Kolejny dzień szarżowania w terenie zakończony satysfakcją. Na dobry początek pojechałem na Dziewiczą Górę, aby zrobić sobie rozgrzewkę, podjeżdżając bez większych problemów killerem na szczyt. Później pokręciłem się wokół tej górki i odbiłem w północne rewiry Puszczy Zielonka. Odwiedziłem troszkę mniej znane zakątki parku krajobrazowego nieopodal Gminy Skoki. Bardzo ciekawiło mnie Jezioro Gackie, którego jeszcze nie miałem okazji nigdy widzieć. Okazało się, że ten wyznaczający północną granicę parku zbiornik, ma tak gęsto zarośniętą oraz bagnistą linię brzegową, że dotarcie na brzeg i zrobienie zdjęcia graniczyło z cudem. Jednak nie był bym sobą, gdybym nie zrobił zdjęcia pamiątkowego, będąc praktycznie na miejscu. Znalazłem jakąś dróżkę i potem jeszcze 30m. przedzierania się przez chaszcze i pokrzywy i dotarłem cały poparzony i oblepiony jakimiś nasionami na brzeg i udało mi się zrobić zdjęcie jeziora :-) Poświęcam się tak też dla Was, żebyście mieli naoczne dowody piękna naszego kraju, więc nawet jak zdjęcie jest brzydkie to lepiej to przemilczeć ;-) Mogę powiedzieć, że przejechałem dziś Puszczę Zielonkę wzdłuż i wszerz, robiąc przy tym dobrą 60 typowo terenowymi drogami :-)
Dodam jeszcze, że dzisiaj pogoda była piękna, bo ciepło jak latem i słaby wiatr, a to dodawało mi animuszu :-) Puszcza Zielonka moim okiem:
Dzisiaj zrobiłem sobie powtórkę z rozrywki i pojechałem na Dziewiczą Górę poszaleć na górkach. Nieźle się wyszalałem podczas niebezpiecznie szybkich zjazdów, ale także mocno zmachałem podczas kilkukrotnego podjeżdżania pod górę różnymi ścieżkami, tak aby nudy nie było. Niezłą miałem dziś energię i fajnie ją wykorzystałem na jazdę po tym pagórkowatym terenie, jaki mam pod swoim nosem. Na terenie Dziewiczej spotkałem dziś 2-óch bikerów i ładnie się pozdrowiliśmy :-) Najbardziej podobało mi się dziś: - szum opon na ubitych ścieżkach - pękające pod naporem opon gałązki i żołędzie - praca amortyzatora na wybojach i korzeniach - wgryzanie się klocków U-blocks w ziemię podczas ostrych wirażów, jestem zauroczony wręcz tymi oponami :-) Po szaleństwach przyszła pora na malutką sesję w terenie dla celów blogowych, no i oczywiście wspinaczka na drzewo, aby podziwiać widoki z tego wzniesienia, bo wieża widokowa, z której jest jeden z piękniejszych widoków w Wlkp.jest zamknięta o tej porze. Niestety pogoda była nieciekawa i wyższe drzewa zakłóciły krajobraz.
Potem już wracałem okrężną drogą przez lasy do domu i byłoby to nawet lajtowe, gdyby nie usłyszany gdzieś w zaroślach przeraźliwy ryk dorosłego byka jelenia, który dał o sobie znać w niewielkiej odległości ode mnie, podczas gdy byłem samiuśki w gęstym lesie o zmroku! Prawie w pory narobiłem ze strachu :-S
Dziś mimo napiętego planu, udało mi się za namową brata Wojtasa wyskoczyć w teren. Pojechaliśmy na Dziewiczą Górę (143 m.n.p.m) w Puszczy Zielonka, aby schronić się przed wiatrem i poszaleć troszkę na zjazdach i pomęczyć się podjeżdżając na szczyt kilkukrotnie. Muszę się także pochwalić, ponieważ udało mi się dziś podjechać bez większych problemów na szczyt Dziewiczej Góry słynnym killerem - połknąłem go jak bułkę z marmoladą na śniadanie hehe. Na parkingu pod górą, swój zlot mieli dziś rowerzyści z klubu sportowego Sigma i na trasie poznaliśmy pewnego Arka z Wrześni, który właśnie na ten zlot sobie przyjechał i pogadaliśmy sobie o atrakcjach turystycznych naszego płaskiego regionu. Bardzo miły gościu z Arka - Pozdrówka dla Ciebie jeśli to czytasz :-)
Jesień - tak w życiu bywa, że czas mija nieubłaganie. Dlatego na godne pożegnanie lata, wybrałem się na rower. Jako cel obrałem Międzynarodową Wystawę Rolniczą Agro Show, która tradycyjnie już od wielu lat odbywa się na skraju Puszczy Zielonka we wsi Bednary. Ale żeby nie było szybko i monotonnie, ponieważ do Bednar mam kilka km. to pojechałem oczywiście zupełnie okrężną drogą stricte terenową, zahaczając o singiel nad Jeziorem Kowalskim i drogi polne Gminy Pobiedziska. Na Agro Show wjechałem rowerem i delektowałem się widokami ogromnych ciągników rolniczych, które jak wiecie bardzo mi się podobają i były obiektem moich poszukiwań. Ta wystawa jest ogromna pod każdym względem, ale nie będę tego tutaj opisywał - po prostu, kto może niech jedzie sam zobaczyć. Podczas dojazdu na wystawę, pogoda była po prostu przepiękna i nawet musiałem się rozbierać nad Jez. Kowalskim. Potem niestety, gdy już dojechałem na miejsce, na niebie zaczął zbliżać się potężny front atmosferyczny, który podczas szybkiego powrotu zmoczył mi ubranie mega deszczem i pogroził kilkoma błyskawicami.
