Jak zwykle wypad po pracy troszkę się dotlenić. Wyjechałem ok.19:20 Cel: zrobić 40km. Pogoda: ciepło, ale bardzo wietrznie. Większość trasy jechałem pod silny wiatr czołowy, dlatego dziwię się że średnia wyszła ponad 20/km/h. Trasa: Wierzonka - Kobylnica - Gruszczyn - Swarzędz - Jasin - Rabowice - Paczkowo - Sarbinowo - Jankowo - Biskupice - Jerzykowo - Kowalskie - Karłowice - Wierzonka - Wierzenica - Wierzonka.
Po drodze nic nadzwyczajnego, no może oprócz nowego, kolorowego mostu w Rabowicach.
Jazda pod tak silny wiatr dała mi wycisk i czuję nogi, jakbym przejechał ze 150km........ale cel dnia dzisiejszego osiągnięty, więc chillout :-) Do jutra.
Kolejny wieczór kręcenia po pracy. Dobre i półtora godzinki na rowerze, tym bardziej że temperatura dochodząca do 10*C po zmierzchu, jak na styczeń to już lekka anomalia, ale jakże przyjemna dla rowerzystów :-) W miarę spokojnym tempem, często z wiatrem jechałem przez: Wierzonka - Kobylnica - Gruszczyn - Swarzędz - Jasin - Łowęcin - Sarbinowo - Góra - Jankowo - Biskupice - Jerzykowo- Kowalskie - Karłowice - Wierzonka. Mój zimowy Felt ma już przejechane ponad 2000km od października i nadal super sobie radzi.
Wyjeżdżając z domu na jednym ze skrzyżowań we Wierzonce zauważyłem potrąconego kotka, którego bardzo dobrze znam z mojego podwórka, mógł mieć ze 2 lata i niestety przykro skończył swoje życie. Zdjąłem biedaka ze środka ulicy, aby nasi mądrzy kierowcy nie rozjeżdżali zwłok tego pięknego zwierzaka - ehh szkoda :-(
Dziś taki zawodniczy z prawdziwego zdarzenia TRENING na oświetlonym przez Księżyc asfalcie i jak to mówią: "dzień bez roweru, dniem straconym" dlatego tak jak wczoraj, czyli jak tylko czas pozwolił o 19:00 wsiadłem na zimówkę i po 1 metrze osiągnąłem impedancję wtórną przy amplitudzie (1) . Potem jeszcze kręciłem tak, aby kandecja promienista mieściła się w stałej Plancka
h = 6,626 069 57(29)10–34Js = 4,135 667 516(91)10–15eVs Każdy zawodowiec wie o co chodzi, przeciez to ważne obliczenia, potem może zdobędę jakiś puchar na ważnych mistrzostwach o marchewkę!!!
W Karłowicach na lekkim zjeździe osiągnąłem dzisiejszego V maxa 52,4km/h , ale to dzięki korbie za 5 dych z wychwytem kołkowym na sztywnym balansie, ale przez tą prędkość nie mogłem pozdrawiać mijanych rowerzystów na zwykłych rowerach i w bluzach zamiast wypasionych kolorowych trykotów - sorry panowie byłem strapiony moim treningiem! Jest power, jest siła, jest dobrze! A na wycieczki ze zdjęciami przyjdzie czas :-)
Bez zatrzymywania, w miarę fajnym tempem rundka po: Wierzonka - Kobylnica - Gruszczyn - Swarzędz - Jasin - Łowęcin - Sarbinowo - Góra - Jankowo - Biskupice - Jerzykowo - Kowalskie - Karłowice - Wierzonka.
Pozdrower dla wszystkich tu zaglądających i pamiętajcie to jest blog Grigora - DO PRZODU!
O 19:00 rzut na siodło i 25km. z wiadomych przyczyn po asfalcie. Zwyczajne kręcenie bez "zatrzymki" tak, aby sobie po prostu coś po dniu pracy pojeździć. Trasa: Wierzonka - Wierzenica - Kobylnica - Janikowo - Bogucin - Poznań - Janikowo - Kicin - Kliny - Mielno - Wierzonka.
Jako, że to wpis bez fotorelacji, zamieszczam zdjęcie z grigorowego archiwum. To ja, gdy miałem 14 lat. Zdjęcie zrobione przez mojego tatę, podczas wypadu do lasu.
