Podczas dzisiejszej przejażdżki, jadąc drogą polną niespodziewanie zahaczyłem nogą o drut leżący swobodnie, schowany pod świeżą warstwą śniegu. Na skutek tego przekoziołkowałem przez kierownicę. Nic groźnego mi się na szczęście nie stało, ale podarłem mój nowy ocieplacz neoprenowy na prawej stopie :-((( Jest mi bardzo przykro, gdyż nacieszyłem się nimi tylko miesiąc czasu, a kurde najtańszy zakup to nie był. Wiadomo, to tylko rzecz którą można wymienić kupując nową, ale może coś da się jeszcze naprawić....
Dlatego zwracam się do Was bikerzy i bikerki z prośbą, czy nie mieli byście jakiejś rady na naprawienie tego podarcia? Ja już myślałem, aby od spodu przykleić na specjalny, elastyczny klej do materiału, właśnie kawałek jakiegoś tworzywa... Coś co by mi choć do końca mrozów starczyło...bo tak czy siak w końcu na następny rok będę musiał kupić nowe :-(((
Po pracy wszedłem do domu, patrzę a tata coś przy rowerze tetra....mówię: "Ohooo, dali Ojciec wsiadamy i jedziemy". Przeczuwałem, że on o tym samym pomyślał zauważając mnie u progu drzwi i po kilku chwilach już kręciliśmy w mroziku, po cimoku, okolicznymi asfalcikami, doczłapaliśmy się do Biskupic i potem "nazad" tę samą drogą. Fajnie, że rodzic miał ochotę na krótką przejażdżkę, bo pewnie samemu słabo by mi się chciało, a tak to pojeździliśmy i pogadaliśmy przy okazji :-)
Jak to w nocy bywa - nic nie widać, dlatego zdjęcie tylko jedno z tatą.
Na dzisiaj miałem taki fajny plan: 1 - dobrze się wyspać (udało mi się to w 100%, bo wstałem o 12:00) 2 - Pojeździć trochę rowerem (to także wypaliło) A dalsze punkty planu są już nieistotne :-)))
Lało jak z cebra i zimno też było, ale to co...najważniejsze że kolejna porcja obrotów korbą uczyniła mą twarz zbananniałą :-) Co tu dużo pisać....jak było to każdy widzi na poniższych zdjęciach, ja dodam jeszcze że oprócz mnie, widziałem dziś innych sportowców w akcji: biegacza w Jerzykowie oraz piłkarzy w Karłowicach, także harcorowców jest coraz więcej i fajnie :-)
Na ten weekend wielkich planów nie miałem, ale gdy Przemo zadzwonił z propozycją jakiejś wspólnej wycieczki, nie mogłem odmówić gdyż miałem czas i ochotę na jazdę. Ja z kolei dałem cynka Sebie, który również wyraził aprobatę i w ten sposób dnia dzisiejszego, całkiem wietrznego ale za to słonecznego, trzech bikerów - każdy z innej gminy, wsiedli na swoje rumaki i pojechali w umówione miejsce. Konkretnego celu tej wyprawy też nie mieliśmy i zupełnie spontanicznie wymyślaliśmy ją na bieżąco i każdy miał w tym jakiś udział po trochu.
Wycieczka jak to zwykle bywa w tym towarzystwie bardzo udana, wcale nie czuliśmy uciekających km. a jazda przebiegała prawie jak na rodzinnym spotkaniu, były rozmowy, duża dawka humoru, fajne tereny, sprawne rowery. Jedna rzecz mnie tylko wkurzała - za cienko się odziałem i troszkę marzłem, w pewnym momencie zdesperowany biegałem po Lidlu, szukając jakiejś taniej piżamy, co by pod kurtkę można przyodziać, ale mi się to nie udało i trzeba było rozgrzewać się gorącą czekoladą na stacji Schell'a która była wprost przepyszna i w dodatku postawiona przez Przema - chwała mu za to i następnym razem też on stawia ;-)))
Jaka trasa to widać poniżej na mapce, ja dodam tylko, że udało się wykręcić pierwszą setę tej zimy i w sumie udało się to dzięki chłopakom, bo samemu by mi się nie chciało :-)
Znów wyjechałem w trasę po ciemku i podczas zacinającego deszczu i wcale mnie to nie zrażało. Jechałem tylko przed siebie z uśmiechem na twarzy, bo w świadomości miałem to najlepsze uczucie, kiedy wykonuję ruchy obrotowe cichutką korbą, a rower bezszelestnie kula się do przodu. Zrobiłem sobie taką rundkę bliżej Poznania, w sumie to byłem nawet w Poznaniu, a deszcz...wicher, błoto i inne tego typu, nielubiane przez rowerzystów sprawy endorfiny odsunęły na drugi plan i w dodatku ominęła mnie także wizyta batmana po kolędzie co dodatkowo uczyniło mą facjatę totalnie zbananniałą. Pralka za to miała sporo roboty po przyjeździe :-)
Czy jest sens robienia zdjęć w takiej berbeli? Jest:
Zgadaliśmy się uprzednio z Piotrasem, Przemkiem i Sebą i pojechaliśmy w teren pożegnać godnie dobry rowerowy rok 2012. Jak zwykle w tym towarzystwie jechało się nadzwyczaj przyjemnie, mimo sporego błotka jakie pojawiło się na leśnych duktach. Było też bardzo ciepło i jechaliśmy naprawdę lesserskim tempem, żeby nie zgrzać się nadto. Fajowo było, ale cóż trzeba nowy roczek zaczynać i kto wie, może z jeszcze lepszymi rowerowymi przygodami.
