Wreszcie pojeżdżone z Anią. Mieliśmy trochę czasu od rana, więc jazda na rowery, aby pożegnać lato. Plan był taki, by udać się w kierunku Jeziora Lednickiego, dlatego wyszła nam taka oto trasa:
Lato pokazało ostatniego dnia klasę i było naprawdę ciepło, że aż musieliśmy się rozbierać. Ja jechałem na krótko - zupełnie jak latem właśnie. Bardzo przyjemna wycieczka, obfitująca w fajne widoki i kilometry babiego lata wiszącego na rowerach i ubraniach :-)
Zdjęcia niech dopowiedzą resztę: asfalt Główna - Węglewo
Po kilku kilometrach jazdy musieliśmy się rozbierać. Słonko ładnie przygrzewało. Tutaj pole w Węglewku.
Szuter Węglewko - Lednogóra
Wspólne zdjęcie nad Jeziorem Lednickim w Lednogórze.
Drewniana stodoła w Skrzetuszewie.
Kwitnąca na żółto gorczyca przypomina wiosnę.
Amerykańska ciężarówka International w Sławnie. Robi wrażenie.
Lew na jednej z posesji w Sławnie też robi wrażenie :-))))
Czołowe drapieżniki polskiej wsi :-))))
Sielski widok w Sroczynie.
Na polach burakobranie. Specjalna maszyna najpierw nabiera z kupki buraki, potem je czyści i na końcu ładuje na ciężarówkę.
Prawie jak pustynia - Gniewkowo.
Ania jak zwykle zadowolona :-)
Koniec lata kochani. Teraz pora witać jesień - moim zdaniem najlepsza pora roku na rower, a jak to wyjdzie w praktyce to się okaże :-)
Jadę sobie drogą polną. Po lewej stronie kukurydza, po prawej ściernisko. Jadę sobie spokojnie i w ciszy. Przez chwilkę z tego spokoju zacząłem sobie nawet coś tam nucić pod nosem. Kiedy to nagle z kukurydzy, tuż obok mnie wyleciał spłoszony bażant, łopotając skrzydłami i wydając taki jakiś gulgoczący dźwięk. Tak się wystraszyłem, że w momencie krzyknąłem: "Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa", a kask podniósł mi się do góry przez najeżone włosy na głowie! Najgorsze w tym wszystkim był fakt, że kiedy się tak wystraszyłem i wydałem te: "Aaaaaaaa......" obejrzałem się do tyłu, a za mną jechał jakiś gościu rowerem?! Na tym bezludnym polu - pomyślałem. Nagle się kur.....zjawił i słyszał ten mój jęk przerażenia. Jaka poruta, sobie pomyślałem i udałem, że muszę zrobić krótki postój na zdjęcie, żeby ten gość mnie wyprzedził. Kiedy się do mnie zbliżył, kątem oka spojrzałem na niego. Powiedział mi cześć, ale też na jego twarzy widoczny był jakiś taki podejrzany uśmieszek. Pewnie widział i słyszał to całe zajście i było mu do śmiechu. Mówię wam - wstyd jak ch.....j! Potem jechałem i śmiałem się z tego bażanta, że aż ludzie myśleli że jestem wariatem, bo jadę przez las i śmieję się na głos :-)
Jeśli o trasę chodzi, to było dziś sporo terenu. Najpierw do Wierzonki, przeziębionemu ojcu książkę zawieźć do poczytania w trakcie kataru. Potem strzałka nad Jez. Kowalskie, aby następnie przedostać się drogami wśród kukurydzy (bażant) do Puszczy Zielonki, na skraju której zobaczyłem jak tam sprawa wygląda w Bednarach na Agro Show. Tam jak zwykle tysiące ludzi i zakaz wjazdu rowerami na teren wystawy :-( Te całe Ago Show to chyba największa tego typu impra w Polsce, bo aut na drogach tysiące, aż się korki na wsiach tworzyły. Po wydostaniu się z Bednarów, przez Krześlice przejechałem do Złotniczek nad Jez. Jerzyńskie, a potem do domu.
