Kolejny dzionek na rowerku zaliczony. Dziś z kolei wybrałem się w stronę Poznania i kręciłem nieco bardziej ruchliwymi drogami, czego przyznam się nie lubię. Ale jakoś sobie trzeba urozmaicać trasę, żeby nudy nie było. Dystans nie powala, ale w zupełności mi to wystarczyło ze względu na porywisty wiatr, który skutecznie hamował moje zapędy.
No i zaczął się kolejny pracujący tydzień, czego skutkiem są wieczorne wypady rowerowe, które z resztą sprawiają mi niezłą frajdę. Dzisiaj celem było zrobienie szybkiej 50 po asfalcie, ale jak to zwykle bywa nie omieszkałem pojechać troszkę grząskim piaseczkiem. Miło, przyjemnie, tylko troszkę uszy już marzną :-( No i nie wiem jak to się stało, ale zapomniałem dziś aparatu, dlatego zdjęć nie będzie, zresztą nie zrobiłbym ich dziś za wiele, ponieważ traktuję ten wypad jako trening. Ale żeby nie było pusto wstawię takie tam 3 popłuczyny, zrobione obgryzionym dziś rano paznokciem od dużego palca mej nogi ;-)
Kiedy już uporałem się z myciem Felta po wczorajszym błotku, a zajęło mi to kilka godzin, na myśl przyszedł mi jakiś krótki wypad. Jednak Feltem jechać nie mogłem, bo butów jeszcze nie zdążyłem wyprać hehe, ale w zanadrzu miałem jeszcze GT brata :-) No to pojechałem sobie asfaltem i po jakiś 10km. złapałem laczka w przednim kole.....zaklejenie dziury łatką zajęło mi jakieś 20min. Potem zaczęło troszkę kropić i zboczyłem do mojej ukochanej na gorącą herbatkę, ażeby nie wyziębić się za mocno. Potem już powrót jakieś 25km. o lampce i z wiatrem w czoło. Było fajnie.
Jest tyle do pisania, że nie wiem na prawdę od czego zacząć....Ale może od początku. Wczoraj zgadałem się z Sebą, że pośmigamy sobie gdzieś....Tak uczyniliśmy dzisiejszego poranka i spotkaliśmy się w umówionym miejscu. Chwilka na przywitanie i ruszamy przed siebie...długo nie musiało czasu upłynąć abyśmy zmienili pierwotny plan wycieczki, ze względu na coraz bardziej zacinający deszcz. Wymyśliliśmy, że w taką aurę sadzimy na las :-) Dlatego wyruszyliśmy do niego nad Jeziorem Kowalskim. Trochę poszusowaliśmy po nieznanych przez Sebę terenach nad moim ulubionym jeziorem, kiedy to w kieszeni mojego kompana podróży zadryndał telefon. Okazało się, że nie byliśmy dziś jedynymi świrami, którzy jeżdżą utaplani po piasty w błocie przy siąpiącym deszczu :-) z3waza też chciał dziś dołączyć do elity, więc zrobiliśmy z Sebą zwrot na Pobiedziska i strzałka po Wazę. Następnie Państwo "Wazowie" zaprosili nas na kawę z czekoladką, która coś mnie za mocno pobudziła, bo po minie Asi wywnioskowałem, że chyba mi się zasób słów nagle zwiększył :-))) Potem to już istne szaleństwo w mokrym, błotnistym terenie Parku Krajobrazowego Promno, oraz jego otulinie, którą zarówno Waza jak i Seba znają doskonale. Próbowaliśmy z Sebą dotrzymywać koła Wazie, który wiadoma sprawa jest od nas większym cyborgiem, ze względu na wielokrotne udziały w różnych wyścigach i maratonach MTB i powiem, że mnie to się nawet udawało, choć z niemałym wysiłkiem, a Sebie delikatnie mówiąc nie poszło :-) Błota mu nawłaziło chyba w każdą szczelinę napędu, co poskutkowało mizerną pracą przerzutek, no i hamulec mu tarł o obręcz spowalniając ruchy :-S Jeśli o mnie chodzi to sprzęt mimo kilku Kg.błota w trybach spisywał się bardzo przyzwoicie i wyżyłem się jak nie wiem co :-) Było baaaaaardzo mokro i męcząco i w ogóle super, bo w towarzystwie 2-óch zajebistych bikerów. Na koniec dodam jeszcze, że dziś poprawiłem swój rekord w dystansie jazdy po terenie.
Kolejny dzionek kręcenia korbą po zachodzie Słońca. Ciepło i bezwietrznie, więc cztery dyszki poszły jak z płatka. Zadarłem raz głowę do góry i oprócz gwiazd, na niebie świeciło mnóstwo światełek od samolotów - nad Poznaniem musi być chyba dużo dróg powietrznych...
