Oprócz standardowego dojazdu do pracy, na powrocie czekało mnie spotkanie z Anią, która wyjechała mi na spotkanie. Dlatego też odbiłem w fyrtel kostrzyński, skąd udaliśmy się razem przez PK Promno do domu. W tak piękna pogodę warto było wykorzystać każdą chwilę na rower. Ja tak zrobiłem i wyszedł niezły trening po trzech gminach: Pobiedziska - Swarzędz - Kostrzyn.
Taka trasa:
no i kilka zdjęć: Dolina rzeki Cybiny w Gortatowie
Kolejny wiosenny i wolny dzień wykorzystaliśmy z Anią na rower. Tak jak zapowiadałem wczoraj, w niedzielę wybraliśmy się w kierunku odwrotnym do wczorajszego, czyli do Gniezna. Tak się składa, że Pobiedziska leżą dokładnie pośrodku trasy Poznań - Gniezno i mamy stąd świetną bazę wypadową w tych kierunkach, poza tym zarówno w jedną, czy w drugą stronę mamy ciekawe fyrtle do zwiedzania. Zabieramy się zatem do opowiadania dzisiejszej trasy, która prezentowała się jak poniżej:
Po kilku kilometrach, w Zbierkowie napadło na nas stado krwiożerczych psów, które musiałem ujarzmić kilkoma głaśnięciami. Milusie pieseczeczki sobie biegną przez Zbierkowo.
Jadąc dalej, przez lasy czerniejewskie, nad Jeziorem Baba w Jeziercach musieliśmy zrobić przerwę na obserwacje żabich godów. Hmmm dziwne u ropuch jest to, że samica jest dwa razy większa od samca. Ale przecież u ludzi też się tak zdarza. gody ropuch szarych
Przejeżdżając lasy czerniejewskie, wyjechaliśmy na asfalt w Grabach, gdzie po kilku kilometrach pojawiły się ludzkie zabudowania, no i z jednej takiej wyskoczyła kolejna sfora dzikich, głodnych psów, które znów musiałem ujarzmiać głaskaniem i słowami typu: "No chodź tu milusi, już ja ciebie tutaj pogłaszczę po pyszczeczku" itp. W Grabach prawie pozbyłem się rąk. Tak mi mały piesek wylizał paluchy :-)
Przejechaliśmy następnie Czerniejewo i kierowaliśmy się przez różne wioski do Gniezna. Po drodze minęliśmy ciekawy dwór w Kosmowie, który jak się dowiedzieliśmy od tubylca, jest własnością pewnego Norwega, który wykupił ten majątek za bezcen, z lekka odnowił z zewnątrz i zniknął za granicą. Dwór choć ładnie wygląda z ulicy, to niszczeje od środka i nie spełnia żadnej roli. Fajnie się układało, bo większość trasy mamy jak dotąd z wiatrem, który dął dziś niemiłosiernie. Czerniejewo wita
Staw Kąpiel przy drodze Czerniejewo - Kąpiel - Nidom....
Dwór w Kosmowie
Za Kosmowem, między Gębarzewem a Gnieznem musieliśmy zatrzymać się na chwilę, aby westchnąć na widok spustoszenia hektarów lasu po zeszłorocznej wichurze, która przetrzebiła tamtejsze leśne fyrtle. To co widać na zdjęciu to tylko fragment zniszczeń. Wiele hektarów lasów jest jeszcze nieuprzątnięte, a połamane wpół drzewa straszą upiornym widokiem - siły natury są nieubłagane. Efekt zeszłorocznej wichury w lesie między Gębarzewem, a Gnieznem.