Na powyższym rowerze marki Victus wykręciłem pewnej zimy 99' (bodajże ostatni dzień ferii zimowych) pierwsze ponad sto kilometrów. Trasa prowadziła z Wierzonki do Niechanowa za Gnieznem i z powrotem. Wybrałem się wtedy bez jedzenia, picia i co normalne w tamtych czasach pieniędzy. Ledwo do domu wróciłem, pamiętam że byłem na skraju wyczerpania, ale 105km pykło :-)
Na dzień dzisiejszy plan miałem z grubsza inny niż na wczorajszy - dobrze się wyspać. Zrealizowałem go w 100% po czym spojrzałem za okno, a tam.....no właśnie po 10:00 już siedziałem w siodełku i zmierzałem w kierunku Gniezna ot tak sobie.
Będąc za Pobiedziskami spotkałem się z gnieźnieńską ekipą (
Pan Jurek, Marcin,Micor ) która wyjechała mi na spotkanie. Tym sposobem zrobiliśmy taką oto rundkę po asfaltach gmin: Pobiedziska, Kiszkowo, Kłecko...
Fajnie mi się jeździ z gnieźnianami, relaks na rowerze, dużo śmiechu, fajne dystanse - lubię to.
Temperatura mimo pięknego Słońca była nieco niższa niż wczoraj, ale wiosna trwa nadal, co wszyscy ładnie dziś uczciliśmy przejechaniem stu kilometrów, po spokojnych drogach zachodniej części powiatu gnieźnieńskiego.
Jedynym dziś wybrańcem, dostępującym zaszczytu wymiany dętki był Pan Jurek - gratulacje :-) Ale poszło mu to nadzwyczaj sprawnie.
Jaja były co nie miara, jak Pan Jurek zachwycał się pięknem słupów elektrycznych, Micor jak zwykle brał do buzi mięsistego banana, Marcin opowiadał o sczytywaniu (szczytowaniu) danych z pulsometrów przez zawodowców, a ja jak cieszyłem się jeziorem na górce :-)
Po drodze minęliśmy kilka okręgowych zabytków, robiąc im zdjęcia. Przed Kłeckiem, kiedy na moim liczniku było ponad 60km. pożegnałem się z ziomalami i ze średnią 30km/h pomknąłem na zachód w swoje rewiry.
Jechałem w samotności, jakieś 25km dalej, dostrzegłem jadące przede mną istoty na rowerach. Jechałem szybciej więc wyprzedzam, mówiąc "cześć". Ale kiedy usłyszałem subtelne kobiece głosy, musiałem zagadać - to było silniejsze :-) Okazało się, że ów istoty, to pobiedziskie bikerki, jadące właśnie fajną pętelkę i nie miały nic przeciwko mojemu towarzystwu.
Marysia na klasycznej szosówce, a Ania na nowiuśkim trekkingowym Romku. Przejechałem się z nimi jakieś 5km. do Wronczyna, rozmawiając z rowerzystkami. We Wronczynie chwilka bajery, spisały sobie adres mojego bloga i ciekawe czy to przeczytają :-). Fajnie, że nasze piękne kobietki ruszają się na rowerach, jakież to dla mnie inne, kiedy pomyślę że śmigam tylko z przedstawicielami tej samej płci. Zaraz mi testosteron skoczył, ale trzymałem nerwy na wodzy hehe...
Hej Ania i Marysia nie bójcie się, ja cyborg nie jestem - dawać mi tu cynka i się ustawiamy na delikatna przejażdżkę :-))) Pozdrawiam Was i miło było spotkać.
Na koniec: W weekend zrobiłem hat trick'a, 3 setki poszły i czuję się wspaniale, teraz nie wiem kiedy będę mógł tak poszaleć - mam nadzieję, że szybko. Dzięki chłopaki za wspólną jazdę, a Was dziewczyny (Ania i Marysia) mam bardzo wielką nadzieję spotkać gdzieś po drodze po raz kolejny :-)
Na dziś miałem tylko jeden, prosty plan - zrobić 100km. Po prostu mam wolny czas i chciałem rozprostować nogi po wczorajszej eskapadzie. Cel udało się zrealizować i to z małym naddatkiem. Średnia też większa niż zwykle, bo to przecież nuda ten asfalt. Mapkę z całego wypadu zamieszczam poniżej, no i wyszło takie, jakby serce i jak tu nie kochać roweru:
Wstałem o 8:30 i podobnie jak wczoraj szybki "ogarniak", do sklepu po węglowodany, izotonik and road is my.