Fajnie się kręciło i to zupełnie solo. Dawno już samemu nie jeździłem...teraz kiedy wraz z Anią dzielę pasję do roweru, to jadąc samemu dziwnie się czuję :-)
Wyjechałem na wycieczkę poznawczą po gminach: Pobiedziska, Łubowo, Czerniejewo. Poznawczą, ponieważ natknąłem się na nowe, jeszcze nieodkryte ścieżki, w szczególności w gminie Czerniejewo. Krążąc po tamtejszych polnych, a potem leśnych drogach przejechałem przez ciekawy rezerwat w Lasach Czerniejewskich - Bielawy. Niestety brak czasu spowodował szybki przejazd przez to miejsce i nie mogłem bardziej wtajemniczyć się w temat tego pięknego lasu, ale myślę że niedługo nadrobię, bo chciałbym pokazać to Ani. Poza tym grałem dziś z deszczem w kotka i myszkę. Na początku, zaraz po wyjeździe przegrałem i zostałem zmoczony, potem wyszło słońce i woda z ubrania wyparowała, aby na sam koniec, tuż pod domem zmoczyć mnie ponownie - przyjemność słaba. Finalnie, wyszło trochę ponad 4 dyszki, które w zupełności zaspokoiły mój głód rowerowy na jakiś znowu czas.
Dziś był komplet: Ania, Wojtas, tata Krzysztof i ja. Pojechaliśmy do Lasów Czerniejewskich odświeżyć sobie ścieżki nad jeziorami w Jeziercach. Temperatura o kilka stopni wyższa, ale wiatr wiał za to dwa razy mocniej niż wczoraj. Ubrałem się na krótko i to był strzał w dziesiątkę. W powietrzu da się już wyczuć ostatki lata; promienie słoneczne już jakby pod ostrzejszym kątem, dzień zauważalnie krótszy, chłodniejsze powiewy powietrza, coraz więcej żółtego koloru na drzewach, poranki z rosą, ptaków już nie słychać.....Powolutku czas szykować długie ubranie, rękawiczki z palcami, termos w plecaku i jazdaaaaa :-) Teraz będzie można dopiero zacząć jeździć. W końcu upały się skończyły! Choć ten dzisiejszy wicher w twarz, wyciągnął z nas wiele energii, to każdy był dziś zadowolony z udanej wycieczki.
Wycieczka w towarzystwie Taty i brata Wojtasa po moich fyrtlach, a dokładniej po gminach: Pobiedziska, Kostrzyn i Łubowo. Przepiękna pogoda i miłe towarzystwo spowodowały spory dystans mimo mojego kataru. Ps. Zupełnie przypadkiem spotkaliśmy się dziś z Panem Jurkiem, który kręcił swoją trasę. Z Panem Jurkiem nakręcałem swego czasu spore dystanse, po jego i nie tylko fyrtlach. Wspaniały człowiek - super było choć przez chwilę porozmawiać. Nie ma się co rozpisywać, tylko zapodaję zdjęcia od razu:
Ekipa od lewej: Pan Jurek, ja, Wojtas, mój tata Krzysztof.
Zbiór buraków we Fałkowie.
Na niebie dziś serce przebite strzałą. A Ty co tu widzisz?
Drzwi drewnianego kościoła z 1660 roku w Łubowie.
Szuter z Żydówka do Dziekanowic.
Okolice Żydówka w gminie Łubowo. Takie drogi wiejskie, z takimi widokami uwielbiam.
Wycieczka z moim tatą i bratem Wojtasem zawsze nastraja mnie pozytywnie, bo jakież to szczęście posiadać w rodzinie kilku takich co lubią rowerem pojeździć. Dlatego ciesząc się everybody, udaliśmy się w objazd naszych gmin, czyli Pobiedziska i Swarzędz, z zahaczeniem o Czerwonak . Nie zabrakło jazdy w terenie i dobrego humoru.
Wypad obiadowy - taki właśnie był :-) Można powiedzieć, że dzisiejszy rower wcale nie doszedłby do skutku, gdyby nie propozycja Ani brata, który zaprosił nas do siebie, na smaczne co nieco. Kuba zdolności kulinarne ma niemałe, a nawet nieskromnie powiem że wielkie, gdyż posiada dyplom zawodowego kucharza i sporządził danie, które od dziś będę wielbił - placek po węgiersku!!!!!!! Kur....cze mać! Jakie to było doooooobreeeeee!!!! Nie będę tu też opisywał doznań mego podniebienia po skosztowaniu tegoż dania, bo to blog rowerowy przecie, ale powiem że po takim obiadku czułem się niemal tak dobrze, jak po przejechaniu 300 kilometrów na rowerze - SERIO!
Kila ździsiów z dzisiejszej trasy, która prowadziła z Pobiedzisk do miejscowości Pławce w gminie Środa Wlkp. Trasa w większości asfaltowa, wśród pól. Ogólnie można by powiedzieć, że nic ciekawego, ale jak i tak zawsze coś tam po drodze znajdę, choćby konia na polu:
placek po węgierski a'la Kuba
Wiooooo!