Wczoraj wyczaiłem, że dziś będzie słonecznie, a to kolejny powód do jazdy rowerem na jakąś fajną wycieczkę. Napaliłem się na ranną jazdę, aby zobaczyć jeden z piękniejszych widoków - wschód Słońca, wstałem bardzo rano i na niebie spostrzegłem gwiaździstą przestrzeń, a to dobry znak, dlatego wyjechałem z domu punkt 7:00 i przez chwilę zapodawałem jeszcze przy blasku zachodzącego Księżyca :-))) Widok ten jakoś tak napełniał mnie radością. Gdy Słońce wychyliło się znad horyzontu, zatrzymałem rower i zrobiłem sobie przerwę na zachwycanie się tym rzadko widzianym zjawiskiem.
Po tym mógłbym już w sumie wracać do domu, bo to był mój cel wycieczki, ale jako że cały dzień wolny, niebo piękne, w plecaku gorąca kawa, rower sprawny i pełna głowa pomysłów to pojechałem dalej, wymyślając trasę na bieżąco i dostosowując ją do kierunku wiejącego wiatru, tak aby jechać z nim w plecy, a z powrotem lasem aby wmordewind nie doskwierał z taką siłą i to było chyba moje najinteligentniejsze posunięcie tego dnia ;-)
Po raz kolejny kilku (człowieków) zdziwi zdjęcie dzikiej zwierzyny, napotkanej po drodze, ale takie jakieś mam ostatnio szczęście i w sumie czekam już na takiego biegnącego daniela = skutek z palcem na spuście migawki :-) Ajjj gdybym tylko miał jakiś lepszy aparat to fotki byłyby jak na wyciągnięcie ręki, ale dobre i to, bo w sumie fotografem nie jestem tylko rowerzystą = przyczyna.
Bardzo przyjemnie znów, jak zwykle się śmigało, że tak powiem bo każda wycieczka rowerem choćby codziennie miała biegnąć tą samą drogą, to widoki i zdarzenia są różne, dlatego tyle zdjęć robię :-) bo wielkoPOLSKA jest piękna :-)
Na koniec dodam, jako ciekawostkę że po raz kolejny spotkałem w trasie słynnego Pana Ździcha, który śmiga rowerem bez względu na warunki i po niekiedy bardzo odległych zakątkach - kiedyś spotkałem go przed Kiszkowem, a mieszka on przecież blisko Czerwonaka!!! Oto link do poprzedniego spotkania, wraz ze zdjęciem Pana Ździcha. Pogadaliśmy sobie o rowerach, pozdrowiliśmy na Nowy Rok i strzeliliśmy sobie zdjęcie :-)
Pan Ździchu zjebał mnie ostro za niewygodne siodełko w moim rowerze i polecił mi zamontowanie takiego jakie on posiada... Toż to zabytek i dzieło sztuki i szkoda by mi było nawet siadać na takowym.
Bardzo brakowało mi terenu, oj bardzo! Na dzisiaj miałem nieco inne plany rowerowe, które nie wypaliły, dlatego zrobiłem sobie objazd Puszczy Zielonka solo, jeżdżąc leśnymi duktami. Dzisiaj realizowałem swój plan, który zakładał wolne i przyjemne jeżdżenie w jak najściślejszym lesie, aby móc delektować się pięknem tego parku, co chroniło przed mroźnym porannym wiaterkiem.
Odwiedziłem kilka moich ulubionych miejsc, do których zawsze z chęcią zaglądam rowerem np. Rezerwat "Klasztorne Modrzewie" gdzie rosną bardzo stare i mega wysokie na ponad 40m. modrzewie europejskie. Nie powiem, abym nie widział dziś żywej duszy w lesie, ponieważ tak nie było, a to za sprawą pewnej grupki danieli, które towarzyszyły mi biegnąc równolegle ze mną przez las, oprócz tego drogę przebiegło mi spore stado jeleni i lis. Tak jakoś ostatnio wychodziło, iż rzadko jeździłem sam, dlatego dziś wykorzystałem ten fakt i wjeżdżałem w takie knieje, że w grupce nigdy bym nie zaproponował tego ziomalom :-)))
Bardzo jak zwykle przyjemnie się jeździło znów dziś że tak powiem ;-) Lekki mrozik zamroził wszelaką wilgoć w terenie i było suchutko, a temperatura oscylowała przy 0, dlatego o marznięciu mogłem z ulgą zapomnieć. W plecaku miałem termos z kawą zbożową, którą popijałem na leśnych polanach i było całkiem zajebiście - tylko ja, rower, las, zwierzyna i gorąca kawa :-)))
Nie ma co tracić czasu, tylko wykorzystać wolny czas i śmigać na rowerze. W myśl tego, wstałem o wschodzie Słońca, które dziś wyjątkowo wyszło zza chmur, napełniając mój mózg radością i wyjechałem przed siebie. Temperatura oscylowała w okolicach 10*C dlatego w powietrzu można było wyczuć zapach drobnoustrojów poruszających się w sporym wietrzyku, ale cieszyłem się taką aurą i mam nadzieję, że mnie nic nie chwyci tym razem. Po jakimś czasie Słońce zaczęło coraz częściej chować swe oblicze za chmurami, z których w pewnym momencie zaczęło nawet dość obficie kropić deszczem. Jednak nie zraziło mnie to, bo na plecach wiozłem pół litra - gorącej kawy w termosie oczywiście :-))) Którą wychlałem w czas, kiedy deszczyk sobie pokropywał. Wypad udany, choć troszkę nuda mi doskwierała, ale najważniejsze, że kolejne łyki świeżego powietrza na 2 kołach zostały połknięte :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017