Zdjęcia tylko 2 i to marnej jakości, ale zawsze coś:
Nadszedł czas, kiedy jedynymi chwilami na rower w dni powszednie są te po zachodzie Słońca. Dlatego zdjęć będzie mniej i dystanse też już nie porywające, ale w miarę możliwości kiedy tylko chęci i bateryjki w lampkach pozwolą, będę śmigał takie tam 30 w okolicy, ażeby rytmu nie zgubić - w końcu rower uwielbiam jak nie wiem co! W tym momencie troszkę ubolewam nad tym że zamieszkuję tereny wiejskie, poniekąd bardzo urokliwe, ale przydałaby mi się taka "mała poznańska malta" koło bloku :-) Pozdrower dla wszystkich nightbikerów i nie tylko.
Na koniec tego pięknego miesiąca przejechałem się po okolicznych polnych drogach, zahaczając odrobinę lasu i Jeziora Kowalskiego. Zupełny brak pary w nogach trwa nadal i chyba dlatego nie oddalałem się zbytnio od chaty. Jednak jak już człowiek wyjedzie z czterech ścian, to kręcenie korbą zupełnie przyćmiewa spadek formy :-)
Wypad z bratem w teren. Jeździliśmy po Parku Krajobrazowym Puszcza Zielonka. Kompletny brak pary po wczorajszej nocnej eskapadzie. Ledwo się ruszałem, ale to raczej przez to że spać poszedłem o 6:00 rano, a wstać musiałem o 10:00 aby pozałatwiać pewne sprawy w eterze. Poza tym pogoda do jazdy była wyśmienita :-) Puszcza Zielonka:
Po spędzeniu dnia nie rowerowo, wracałem wieczorem autem na kwadrat (dom) i nagle słyszę telefon dzwoni..."Na nocny wypad miałbyś ochotę"? - spytał Seba. Z największą przyjemnością odparłem i chwilkę przed 20:00 jechałem już na rowerze w umówione wcześniej z Sebą miejsce. Po kilku kaemach i śmichach-chichach stwierdziliśmy, że jedziemy nawiedzić pierwszą stolicą Polski - Gniezno naturalnie. Dodam, że aura i klimat jakie towarzyszyły nam podczas jazdy, były wręcz piękne i mistyczne tzn. rażący Księżyc w pełni, który swym blaskiem wręcz oślepiał oczy, ale także ładnie rozjaśniał nam drogę. Oprócz tego piękne gwiaździste niebo, znikomy wiatr, cisza jak makiem zasiał i nasza działająca wyobraźnia, która czasem napawała niezłym strachem nasze móżczki. W Gnieźnie byliśmy coś ok.24 i mimo początku weekendu ulice były zupełnie puste, dopiero na takich tam zakamarkach można było dostrzec wielu imprezowiczów i dziwnych ludzi z podejrzanym wzrokiem, więziennymi tatuażami i kolczykami wielkości piłki ping-pongowej w uszach. Jeden z nich wyżebrał nawet ode mnie prawie całego snickersa :-( Gniezno to piękne miasto, szczególnie za dnia, ale i w nocy ma swój klimat i wywarło na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Szczególnie podobało mi się zachowanie nocnych ludzi, którzy np. robili sobie z nami zdjęcia, albo nazywali nas "kaskaderami" bo jeździmy w kaskach :-))) Jeśli chodzi o temperaturę, to powiem że mnie było ciepło mimo początkowych 10*C. Seba jest większym zmarźluchem i musiał się grubiej opatulać i nawet na gorącą kawkę znalazł chwilkę czasu. Mi jak wspomniałem aż tak zimno nie było, ale przyznam, że podczas ostatnich km. temperatura spadła jeszcze niżej i wynosiła 7,5*C i wtedy już trochę wymarzłem wracając dość szybko do domu, którego próg przekroczyłem coś przed 4:00 rano. Ale suma sumarum nie było najgorzej z tą temperaturą i wypad nocny z Sebą zaliczam do jednego z najlepszych jakie do tej pory wykonałem, ze względu na ciekawy cel oraz zajebiste towarzystwo, no i setkę przy okazji przejechałem :-) Wielkie dzięki Sebastianie za ten pomysł - Pozdrawiam serdecznie. Więcej na blogu u Seby - TUTAJ
Za jakość zdjęć serdecznie przepraszam, ale te nasze piździelce kieszonkowe nic lepszego po zmroku wykrzesać z siebie już niestety nie mogły, ale tak po 2-óch głębszych obejrzeć idzie:
Co tu dużo pisać....tak się przejechałem asfaltem po kilku-godzinnym pucowaniu roweru. Jechałem sobie tu i ówdzie, ażeby nie upieprzyć od razu roweru i zajechałem do wsi Góra, skąd jest ładny widok na dolinę rzeki Cybiny. Ja Ci patrzę, a na polanie leży chyba z 20 pudełek po gumersach!!! Ja rozumiem, że gwoździć się trzeba, ale zaraz zostawiać po sobie taki chlew? Co za dzicz!!! Dobrze, że po drodze ujrzałem jeszcze sierściucha co sobie ładnie mruczał na kamlocie, to mi humor wrócił... Ludzie ogarnijcie się z tym śmieceniem po rżnięciu i nie tylko! Jak się ciupciać zachciało, albo batonika zjeść zapiwszy po nim oranżadką to czemu nie, ale pudełeczka ładnie do śmietniczka można zapodać, bo 1km. dalej był kontener.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017