.n.p.m.
a ja jak zwykle jem :-)
Widok ze Śnieżnika na Górę Igliczną, na którą wjeżdżaliśmy rowerami parę dni temu. Stąd wydaje się mała, ale podjazd zajął nam sporo czasu i energii - zapraszam na mój wpis z wtorku.
Widok ze Śnieżnika na Stronie Śląskie - gorące pozdrowienia dla przyjaciółki Ani - Klaudii (dziewczyno co Ty najlepszego zrobiłaś, przeprowadzając się do WLKP)?!
Pozdrawiam z najwyższego kamienia na Śnieżniku :-)
Nasze wakacje w Kotlinie Kłodzkiej dobiegły końca. Pozostają w pamięci wspaniałe chwile, przepiękne miejsca, ludzie i wspomnienia. Najfajniejsze jest to, że głównym elementem naszego budowania więzi i wspomnień jest - ROWER. Ta prosta maszyna jest, była i będzie w naszych głowach i sercach najlepszym spoiwem. Aniu - dziękuję że jesteś!
Czwarty dzień naszego rowerowego pobytu w Kotlinie Kłodzkiej poświęciliśmy na zdobycie Góry Iglicznej i wspięcie się na tamtejszy punkt widokowy - według GPS na wysokości 784 m.n.p.m. znajdujący się w Śnieżnickim Parku Krajobrazowym. Na sam szczyt Góry Iglicznej (845 m.n.p.m.) rowerem wjechać się nie da, gdyż od od punktu widokowego, kończy się jako taki wjazd drogą i prowadzi tam już wąska, kamienista ścieżka, wśród drzew. Dlatego nasze zdobywanie tej góry zakończyło się na podjeździe po asfaltowej drodze, prowadzącej aż po samo Sanktuarium MB Śnieżnej, skąd też podziwiać można przepiękny widok na okolice Gór Bystrzyckich, a z drugiej strony panoramę Masywu Śnieżnika - WOW!!!
Trasa wyglądała tak:
Zacznę wtem od dojazdu do Góry Iglicznej, który przebiegał drogą asfaltową z Paszkowa do samej mety. Nie obyło się bez kilku zboczeń ze szlaku oczywiście i jak widać na zdjęciu poniżej, trzeba było sobie radzić z rowerem na plecach. Kolejne doświadczenie nabrane przeze mnie - kiedy jest się w nieznanych fyrtlach, nie warto wjeżdżać gdziekolwiek z myślą: "a może jakaś droga tam będzie" :-)
pure mtb :-)
Góry Bystrzyckie - stąd wyjechaliśmy
Góra Igliczna przed nami - teraz tylko 8km podjazdu o sporym nachyleniu :-)
Sanktuarium MB Śnieżnej na Górze Iglicznej
Po długim, krętym i męczącym podjeździe wjeżdżamy na Górę Igliczną. Na szczyt prowadzi jak widać droga asfaltowa, więc oprócz siły w nogach, techniki nie potrzebujemy.
Z ciekawostek na Górze Iglicznej, warto wspomnieć iż na terenie tamtejszego sanktuarium poruszać się można tylko w odpowiednim stroju. Rowerowe trykoty są zabronione, o czym też informują tablice. Narzucić więc musieliśmy na siebie chusty, zakrywające ramiona, które pobrać trzeba przed wejściem.
staraliśmy się dostosować do panujących reguł
punkt widokowy na Górze Iglicznej - 784 m.n.p.m.
Bystrzyca Kłodzka w dole...
Sanktuarium MB Śnieżnej
widok na Masyw Śnieżnika spod schroniska na Górze Iglicznej
a to ja na tle Śnieżnika
a to Śnieżnik właśnie
Śnieżnicki Park Krajobrazowy
Po dłuższej przerwie i nabraniu sił musieliśmy ruszać dalej, do naszego kolejnego celu - Międzygórza. Ta malownicza, górska osada słynie przede wszystkim z Wodospadu Wilczki, który udało nam się zwiedzić mimo trwającego tam obecnie remontu. Oprócz wodospadu, w Międzygórzu zahaczyliśmy też o zaporę na rzece Wilczka.
Jednak aby z Góry Iglicznej zjechać do Międzygórza rowerem, trzeba robić wielkie koło asfaltem, dlatego zaryzykowaliśmy zjazd pieszym szlakiem zielonym. Szlak okazał się być tak niebezpieczny, stromy i śliski, że tylko głupiec odważyłby się zjeżdżać tam rowerem. My na usprawiedliwienie mieliśmy swoją nieznajomość terenu - dlatego tamtędy zeszliśmy. Wspólnymi siłami i z największą ostrożnością znieśliśmy rowery po niemal pionowej, korzeniowo - kamiennej ścianie. Trwało to długo i przyprawiło nas o nerwy, ale na wielkie szczęście i z duszą na ramieniu udało nam się i zawitaliśmy w Międzygórzu.