Dojeżdżamy do Gniezna. Tam przerwa na Rynku i wygrzewanie się w grzejącym słońcu z lodem w ręku. W mieście odbywało się dziś kilka imprez, na które podążały tłumy kibiców i motocyklistów, stąd ciężko było się przedostać do centrum na wspomniany Rynek. Z powrotem do Pobiedzisk jechaliśmy najszybszym wariantem, czyli dawną DK5. Wiatr wiał w bok, ale ciężko nie było, najgorzej tylko z dupą, która jak zaczęła boleć, to już nie odpuściła do samego końca. My w Gnieźnie
Katedra jak zawsze dostojna
Polska w ruinie
Wracając minęliśmy się z Bobiko, który ładnie nas pozdrowił ze swojej szosowej maszyny. Tak sobie myśleliśmy, że ma on przejebane pod ten wiatr do Gniezna, ale niedługo po naszym powrocie dał znać, że już jest w domu, więc poszło mu szybko :-)
Jest sobota, czyli najlepszy dzień w tygodniu, jest wolne, jest piękna pogoda i są wielkie chęci na wycieczkę rowerową. Nie pozostaje nic innego jak ruszyć jebut do przodu jazdaaaa! Ów jebut jazdaaa odbyła się w towarzystwie mojej Debeściary.
Pojechaliśmy trasą jak poniżej do Poznania po prostu. Dawno tam nie byliśmy i naszła nas ochota na odwiedzenie stolicy WLKP. Poznań bardzo się zmienił przez ostatnie lata. Zmienił pozytywnie, bo pamiętam jak kilka dobrych lat temu bujałem się po tamtejszym fyrtlu Stare Miasto i wiele melin przerobionych zostało na piękne parki, jak na przykład teren starego koryta Warty. Mimo to, po Poznaniu rowerem jeździ mi się ciężko, to nie jest mój ulubiony teren do kręcenia. Zdecydowanie wolę las, lub nawet jazdę po polu. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego, ale w razie co napiszę: Chodzi o tłok, światła i wrzeszczących kierowców. Dziś nawet zjebkę od jednego dostałem, że przejeżdżam przez pasy na rowerze, zamiast zsiąść - miał koleś rację. Poza tym wszystko ładnie i pięknie, ale czułem duszący smród spalin. W lesie, na polu, 20 kilometrów od Poznania, w mojej Wierzonce, czy w Pobiedziskach gdzie mieszkam powietrze jest wyczuwalnie czyściejsze i zastanawiam się po takiej wycieczce jak dziś - czy ci ludzie co tak ładnie lansują się na poznańskiej Malcie, są świadomi co wdychają? Ale mniejsza o to, ja z Anią wróciliśmy zmęczeni do domu i jutro pojedziemy w przeciwnym kierunku do dzisiejszego i nasze płuca na pewno zregenerują się po dzisiejszym zasmrodzonym Poznaniu.
Oto trasa:
A zdjęcia dopowiedzą resztę: Martwy bóbr w Biskupicach to równie niespotykany widok jak żywy, jednak ten widok spowodował smutek.
bażant
Jezioro Swarzędzkie
Jezioro Maltańskie w Poznaniu
Centrum Poznania znad Jeziora Maltańskiego
Ania na Starym Rynku w Poznaniu
Ania na ul. A. Fredry
piękne graffiti
Ten to dopiero musiał mieć widok z góry.
Ania na drodze polnej Kicin - Wierzenica
droga polna Wierzenica - Wierzonka
Wierzonka
stado wygrzewających się saren na polu we Wierzonce
Do Wierzonki Ania jechała asfaltem, a ja terenem obok :-)
W Barcinku nad Jeziorem Kowalskim sobie dumałem.
To na tyle dziś. Fajna wycieczka, bo sobie odświeżyłem pamięć o Poznaniu, jednak myślę że długo tam nie wrócę. Dziękuję.
Kolejny praco-trening za mną. Rano zamarzłem przy tych ledwie 3*C, z powrotem już lepiej , bo ok 11*C. Wracając, wjechałem dziś na pole uprawne w okolicy Pobiedzisk. Tak - jechałem po polu, nie po drogach polnych, a po polu! Taką miałem zachciankę i kilka kilometrów po prawdziwym terenie (bezdroża) przejechałem na biegu 1x2 z prędkością 4km\h i było zajebiście :-)
Tak było: dzięcioł duży
Pagórki na drodze Katarzynki - Uzarzewo. Tutaj właśnie osiągnąłem dziś Vmaxa.
Dzisiejszy praco-trening odbył się w stosunku 50x50 szosa-teren. Do pracy oczywiście jak najszybciej szosą, a po pracy to już istne szaleństwo po drogach terenowych, zahaczając o Park Krajobrazowy Promno. Pogoda dopisała, więc bawiłem się świetnie.
a po drodze: PK Promno
W Pobiedziskach podziwiać mogłem takie oto cacko z innej bajki niż rowerowej. Mercedes Benz CL500 to już legenda motoryzacji. Ten potwór pod maską kryje 5 litrowe V8 o mocy 306KM.