A2
Ania tam na dole robi zdjęcie śmigłom.
Robi zdjęcie pod wiatrakiem.
Iwno z oddali - Ania stamtąd pochodzi.
Ps. kolejna książka przeczytana w sierpniu. Oglądałem serial, który był bardzo dobry, jednak co książka, to książka.
Ps.2. placki po węgiersku będę wielbił od dziś, gdyż jeszcze nigdy w takiej wersji placków ziemniaczanych nie jadłem. Placki jadem tylko na słodko, z cukrem i bardzo mi smakowały. Jednak te z sosem węgierskim i śmietaną, to echhhh.... głodny się zrobiłem :-)
Mojemu tacie zachciało się dalszej wycieczki, więc wraz z Anią wymyśliliśmy, że zabierzemy go do Wielkopolskiego Parku Narodowego. A właśnie do WPN-u, ponieważ nigdy tam nie był, jest tam bardzo ciekawie i można wykręcić spory dystans, czyli ponad 100km. Poza tym, to my sami dawno tam nie byliśmy i fajnie było odświeżyć sobie kilka ścieżek w pamięci. Pogoda dziś była wyśmienita, choć może troszkę za gorąco, ale nie żebym narzekał, ponieważ słoneczko pięknie oświetlało nam widoki na przepiękne zakątki Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego i Wielkopolskiego Parku Narodowego. Dziś będzie sporo zdjęć, więc zapraszam do zaznajamiania się z trasą i atrakcjami jakie dziś po drodze spotkaliśmy.
trasa:
Na samym początku umówiliśmy się w Kobylnicy, tzn. ja z Anią wyjechaliśmy tacie na spotkanie, bo on ma z Wierzonki bardziej "po drodze". Potem już jechaliśmy dobrze znanymi fyrtlami aż do Poznania, gdzie wjechaliśmy na wspomniany Nadwarciański Szlak Rowerowy (NSR) i w przepięknych okolicznościach przyrody wyjechaliśmy w Puszczykowie: Poznań - Jezioro Maltańskie
Dodge Viper
Warta
Nieznany mi gatunek kaczki nad Wartą.
Jazda Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym
szuwar
nad Wartą
wędkarz
Słup elektryczny wielki jak wieża.
Linia wysokiego napięcia.
Po wyjeździe z NSR udaliśmy się na lody w Mosinie. Tam też zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na Rynku, krótki objazd miasteczka i wyzwanie na podjeździe ulicą Pożegowską aż na Osową Górę 131 m n.p.m. - Najwyższe wzniesienie WPN. Tam też stoi wieża widokowa, z której rozpościera się fajny widok na park narodowy i dalszą okolicę Mosiny. Podziwiamy widoki z wieży i po chwili zagłębiamy się nieco w WPN, zahaczając o piękne Jezioro Góreckie, wyjeżdżamy na słynną drogę greiserówkę, którą przedostajemy się do kolejnej miejscowości z fajną atrakcją. Wspólne zdjęcie na Rynku w Mosinie.
Ania przy pomniku eleganta z Mosiny.
Ciekawa wieżyczka przy jednej z kamienic w Mosinie.
Podjazd ulicą Pożegowską w Mosinie na Osową Górę 131 m n.p.m.
Wieża widokowa na Osowej Górze.
Widok z Osowej Góry w kierunku Śremu. w oddali widać maszt Radiowo - Telewizyjne Centrum Nadawcze w Śremie o wys. 290 m.
Glinianki na Osowej Górze w WPN.
Widok na Dziewiczą Górę 143 m n.p.m. z Osowej Góry. Po prawej komin EC Karolin 205 m.
WPN - Jezioro Góreckie.
Płotki w Jeziorze Góreckim.
Jazda greiserówką przez WPN w kierunku Szreniawy.
Jesteśmy w Szreniawie. Małej miejscowości w gminie Komorniki, gdzie znajdują się takie atrakcje jak Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu Rolno - Spożywczego, oraz Mauzoleum Bierbaumów. TUTAJ można poczytać więcej o tym miejscu. Ja powiem tylko tyle, że na szczycie wieży znajduje się punkt widokowy, z którego rozpościera się ładniejszy widok niż z wieży na Osowej Górze. Tzn. widać więcej Poznania i jego okolic, zresztą proszę: Mauzoleum Bierbaumów w Szreniawie. Na górze znajduje się punk widokowy.