Ania ma nietęgą minę - nie polecamy schodzić zielonym szlakiem z rowerem u boku.
zapora na rzece Wilczka w Międzygórzu
Międzygórze to malownicza miejscowość
wodospad Wilczki
Z Międzygórza ruszamy w drogę powrotną przez Bystrzycę Kłodzką. Okrążając Górę Igliczną, wjeżdżamy na te samą drogę, którą przyjechaliśmy. Delektujemy się wspólnie widokami i ekstremalnymi doznaniami podczas tej wyprawy. Jesteśmy już zaprawieni, więc ciągłe wznoszenie się podczas powrotu nie robi na nas wielkiego wrażenie - jechaliśmy lekko i płynnie. wyjazd z Międzylesia - na zjeździe bez pedałowania osiągnąłem ponad 60km/h
Grigori w tle Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego
Góra Igliczna
Bystrzyca Kłodzka
ostatni rzut oka na Górę Igliczną wieczorową porą
Po tej wycieczce wróciliśmy do Zającówki z niemałą satysfakcją. Cały dzień na rowerze, spory dystans, dużo przewyższeń, niezapomniane widoki i kolejne chwile spędzone razem na rowerach.
Oto relacja Ani, na jej blogu i z jej perspektywy: kliknij TUTAJ
Trzeciego dnia naszego pobytu w Kotlinie Kłodzkiej, postanowiliśmy liznąć prawdziwego mtb, dlatego dzisiejszą trasę zaplanowaliśmy tak, aby prowadziła po szczytach Gór Bystrzyckich, w bardzo wymagającym terenie.
Oto trasa dzisiejszej wycieczki:
Z Paszkowa do Bystrzycy Kłodzkiej prowadził nas żółty szlak, który wycisnął z nas ostatnie poty. Pięliśmy się ok. 8 km malowniczym żółtym szlakiem , usłanym kamieniami, wśród niesamowitych, świerkowych lasów, z których co rusz spływały górskie potoki. GPS wskazał, że byliśmy na wysokości 918 metrów i w pewnym momencie mieliśmy z tej wysokości cudną panoramę na Kotlinę Kłodzką - ech dla tego widoku, warto było się pomęczyć na przełożeniu 1x1 dobre kilka kilometrów pod dużą górę :-) Ania jest na prawdę mocna na podjazdach
górskie potoki
Mój Felt w końcu doczekał się swojego naturalnego środowiska. Widoki z żółtego szlaku w Górach Bystrzyckich.
Chwila relaksu po męczącym podjeździe. Widoki rekompensują wysiłek.
Widok z grzbietu Gór Bystrzyckich na kotlinę Kłodzką.
W stronę Bystrzycy Kłodzkiej czekał nas trudny zjazd żółtym szlakiem.
Potem czekał nas męczący, bardzo długi, niebezpieczny zjazd do wiosek nieopodal Bystrzycy Kłodzkiej, do której to też następnie wjechaliśmy, podziwiając ciekawą architekturę tego miasteczka. Bystrzyca Kłodzka warta jest odwiedzenia, ze względu na mury miejskie, które nadają temu miejscu niesamowity klimat. Taki typ nawierzchni też może być :-)
Góry Złote
Żółty szlak prowadził niekiedy ostro w dół po łąkach. Palce aż bolały od trzymania klamek hamulców :-)
W Zalesiu zjeżdżaliśmy już asfaltem. 45km/h cały czas ostro hamując!
Rynek w Bystrzycy Kłodzkiej
Bystrzyca Kłodzka - mury miejskie.
Dalej udaliśmy się bocznymi, asfaltowymi drogami do Kłodzka. Droga z Bystrzycy okazała się być w miarę płaska, z większą ilością zjazdów, ale za to dookoła rozpościerał się wspaniały widok na Góry Bardzkie i Góry Złote. Samo Kłodzko nas zachwyciło. Piękne miasto, z ciekawą architekturą. Szczególnie Ratusz robi spore wrażenie. Widok na Góry Złote z okolic Gorzanowa.
Twierdza Kłodzka
Ratusz w Kłodzku
W Kłodzku można pływać takimi kanałami.
W drogę powrotną z Kłodzka, wybraliśmy się, spokojną asfaltówką, prowadzącą przez mniejsze wioski. Nie obyło się bez stromych podjazdów, takich jak np. kawałek za Starym Wielisławiem, gdzie do pokonania mieliśmy 16% podjazd, mając już w nogach 60km, przejechanych po górach :-) Jesteśmy twardzi - DO PRZODU!!! Góry Złote prezentują się wyśmienicie z drogi Kłodzko - Paszków.
16% wyzwanie na zakończenie wycieczki :-)
Kolejny dzień okazał się być udanym na rowerach, a towarzystwo Ani okazuje się być najlepszym co mogło mnie spotkać :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017