Dziś testowałem inny niż zazwyczaj wariant dojazdu do pracy. Wariant zdecydowanie bardziej spokojny, ale też 5km dłuższy i w większości terenowy. Tym sposobem w jedną stronę mam 24km przyjemnej drogi, przez różne wioski, wśród pól, lasów i śpiewu ptaków. Na pogodne dni, czyli choćby na takie jak dzisiejszy, jest to dojazd wyśniony i pewnie często będę jeździł tą trasą (o ile uda mi się wcześniej wstać).
Jak widać na trasie, omijam ruchliwą drogę Gniezno - Poznań (dawna krajowa 5) dwa ujęcia: okolice Uzarzewa
Tak dziś wyszło, że oprócz standardowego dojazdu i powrotu z pracy, załapałem się na wspólną jazdę z Anią, która chciała liznąć nieco jazdy XC po Parku Krajobrazowym Promno i wyjechała mi na spotkanie, aby potem wspólnie pocieszyć się w terenie piękną pogodą. Pokazałem jej zatem kilka dobrze mi znanych, ale także nowo odkrytych ścieżek, po których przejechaniu Ania miała serdecznie dość. Nie żebym był złośliwy, ale Promno nie należy do płaskich terenów i można tam naprawdę solidnie się zmęczyć - polecam ten park do treningów mtb. Tym sposobem wjechała dziś solidna "pięćdziesiona" i czuję się wspaniale. U Ani wygląda to troszkę inaczej, zresztą zapraszam na jej relację - tutaj. Rezerwat Las Liściasty w Promnie.
Wypad w odwiedziny do rodziców we Wierzonce. Piękna pogoda i trasa do Wierzonki pod wiatr, a z powrotem z wiatrem w plecy i jechałem z taką prędkością, że średnia wzrosła o 100%. Najszybszy, terenowy wariant z Pobiedzisk do domu rodzinnego to 15km, więc tragedii nie ma :-) Jezioro Kowalskie w Barcinku
las we Wierzonce
A u mamy przy stole główny członek rodziny - Leloch :-)
a w domu przywitała mnie na balkonie synogarlica popielata
Wyszedłem na rower z myślą pokręcenia po okolicy wsi Kapalica w Parku Krajobrazowym Promno, w celu odnalezienia dwóch, malutkich jeziorek: Kazanie oraz Grzybionek. Jeziorka odnalazłem, choć nie obyło się bez błądzenia po tamtejszych leśnych pagórkach. Ukształtowanie terenu w tamtych fyrtlach PK Promno tak mi się spodobało, że postanowiłem dać upust energii i pofiglowałem nieco rowerem wśród drzew, po malowniczych singlach. W pewnym urokliwym miejscu, blisko rezerwatu Jezioro Drążynek osiągnąłem na zjeździe Vmax = 55,95km/h Jest się gdzie wyszaleć na rowerze w tym parku krajobrazowym. Odkrywam go na nowo, gdyż po przeprowadzce do Pobiedzisk mam do PK Promno rzut beretem. Jazda dziś krótka, ale intensywna. Na poniższej mapce zaznaczyłem czerwonymi cyframi kolejno: 1 - Jezioro Kazanie 2 - Jezioro Grzybionek 3 - Vmax 1 - Jezioro Kazanie. Dostęp do jeziorka ograniczają gęste chaszcze i bagnisty teren.
2 - Jezioro Grzybionek
3 - Rezerwat Jezioro Drążynek. Na tym zjeździe można nieźle poszaleć.
okolice Kapalicy
leśne dukty PK Promno
pagórkowate ukształtowanie terenu w PK Promno
okolice Kapalicy
Choć w kalendarzu już kwiecień, niestety za oknem mamy listopad - grudzień. Jeżdżąc tak dziś po wspomnianym lesie, ubrany jak na ciężką zimę, nie raz zadawałem sobie pytanie: "Co u licha dzieje się z tą pogodą"? Tymczasem pozostaje czekać.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017