Na początek obrałem kurs na Swarzędz, potem bocznymi asfaltami przez m.in. Gułtowy dotarłem do Nekli. W międzyczasie na niebie pojawił się potężny front atmosferyczny, skutecznie zaciemniając mi widok przed nosem. W ogóle Słońce dziś przez cały dzień bawiło się ze mną w chowanego, raz się chowając, raz wychodząc, nieśmiało ogrzewało mi twarz, jednak na szczęście z tych strasznych chmur nie spadła ani kropla deszczu, a temperatura oscylowała w granicach 6-8*C także było bardzo przyjemnie.
W Nekli miałem zrobić sobie postój na jedzenie, ale patrzę na liczniku ok. 45km. i postanowiłem pojechać dalej w stronę Czerniejewa. Jednak podczas jazdy tak zupełnie nagle dostałem kryzys i czym prędzej musiałem wepchać coś do żołądka. Na przydrożnym parkingu leśnym zrobiłem tą przełożoną przerwę na popas i picie. 3 kanapki, 2 banany, 2 grześki popite izotonikiem niemalże od razu podniosły mnie na nogi. Wręcz czułem, podczas jedzenia jak pasek energii w moim ciele dobija do 100%. Tak mi to dodało werwy, że zadzwoniłem do
Pana Jurka z gnieźnieńskiej ekipy z wiadomością, że będę przejeżdżał przez Gniezno i poproszę o eskortę. Dlatego po dosłownie 10 minutach Pan Jurek oznajmił mi, że z gnieźnieńskiego Rynku eskortować będą mnie również: Mateusz, Marcin, Micor, oraz Piotr. Z Rynku w Gnieźnie wyruszyliśmy sporą ekipą, co mnie bardzo cieszyło, a zarazem dziwiło - jak oni potrafią się szybko zorganizować, takiej ekipy jaką mają w Gnieźnie nie znam :-)
Pojechaliśmy w kierunku Kiszkowa, kręcąc żywiołowo korbami. Po drodze skręciliśmy na Pola Lednickie i potem do Rybitw, gdzie po kilkudziesięciu kilometrach przejechanych z ziomalami nastąpiło moje odłączenie się od grupy. Bardzo dziękuję Wam chłopaki za odprowadzenie i spotkanie, było jak zwykle bardzo zabawnie.
Potem już ostatnie 30km. pokonałem sam, jadąc przez Pobiedziska na liczniku pykła 100 :-)
Dzień spędzony najlepiej jak tylko mogłem, jest satysfakcja bo setka poszła, spotkałem się z Panem Jurkiem i Jego watahą i zdążyłem przed zachodem Słońca. Jest siła, jest moc, jest werwa i zapał, więc DO PRZODU!
Wczoraj napaliłem się, aby odwiedzić Wągrowiec. Ale żeby nie było tak łatwo i nudno zarazem, postanowiłem do tego miasta pojechać jak największą ilością dróg leśnych, polnych, nieutwardzonych, czyli po prostu w terenie, a z powrotem wracałem już w większości asfaltami. Jednak cieszę się niezmiernie, że po tych drugich wyszło mniej :-)
Przebieg trasy zamieszczam poniżej:
Zacznę od początku. Wstałem o 8:00 i zjadłem talerz zupy pomidorowej z większą niż zwykle porcją makaronu potem przegryzłem kilka kanapek z dżemem i zjadłem grześka w czekoladzie. Założyłem na siebie co trzeba, bo nie było tak zimno z rana, jakieś 3,5*C. Wsiadłem na rower i wstąpiłem jeszcze do sklepu po izotoniki i banany i jakieś węglowodany.
O 9:00 od razu skierowałem się na Puszczę Zielonka, która przejeżdżam caluśką wzdłuż, wyjeżdżając w Rejowcu.
Potem miałem jeszcze mnóstwo lasów przed sobą, minąłem rzekę Małą Wełnę niedaleko Kakulina. Dopiero za Kakulinem skończył się las i zaczęły drogi polne. Trochę sobie zażyłem jazdy po wilgotnych piaskach i wyjechałem w Popowie Kościelnym na asfalt.
W Popowie Kość. zdziwił mnie widok kwitnących stokrotek na trawie obok starego, drewnianego kościoła.
