Po przyjeździe z pracy złapała mnie taka zmuła, że nie miałem innego wyjścia jak tylko wyjść na rower :-) W imię zasady po chwili jechałem już na 2-óch kołach w okolicznych terenach. Zmęczenie minęło, ale po jakiejś pół godziny jeżdżenia, ale najważniejsze że zamulenie minęło. Tym sposobem odwiedziłem takie wioski jak: Wierzonka - Uzarzewo - Góra - Promienko - Jerzykowo - Barcinek - Karłowice - Wierzonka.
Muchy końskie nadal grasują po lasach i żyć nie dają, jednym sposobem na unikanie ich ataków jest jazda z prędkością nie mniejszą jak 25km/h, a dziś przy moim stanie energii w nogach taka prędkość była niemożliwa... No i dodam jeszcze ważną informację - na wyboistej, polnej drodze się wyjebałem! Ale nic mi nie jest, tylko lekkie otarcie na udzie.
Wypad bez historii, po prostu kręcenie po okolicy wykorzystując wolny czas po pracy. Mimo tego, że nogi ciężkie, a umysł zamulony, po przyjeździe do domu czuję satysfakcję, że trochę pojeździłem. Większość trasy to drogi polne i leśne.
Późno - popołudniowy wypad nie wiadomo dokąd....Tak jechałem i jechałem i zawitałem w Poznaniu :-) Tam już standardowy objazd "starych śmieci" czyli Stary Rynek, gdzie jak zwykle zgiełk i wuchta wiary tej! Schłodziłem się przy Ratuszu kurtyną wodną i przy akompaniamencie piszczących hamulców pojechałem z powrotem. Wracając zrobiłem sobie postój i potem kilka kilometrów dalej (ok.5) skapowałem się, że zostawiłem tam bidon i musiałem gnać nazad pod granice Poznania, dlatego do domu wróciłem po ciemku :-S Ale w sumie przecież nie ma co narzekać, gdyż bidon znalazłem i kilka kaemów wpadło dziś dodatkowo :-)
Kilka ździsiów:
Katedra na Ostrowie Tumskim w Poznaniu jest ogromna. Rower stoi podparty u jej podstawy.
Jako, że mamy prawdziwie upalne lato, pojechałem zobaczyć co się dzieje na plażach okolicznych jezior. Nad Jeziorem Kołatkowskim na Eko-plaży ludzi jak mrówek i na parkingu strasznie tłoczno. Każdy kto tylko może, jedzie ochłodzić się nad wodę. Potem okrężną drogą podjechałem do Pobiedzisk nad Jezioro Biezdruchowskie, gdzie także tłum ludzi na plaży. Wracając wstąpiłem jeszcze na skarpę w Jerzykowie nad Jeziorem Kowalskim, gdzie ludzi na piasku było sporo, ale we wodzie już zdecydowanie mniej, gdyż woda w tym zbiorniku jest strasznie zanieczyszczona. Wstyd dla gminy Pobiedziska, że nic z tym nie robi już od kilkunastu lat, a Jezioro Kowalskie ma ogromny potencjał turystyczny. Jechało mi się dziś ciężko przez tą temperaturę, wyprzedzony zostałem nawet przez dwóch rowerzystów po drodze, jeden na kolarzówce co rozumiem, ale ten co wziął mnie na fullu to nie rozumiem :-)
Trzeba zacząć jeździć konkrety, dlatego wczoraj zaproponowałem tacie wspólny wypad do Miłosławia. Tata nawet się nie zająknął i dzisiejszego poranka wyruszyliśmy zobaczyć miasto, które w zeszłym roku już odwiedziłem, ale tak mi się podobało że chciałem pokazać je ojcu - a na prawdę warto. Gdy wyjeżdżaliśmy przed 10:00 w trasę na niebie nie płynęła ani jedna chmura, wiedzieliśmy że Słońce będzie ostro grzało po południu. Droga do Miłosławia przebiegała dość spokojnie mimo wiejącego czołowo wiatru. Przemieszczaliśmy się spokojnym tempem wybierając jak najmniej uczęszczane drogi asfaltowe, które w tamtych rejonach były całkiem spoko. Po drodze mijaliśmy pole za polem, trochę zabytków jak np. kościół w Gieczu, były także elektrownie wiatrowe, oraz to co nas najbardziej zaskoczyło, czyli przepiękny dwór w Winnej Górze, gdzie mieści się Muzeum Henryka Dąbrowskiego.
No to jedziem....
Elektrownie wiatrowe niedaleko Nekli.
Kościół w Gieczu z XIIw. wybudowany w stylu romańskim, jego mury mają 110cm grubości.
Autostrada A2 na wysokości wsi Orzeszkowo.
Potężna linia wysokiego napięcia.
Gdzieś tam daleko dostrzec można było jeden z największych w Polsce silosów - cukrownia w Środzie Wlkp.
Dwór w Winnej Górze.
Krzyż w Winnej Górze - ostatnia wola Bronisława Dąbrowskieg, syna Jana Henryka Dąbrowskiego.
