Gniezno i okolice
Po kilku kilometrach, w Zbierkowie napadło na nas stado krwiożerczych psów, które musiałem ujarzmić kilkoma głaśnięciami.

Milusie pieseczeczki sobie biegną przez Zbierkowo.
Jadąc dalej, przez lasy czerniejewskie, nad Jeziorem Baba w Jeziercach musieliśmy zrobić przerwę na obserwacje żabich godów. Hmmm dziwne u ropuch jest to, że samica jest dwa razy większa od samca. Ale przecież u ludzi też się tak zdarza.

gody ropuch szarych
Przejeżdżając lasy czerniejewskie, wyjechaliśmy na asfalt w Grabach, gdzie po kilku kilometrach pojawiły się ludzkie zabudowania, no i z jednej takiej wyskoczyła kolejna sfora dzikich, głodnych psów, które znów musiałem ujarzmiać głaskaniem i słowami typu: "No chodź tu milusi, już ja ciebie tutaj pogłaszczę po pyszczeczku" itp.

W Grabach prawie pozbyłem się rąk. Tak mi mały piesek wylizał paluchy :-)
Przejechaliśmy następnie Czerniejewo i kierowaliśmy się przez różne wioski do Gniezna. Po drodze minęliśmy ciekawy dwór w Kosmowie, który jak się dowiedzieliśmy od tubylca, jest własnością pewnego Norwega, który wykupił ten majątek za bezcen, z lekka odnowił z zewnątrz i zniknął za granicą. Dwór choć ładnie wygląda z ulicy, to niszczeje od środka i nie spełnia żadnej roli. Fajnie się układało, bo większość trasy mamy jak dotąd z wiatrem, który dął dziś niemiłosiernie.

Czerniejewo wita

Staw Kąpiel przy drodze Czerniejewo - Kąpiel - Nidom....

Dwór w Kosmowie
Za Kosmowem, między Gębarzewem a Gnieznem musieliśmy zatrzymać się na chwilę, aby westchnąć na widok spustoszenia hektarów lasu po zeszłorocznej wichurze, która przetrzebiła tamtejsze leśne fyrtle. To co widać na zdjęciu to tylko fragment zniszczeń. Wiele hektarów lasów jest jeszcze nieuprzątnięte, a połamane wpół drzewa straszą upiornym widokiem - siły natury są nieubłagane.

Efekt zeszłorocznej wichury w lesie między Gębarzewem, a Gnieznem.
Dojeżdżamy do Gniezna. Tam przerwa na Rynku i wygrzewanie się w grzejącym słońcu z lodem w ręku. W mieście odbywało się dziś kilka imprez, na które podążały tłumy kibiców i motocyklistów, stąd ciężko było się przedostać do centrum na wspomniany Rynek. Z powrotem do Pobiedzisk jechaliśmy najszybszym wariantem, czyli dawną DK5. Wiatr wiał w bok, ale ciężko nie było, najgorzej tylko z dupą, która jak zaczęła boleć, to już nie odpuściła do samego końca.

My w Gnieźnie

Katedra jak zawsze dostojna

Polska w ruinie
Wracając minęliśmy się z Bobiko, który ładnie nas pozdrowił ze swojej szosowej maszyny. Tak sobie myśleliśmy, że ma on przejebane pod ten wiatr do Gniezna, ale niedługo po naszym powrocie dał znać, że już jest w domu, więc poszło mu szybko :-)
Świetny to był weekend - chcę takie zawsze.