Coś mnie ostatnio katar zaczął łapać, dlatego dziś mówię sobie, że nie będę szalał i rypnę się tylko gdzieś bliżej chaty, więc po południu założyłem spodnie dresowe, wziąłem rower i pojechałem.... Jak się potem okazało, zajechałem troszkę za daleko od zamierzonego celu, ponieważ jakieś 30 pierwszych kilometrów jechałem z wiatrem :-))) i było tak przyjemnie. No i potem gdzie by się nie ruszyć, było zderzenie prosto w mordę z wiatrem! Jednak mimo to postanowiłem jechać dalej, bo tamtych terenów jeszcze nigdy nie eksplorowałem i było dla mnie ciekawym, co też dalej się znajduje. Dobrze, że zawsze wożę ze sobą mapkę, to później nie miałem większych kłopotów z wydostaniem się z polno, leśnych ścieżek, gdzieś tam między Rogoźnem, a Skokami. Z racji tego, że nie miałem portek z pieluchą to myślałem, że gdzieś po 60km. w tych dresach mi dupa odpadnie! Ale jak się już zapędziło tak daleko, to trzeba było nie narzekać i z wiatrem w mordę pomęczyć się te kilkadziesiąt km. jeszcze do domu. Odniosłem wrażenie, że dziś mimo Słońca za taką mgiełką, było nieco cieplej niż wczoraj, ale ogólnie pogoda była dziś całkiem spoko, nie wliczając tego przykrego wiatru. który także dał mi dziś w kość.
Oto przybliżona trasa:
#lat=52.573442032803&lng=17.159274492187&zoom=11&maptype=ts_terrain A tutaj kilka zdjęć, ażeby kolorowo było:
To już ostatnie chwile, kiedy dzień jest dłuższy od nocy. To ostatnie dni lata i na szczęście ta pora nadal trwa, mimo chłodniejszych temperatur i zmiennej pogody. Dzisiaj wykorzystując nadal świecące z zawziętością Słońce oraz kierunek wiatru, wybrałem się do Poznania. Zupełnie okrężnymi terenowymi drogami dojechałem prawie na samą Maltę. Nie wiem, czy wiecie drodzy Poznaniacy, ale do Waszego miasta da się dojechać terenem :-) , bo jakoś tak jechałem przez Wierzenicę, Janikowo i od strony Bogucina wjechałem w jakiś las i wyjechałem przy cmentarzu na Miłostowie. Wiatr wiał dziś dość mocno od strony zachodniej, jak to przeważnie zresztą bywa, dlatego po dotarciu na Maltę, zrobiłem 2 kółka wokół Jeziora Maltańskiego i z wiatrem w plecy pokierowałem się w drogę powrotną, która przez Antoninek, Zieliniec, Gruszczyn i Uzarzewo poprowadziła mnie pod dom. Powolutku trzeba będzie ubierać się w nieco dłuższe rękawy....
A na koniec taki mały bonusik, ponieważ ostatnio rozmawiałem z kimś (nie pamiętam z kim właśnie) o pewnym napoju z dzieciństwa, który to mi np. dziadek kupował jak miałem kilka lat...w specyficznej butelce szklanej, produkowany przez firmę "Grodziska". Doszliśmy do wniosku, że ten drink już chyba nie jest produkowany itp. Jednak dziś wracając po wycieczce wstąpiłem do pewnego sklepiku po czekoladę i moim oczom ukazał się taki oto widok:
Więc jednak to istnieje :-) jednak już producent się zmienił.. Zaraz mi się błogo zrobiło, po pierwszym łyku - ta flaszka ma dla mnie sporą wartość sentymentalną :-))) Pozdrower dla wszystkich czytających mojego bloga.