Mauzoleum Bierbaumów od środka. Wchodzimy na punt widokowy.
Widok z Mauzoleum Bierbaumów na poznańskie osiedla.
Elewator w Gądkach w oddali.
Stadion Lecha
Widok na poznańskie centrum i Dziewiczą Górę z tyłu.
Fragment podwórza w Muzeum Narodowym Rolnictwa i Przemysłu Rolno - Spożywczego w Szreniawie.
Zabytkowy kombajn Vistula spotkany w Szreniawie.
Po tych atrakcjach musieliśmy wracać przez Poznań. Wybieraliśmy ddr-ki, których na szczęście nie zabrakło na naszej trasie. Przedostaliśmy się tym sposobem przez całą długość miasta do Wartostrady, wyjeżdżając pod Koziegłowami, skąd już przedostaliśmy się wspólnie do Kobylnicy. Tam rozstajemy się z tatą, który usatysfakcjonowany odbija do siebie, a nam pozostaje jeszcze ok.20 km starą "5" do Pobiedzisk. Powrót poznańskimi ddrkami.
Ostrów Tumski w Poznaniu.
Miałem dziś szczególny dzień, bo przejechałem 130 km. a czułem się naprawdę świetnie. Dawno nie zrobiłem trasy 100+ i mogło być kilka wątpliwości, a tu proszę zero bólu, a nawet zmęczenia nie było. Jednak z pewnością stan ten był zasługą towarzystwa, w którym jechałem i na pewno ciekawej, choć nie zawsze komfortowej trasy. To tyle na dziś - dziękuję i pozdrawiam zaglądających :-)
Bardzo byłem ciekaw, co też kryje się za miejscowością Wyrzysk, więc wrzuciliśmy rowery do auta i pojechaliśmy tam na start. Po rozpakowaniu na miejscu od razu strzałka w trasę. Cel był taki, aby pojeździć na północy województwa Wielkopolskiego z zahaczeniem o miasteczko Łobżenica. Wraz z Anią udało nam się zwiedzić nowe tereny i zaspokoić ciekawość. Wycieczka obfitowała w ciekawe widoki i nowe miejsca, gdyż okolica Wyrzyska znajduje się w historycznej krainie zwanej Krajna, gdzie jazda rowerem po zróżnicowanym terenie sprawiała radość. Na rowerze interesuje i ekscytuje mnie odkrywanie nowych miejsc, a dziś
każdy kilometr był nowy, więc domyślić się można jaką miałem radochę. Jedynie tylko wiatr wiał silny i czasem kręciło się ciężko. Jednak jak już się pojechało tak daleko od domu, to wypadało przejechać te parędziesiąt kilometrów, aby liznąć tamtejszego klimatu i przy okazji zaliczyć kilka nowych gmin na rowerze.
trasa:
ździsie: Dworzec autobusowy w Wyrzysku.
Świnki w Glesnie.
Zajechaliśmy pod Bagdad!
Wzniesienie terenu moreny czołowej na Pojezierzu Krajeńskim.
Jezioro Trzebońskie Duże
Sady Jabłkowe w Łobżenicy.
Łąki, pola i wąski, mało ruchliwy asfalt.
Jedzie Ania.
Szachulcowy kościół w Sławianowie.
Jezioro Sławinowskie Wielkie.
Był także 4km odcinek drogi terenowej, po sypkim piasku z Bługowa do Tłukomów.
Dzień wolny od pracy wykorzystałem dziś na załatwianie różnych spraw - w większości serwis rowerowy. Najpierw wymiana opon i dętek w GT brata Wojtasa, a potem w Krossie Ani smarowanie łożysk w tylnej piaście. Poszło gładko i szybko. Kiedy już kończyłem dostałem telefon od starego, dobrego kumpla Roberta. TUTAJ wpis z ostatniej wycieczki z nim w 2012 roku. Nie mogłem mu dziś odmówić - nie widzieliśmy się dobrych kilka lat! Tym bardziej, że chciał się ze mną rypnąć na rowerach...Choć czas miałem ograniczony, wykorzystałem go na przejażdżkę i spotkanie z Robertem. Dobrze było spotkać i widzieć, że wszystko u niego w porządku. Moja trasa to Pobiedziska - Gortatowo - Pobiedziska. Powiem, że nie miałem dziś epy i nogi były jak z cementu, zdjęć nie chciało mi się cykać, ale na potrzeby bloga 2 jednak strzeliłem. Ubijanie kiszonki przez dwa ciągniki w Uzarzewie.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017