Po wjeździe do Wągrowca od razu udałem się na Rynek i potem nad Jezioro Durowskie do parku, gdzie zamiar miałem zrobić sobie mały popas i odpoczynek. Spacer nad niezwykle przejrzystym Jeziorem Durowskim, które urzekło mnie porządną infrastrukturą turystyczno - wypoczynkową dobrze mi zrobił. Wszamałem przygotowane w domu kanapki, 2 banany i grześka, popiłem strasznie zimnym izotonikiem i dalej w drogę, bo robiło się późno a chciałem jeszcze odwiedzić niezwykłe skrzyżowanie dwóch rzek: Nielby i Wełny, a najciekawsze jest to iż każda płynie swoim nurtem i to skrzyżowanie w niczym nie zakłóca kierunku pływu wody. Zjawisko to nazywa się bifurkacją wągrowiecką i podobnych atrakcji można szukać w Polsce ze świecą w ręku. Z wągrowieckich atrakcji pojechałem jeszcze zobaczyć grób rotmistrza wojsk polskich w latach 1808 - 1814 Franciszka Łakińskiego, którego ów grobowiec zbudowano w kształcie piramidy. Robiło się już na prawdę późno, Słońce gasiło swój zapał i w dodatku chowało się za chmurami, dlatego troszkę przyspieszyłem.
Udałem się w główną drogą (Wągrowiec - Gniezno) w stronę Mieściska, za którym miałem skręcić w kierunku malutkiej wsi Budziejewko, gdyż znajduje się tam
"Kamień św. Wojciecha" - Jest on drugim co do wielkości głazem w województwie
Wielkopolskim. Jego obwód wynosi 20,5 m, długość - 7,5 m, szerokość -
4,7 m, wysokość - 1,3 m, głębokość w ziemi - 2,7 m.
jednak przez pośpiech wywołany obawą zajścia Słońca, przeoczyłem ten zjazd i kilka kilometrów musiałem potem nadrabiać, ale do Budziejewka dojechałem!
Po obejrzeniu tego ogromnego "kamlota" Słońce chyliło się ku zachodowi, a ja pojechałem na przemian polnymi i asfaltowymi drogami do Kiszkowa, z którego bokiem Puszczy Zielonka wróciłem już po ciemku do domu.
Kończąc ten wpis powiem, że cieszę się z pierwszej setki w tym roku i zdecydowanie zawdzięczam to sprzyjającym warunkom pogodowym, które rozpieszczają od paru tygodni mnie i mój rower :-) Po przyjeździe czułem się bardzo dobrze, lekkie zmęczenie było, ale ogólnie czuję się silny jak koń!!! Jest mega dobrze.
Chciałem wstawić rower do pokoju, ale że na oponach zalegała spora warstwa błota, to szybki czmych na działkę pojeździć po trawce, aby oczyścić bieżnik z osadów. Działka oddalona jest o 20 metrów. Parę kółek po obwodzie i rower na plecy, na klatkę schodową pod światło. Już wchodzę do domu i patrzę na przednie koło, a tam wielkie rozmaźlone gówno! Hmmmm, z powrotem na rower i jazda na pole ściętej lucerny gdzie sterczące, kłujące źdźbła ściętej jesienią kiszony, po kilku kilometrowej przechadzce ładnie wybrały cały ten smród z opony.
Na działce ktoś musiał strzelić kloca i właśnie mi dane było wjechać po ciemku w tę niespodziankę, a kula ziemska jest przecierz taka wielka - mam szczęście :-)
Dziś kupiłem także w Cykloturze licznik Sigma z przeróżnymi fajnymi funkcjami oraz spray do amortyzatora. Mój biały Felt już jest prawie na ukończeniu, pozostało tylko odpowietrzenie układu hamulcowego i regulacja przerzutek, co zostawiłem specom z Cykloturu i lada moment będę mógł jeździć moim cacuszkiem :-)
Wracam do rzeczywistości, czyli praca do późnego popołudnia, dlatego aby coś pojeździć zostaje mi nocne kręcenie. A w nocy, jak to w nocy, ciemno ale klimatycznie. Zdjęć nie porobię, widokami się nie nacieszę, pozostaje sama przyjemność jazdy rowerem.