Niedawno pisałem o kłopotliwej sytuacji jaka przytrafiła się sklepowi rowerowemu Cyklotur w Poznaniu, której "ofiarą" stało się m.in. moje koło oddane do serwisu. Otóż sprawa ta dotyczyła wewnętrznych, chwilowych problemów sklepu z właścicielem budynku, które zostały już na szczęście zakończone sukcesem, jak zostałem poinformowany z bardzo wiarygodnego źródła. Drugą sprawą była ta dotycząca serwisu mojego koła. Gdy tylko sklep został ponownie otwarty (panowie spotkani przed sklepem mieli jednak rację), ze względu na to, iż koło nie było jeszcze naprawione, z własnej woli odebrałem je, aby poradzić sobie z nim w jakiś inny sposób. Przy odbiorze, zostałem przeproszony przez serwisanta za zaistniałe opóźnienie, oraz problemy z tego wynikające. Sprawa ta jak wiecie drodzy rowerzyści, bardzo mnie wtedy irytowała i sporo natraciłem nerwów przy okazji, ale patrząc na to po jakimś czasie, dochodzę do wniosku, że ciężkie jest życie tych naszych handlarzy...Tyle lat potrzeba, aby wzbudzić w klientach zaufanie, zbudować miejsce przyjazne rowerzystom, gdzie asortyment jest duży i atmosfera sprzyja dokonywaniu zakupów itp. a tu raptem jeden taki feralny dzień i nagle wszyscy odwracają się plecami, bo jak wiadomo wieści bardzo szybko rozchodzą się w eterze. Wiadome też jest, że lepiej jakby do takich sytuacji nigdy nie dochodziło, ale dzisiejsze czasy są takie, a nie inne i każdemu nawet najlepszemu może się nóżka podwinąć. Troszkę jednak niesprawiedliwe chyba z mojej strony było to, że nie napisałem wcześniej, iż ze sklepem Cyklotur jest już wszystko w porządku i ten jeden dzień niespodziewanego zamknięcia mogłem potraktować z większą wyrozumiałością. Przecież do tej pory byłem stałym ich klientem i zawsze usługi świadczyli na wysokim poziomie. Jednak czasem nerwy biorą górę i w ten sposób zostawiłbym o tym dobrym przecież sklepie z deka nieciekawą opinię. Miejmy nadzieję, że do podobnych sytuacji nie będzie dochodziło, a sklep będzie funkcjonował jak należy, bo to przecież wspólne dobro rowerzystów. Co mnie także cieszy i dziwi, okazuje się że głos na moim blogu dociera do wielu ludzi, którzy niekiedy biorą sobie to co piszę do serca :-)
Po ostatnich asfaltowych wybrykach, naszła mnie ochota na jazdę w terenie, a że wczoraj przejechałem dwie stówki, to dzisiaj nie miałem epy i taki sobie delikatny wypadzik strzeliłem po okolicznych polach, łąkach, lasach.
Wczoraj z pewnego powodu nie dałem rady jechać z kolegami do Duszna na Wał Wydartowski, dlatego dziś nadrobiłem straty i pojechałem tam sam. Moim celem było odwiedzenie tego najwyższego wzniesienia Powiatu Gnieźnieńskiego o wysokości 167m.n.p.m ze względu na nowo oddaną, parę dni temu do użytku wieżę widokową. Wieża na szczycie zbudowana jest z drewna i ma wysokość 12 metrów, a widok rozciągający się z niej jest wprost piękny! Co prawda, mimo rażącego Słońca nie maiłem dziś większego szczęścia do przejrzystości powietrza, ale wytężając wzrok w zamgloną dal można było dostrzec np. Gniezno, hałdę cementowni w Piechcinie, i wiele wiele innych wtopionych w tło miejscowości. Podjazd na wzniesienie jest bardzo rozciągnięty i prawie nie odczułem tego, że cały czas podjeżdżałem, dopiero w pewnym momencie wychyliłem łepetynę nad kukurydzę i dostrzegłem, że jestem już całkiem wyżej niż myślałem :-) Bardzo mi się podobał widok z wieży i cieszę się, że pogoda dopisała, gdyż Słońce od samego rana ładnie dawało po gałkach, nie odpuszczając aż do przyjazdu do domu. Jedynie wiatr trochę mnie poniewierał - dobre 100km. miałem centralnie dmuchane na facjatę, ale byłem twardy i wygrałem tę nierówną walkę. Cieszę się także, że znów pojeździłem sobie po sąsiednim Województwie Kujawsko - Pomorskim, które bardzo lubię m.in. ze względu na to że teren jest tam nieco bardziej pofałdowany, a to miłe dla oka :-) Gdy już zbliżałem się do domu na liczniku brakowało jakieś 20km. do 200....to jeszcze do własnej satysfakcji odbiłem na Kostrzyn Wlkp i dwusetka pękła praktycznie przed domem :-) Dzień spędzony najlepiej jak tylko można :-)
Przed wieczorem siła wyższa się odezwała i posadziła me dupsko w twardym siodle. Pogoda niepewna, wiatr prosto w mordę i Słońce zachodziło, ale to co ponieważ jazda na rowerze sprawia mi tak wielką przyjemność, że wszystkie przeciwności ładnie pękają jak bańki mydlane z każdym depnięciem na pedał :-) Nie liczyło się dziś dla mnie jakieś tam zwiedzanie, jechałem tylko ponieważ musiałem trochę pokręcić, dlatego trasy nie podaję. Wracałem już po cimoku i nawet czasem pokropiło mi deszczem bez łeb.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017