Po tych atrakcjach docieramy do celu wycieczki - Miłosławia. W mieście podjechaliśmy pod słynny Browar Fortuna, warzący moim zdaniem najlepsze piwo na rynku, a potem zrobiliśmy sobie mały popas na ławeczce przed pięknym kościołem Św. Jakuba, gdzie stoczyliśmy bardzo miłą pogawędkę z wrześnianami , którzy tego dnia także zorganizowali objazd tych terenów. Bardzo miło się z panami rozmawiało i nawet poczęstowani zostaliśmy pysznym plackiem drożdżowym :-) W Miłosławiu akurat dziś obchodzono święto 700 lecia powstania miasta, dlatego w okolicy było nieco bardziej gwarnie niż na co dzień, a przed pięknym pałacem w parku odbywał się festyn. Podjechaliśmy pod pałac i podczas stopu na zdjęcie z boku zawołała nas pewna pani. Jak się okazało ów Pani częstowała przezajebiście pysznym chlebem z niesamowitym smalcem według starej receptury. W ogóle spędziliśmy z tą panią dłuższą chwilę, gdyż opowiadała tak ciekawe historie, że nie sposób było nie słuchać. A ta kanapka będzie śniła mi się po nocach, bo takiej pyszności dawno nie jadłem. Mowa tu o właścicielce gospodarstwa ekologicznego Fenix we Wrąbczynkowskich Holendrach, o której możecie poczytać np. TUTAJ . Jeśli to Pani czyta Pani Weroniko, to chciałbym jeszcze raz serdecznie Panią pozdrowić i życzyć pogody ducha :-) Pozdrawiam także Pani piękną córkę :-)
Miłosław - Browar Fortuna.
Miłosław - Kościół Św. Jakuba.
Pogawędka z wrześnianami :-)
Pałac w Miłosławiu
Rozmowa i poczęstunek z Panią Weroniką Saacke :-)))
Kolorowy korowód w parku
Powrót takimi drogami był bardzo przyjemny.
Po zwiedzeniu Miłosławia wróciliśmy do domu pełni zadowolenia. Wycieczka spontaniczna i pełna ciekawostek. Zrobiliśmy razem ponad stówkę i z tego powodu również jestem bardzo zadowolony, gdyż żadnych kryzysów po drodze nie było :-)
Dziś rano nie padało, więc do pracy jechało się wyśmienicie. Wracając także jechałem na sucho, bo podczas mojej 8 godzinnej służby w 4 ścianach, za oknem zdążyło się już wypadać. Z tą różnicą, że jadąc z powrotem troszkę się wlekłem, bo nogi miałem z waty i spać mi się chciało. Druga część dystansu, to jazda po okolicznych drogach leśnych i polnych w ramach relaksu. Wyjechałem kwadrans przed 20:00 i odwiedziłem Jezioro Kowalskie, potem przez Jerzykowo, Biskupice, Jankowo do Uzarzewa gdzie ustrzeliłem dzisiejszy zachód Słońca. Po zachodzie, o zmroku powrót terenowymi drogami przez Kobylnicę, Wierzenicę do domu. Ogólnie rzecz ujmując - mam satysfakcję z dzisiejszego dnia :-)
Ostatnio próbuję dojeżdżać do pracy rowerem, co nawet mi wychodzi i dziś też tak uczyniłem. Rano piękne Słońce umilało dojazd, z powrotem też ładnie świeciło, ale noga po pracy w ogóle nie podawała. Wróciłem do domu, na ząb wrzuciłem trochę węglowodanów, a na ciało nieco bardziej obcisły strój i pomknąłem do Owińsk odwiedzić pewne ciekawe drzewo, oraz największą rzekę Wielkopolski.Po dwóch kilometrach jazdy, w Mielnie zjeżdżam na 6-ścio kilometrowy odcinek drogi leśnej do samych Owińsk, który to odcinek moim zdaniem jest najgorszym kawałkiem drogi jaki kiedykolwiek przemierzyłem w lesie. Droga ta jest często uczęszczana przez różne auta i na jej piaskowej powierzchni utworzyła się tzw. "tarka" na skutek pracy amortyzatorów i cholera wie czego jeszcze. Nie da się dosłownie po tym jechać, tarka jest tak wielka, że można pourywać koła i dostać wstrząsu mózgu! Ale jakoś tam przejechałem cały :-) Dąb Bartek w Owińskach to pomnik przyrodyo obwodzie 770 cm, liczy sobie ponad 600 lat. Według legendy drzewo kazał posadzić król Władysław Jagiełłona pamiątkę nawrócenia Litwy oraz zwycięskiej bitwy pod Grunwaldem. Dokonać miał tego zaufany rycerz o imieniu Bartek. Według innego podania okazałe drzewo podziwiałcesarz Napoleon, gdy w 1806 r. odwiedził klasztor w Owińskach. Potem jeszcze czmych nad pobliską rzekę Wartę, której spokojny nurt hipnotyzował spokojem i jazda przez Czerwonak w kierunku Wierzonki asfaltem.
Energia do jazdy pojawiła się dopiero pod koniec wycieczki, gdyż spaghetti dopiero wtedy się przetrawiło i energia z posiłku dała mi kopa troszkę za późno, ale nie ma co psioczyć, bo jechało mi się bardzo przyjemnie, szkoda tylko że nie miałem towarzystwa.
Kilka ździsiów:
Dąb Bartek w Owińskach.
Rzeka Warta w Owińskach.
Dzikie tereny nad Wartą w okolicy Owińsk.
W Czerwonaku świadczy się usługi dla ludności - korzystaj ludu :-)
18km to dystans do pracy i z powrotem, następne kilometry to już krótki wypad po pracy, kiedy miałem ochotę pokręcić po okolicy. Przejechałem po takich wioskach jak Karłowice - Kowalskie - Kołatka - Tuczno.
Ogólnie plan na dziś zakładał wspólną, przedwieczorną przebieżkę z Piotrasem , ale wszystko pokrzyżowane zostało przez ogromny front atmosferyczny, niosący ze sobą silny wiatr, szarość i deszcz. O moją wioskę jak się okazało chmury tylko musnęły, więc ja troszkę pojeździłem mimo silnego wiatru z początku, potem już się pogoda unormowała i zrobiło się przyjemnie, a z Piotrasem się to nadrobi myślę. Był to zwykły dzień na rowerze, których ostatnio bardzo mi brakowało i cieszę się że wszystko wraca u mnie do normy.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017