Chciałem wstawić rower do pokoju, ale że na oponach zalegała spora warstwa błota, to szybki czmych na działkę pojeździć po trawce, aby oczyścić bieżnik z osadów. Działka oddalona jest o 20 metrów. Parę kółek po obwodzie i rower na plecy, na klatkę schodową pod światło. Już wchodzę do domu i patrzę na przednie koło, a tam wielkie rozmaźlone gówno! Hmmmm, z powrotem na rower i jazda na pole ściętej lucerny gdzie sterczące, kłujące źdźbła ściętej jesienią kiszony, po kilku kilometrowej przechadzce ładnie wybrały cały ten smród z opony.
Na działce ktoś musiał strzelić kloca i właśnie mi dane było wjechać po ciemku w tę niespodziankę, a kula ziemska jest przecierz taka wielka - mam szczęście :-)
Dziś kupiłem także w Cykloturze licznik Sigma z przeróżnymi fajnymi funkcjami oraz spray do amortyzatora. Mój biały Felt już jest prawie na ukończeniu, pozostało tylko odpowietrzenie układu hamulcowego i regulacja przerzutek, co zostawiłem specom z Cykloturu i lada moment będę mógł jeździć moim cacuszkiem :-)
Dlatego właśnie jeżdżę po szosach - tam łatwiej trafić na człowieka-asfalt (nie mylić z Afropolakami), kawałki jeżozwierzyny, kapcia, prezerwatywę, nowy numer "Cosmo" leżące tam przypadkiem niż na tzw. odchody. Choć... w sumie na to samo wychodzi :)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017