Aby utrzymać formę na dobrym poziomie, muszę jeździć regularnie, a jak to będzie wyglądało w praktyce to się okaże. Dziś założyłem sobie cel przejechania 40km. i go wykonałem. Wybrałem trasę całkiem przyjemną, wolną od ruchu drogowego, jedynie w Swarzędzu mocno zwolniłem, krążąc po rynku i trochę po osiedlach. Reszta trasy to gnanie po wsiach przy akompaniamencie cudnego szumu terenowych opon :-)
Oto trasa treningu:
A to ja pod osłoną nocy
z moim zajebistym Feltem do zadań specjalnych, który od października zrobił ze mną już prawie 1700km. i jak dotąd nigdy mnie nie zawiódł w trasie, czasem nawet w bardzo wymagającej, kiedy taplam się na nim w mega błocie. Dodam, że osprzęt to podstawowe podzespoły na rynku. Nawet kasety on nie ma, tylko wolnobieg, a korba kosztowała 50zł. i razem z kilometrami przejechanymi przez poprzedniego właściciela jej przebieg to ok.4 tys.km. i nic się z nią nie dzieje, napęd pracuje płynnie i cicho, hamulce jak żylety, kierownica skręca, a siodło leży jak ulał. Najlepsze jest to, że w korbie ząbki są w dobrym stanie, a jeśli chodzi o sztywność i takie tam duperele, nad którymi zachwycają się zawodnicy jest prawie nic, albo bardzo mało różniąca się od takich specjałów jak np. moja korba Shimano SLX za 5 stówek z mojego podstawowego roweru :-) No dobra SLX jest ładniejsza, taka lanserska wręcz :-) Ciekawe jakby wyglądały starty Majki Włoszczowskiej na rowerze z korbą za 5 dych! Ale zobaczymy ile to cacko wytrzyma, w końcu w maratonach tym nie jeżdżę, tymczasem sobie fruwam i niczym się nie martwię :-)
Dziś zakupiłem ździebko kosmetyków dla rowerów. Rewelacyjny smar do łańcucha Brunox Top Kett, którego używam w mojej zimówce już od paru miesięcy i stwierdzam, że lepszego smaru na wszystkie warunki nie miałem - serio. Kupiłem także odłuszczacz Brake Cleaner, z myślą o tarczach hamulcowych.
Pierwszy dzień roku 2014 przyniósł piękne Słońce, czyste niebo i całkiem znośną temperaturę ok.2-3*C. Dlatego po wyspaniu się i szybkim ogarnięciu zaraz wsiadłem na rower, wykorzystać taką pogodę.
.
W głowie miałem plan odwiedzenia lasów na północny - wschód od Parku Krajobrazowego Puszcza Zielonka, znajdujących sie poza jego granicami, gdzieś między Rejowcem, a Antoniewem. No i udało mi się tam trochę pokręcić i stwierdzam, że sporo tam jest leśnych terenów do odkrywania dla mnie, gdyż mało tam jeździłem w ogóle.
Ubrałem się odpowiednio i w drogę. Najpierw leśnymi ścieżkami w Puszczy Zielonka do Dąbrówki Kościelnej, gdzie dzwony donośnie witały poranek nowego roku, potem asfaltem do Pawłowa Skockiego, skąd odbiłem pomnikową aleją kasztanową do wsi Stawiany. Za Stawianami odbijając z drogi na Rejowiec w prawo wjechałem do wspomnianego lasu. Dopiero tutaj poczułem totalny chillout jadąc w porannej mgle oświetlanej przez przebijające się promienie słoneczne. Jakiś czas sobie tam spędziłem, jeżdżąc po nieznanych leśnych ostępach w Gminie Skoki, aż wyjechałem na asfalt w Antoniewie. Stamtąd drogę znałem już doskonale i popędziłem dalej asfaltami przez różne wioski z ciekawymi zabytkami, które sfotografowałem w celach blogowych oczywiście. Po dojeździe do Kiszkowa na liczniku miałem jakieś 55km. i przebłysnął mi pomysł jakiejś setki w dniu dzisiejszym, ale zszedłem na ziemię po chwili uświadamiając sobie, że w plecaku tylko jeden banan, a w Nowy Rok ciężko o czynny sklep gdzieś na jakiś wioskach :-))) i podjąłem decyzję wracania przez Puszczę Zielonka z powrotem.
.
Czuję się wyśmienicie, jestem silny, zdrowy i niech tak zostanie, bo zaowocować może to pięknymi, długimi wycieczkami w tym roku i tego sobie życzę, a tymczasem wrzucam trasę dzisiejszej wycieczki:
Bez zdjęć na moim blogu byłoby nieswojo, więc kilka wrzucę:
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017