Mało dziś czasu na rower miałem, ale znalazłem chwilkę na wypad po okolicy. Znów udało mi się uniknąć deszczu - ufff! Nie ma si co rozpisywać, bo trasa też nie wymagająca, czyli płaski asfalt, bez pośpiechu na luzie.
Kilka zdjęć:
Koleś chyba klucze zgubił ;-) Ale znajdzie....
Aura jak zwykle nieciekawa.
Jakiś bunkier po PGR-owski. Pewnie składnica broni atomowej.
Po chorobie (zapalenie ślinianek) wsiadłem dziś na spragnionego jazdy Felta. Nie oszczędza mnie to lato jeśli chodzi o zdrowie - co chwilę coś, aż boję się co będzie za chwilę ;-) Niedawno zakupiłem 2 drobnostki, które potrzebowały wymiany w moim bajku: chwyty RITCHEY (poprzednie wytarły się do gładkości) I siodło SPECIALIZED RIVA (poprzednie pękło od spodu), dlatego dzisiejsza jazda była także testem nowego siedziska i powiem, że jest dużo twardsze ale dupsko nie boli na szczęście, ale za to jedzie się tak jakby sztywniej co znaczy lepiej - jestem zadowolony. Powiem też, że już powoli kompletuję części do nowego napędu, który założę na następny sezon, a będzie to prawdopodobnie korba i kaseta Deore i łańcuch XTR - jeśli ktoś używa którejś z podanych części to proszę o opinię.
A wycieczka prowadziła dziś po terenach Lednickiego Parku krajobrazowego, pogoda z początku była idealna, ale po paru godzinach się nieco popsuła i ostatni kilometr jechałem w deszczu, resztę dopowiedzą Wam zdjęcia :-)
Po południu wybrałem się w kierunku Jeziora Kowalskiego i podjechałem w miejsce, które odwiedzam rowerem bardzo rzadko nie wiedząc dlaczego, bo mam tam najbliżej do jeziora. Coś mnie podkusiło abym pojechał nieznaną ścieżką, myśląc że owy singiel doprowadzi mnie na drugą stronę jeziora przy brzegu ( tak to wyglądało). Niestety okazało się, że trasa była tylko zarośniętą, wąską i wydeptaną przez rybaków dróżką i zaraz po kilkuset metrach skończyła się bagnem i trzcinami. Stałem przez chwilę myśląc czy się cofać, czy iść przez las. Wybrałem spacer przez las, który okazał się istną gehenną!!! Po paru metrach wpierdoliłem (sorrka za przekleństwo, ale musiałem podkreślić) się w takie chaszcze, że głowa boli! To była plątanina krzaków, kolcowatych jeżyn leśnych, ponad metrowych pokrzyw i gałęzi wchodzących w oczy! Na dodatek te insekty - czułem się jak w dżungli. Na domiar tego lekko się zgubiłem i szedłem z rowerem na plecach w tym gnoju gdzieś z pół kilometra :-( Jak wyszedłem na drogę, to ucałowałem ziemię! Nogi mam tak pokłute i poparzone, że pieką bardzo mocno teraz wieczorem szczególnie. Ehh. Wróciłem do domu i potem jeszcze raz pojechałem dookoła zalewu z ziomkiem, ale tym razem już bez takich ekstremalnych zboczeń!
Kto ostatnio dostał wiadro wody na łepetynę? Jeśli komuś się to zdarzyło, to doskonale zrozumie jak się czułem podczas dzisiejszego wypadu. Ale przecież patrzyłem za okno i nic nie zwiastowało takiego załamania pogody! Były co prawda chmury, ale to takie niegroźne. Sytuacja okazała się zupełnie odwrotna do moich przemyśleń, o czym przekonałem się po 9 km. gdy stałem na ulubionej skarpie nad Jeziorem Kowalskim i zaczęło mżyć, a po chwili jak dygło to na nic było chowanie się pod parasolami drzew! Postanowiłem, więc jechać w tej ulewie - a co tam przygoda będzie :-) Kompletnie przemoknięty wróciłem do domu, ale muszę przyznać, że krople były konkretne i cieplutkie,nieźle czasem obrywałem po twarzy, w dodatku nic nie widziałem bo okulary były zupełnie zakroplone, no i bałem się o aparat i telefon które zawsze wożę w kieszonce na plecach, ale w domu wysuszyłem i działają :-) Wypad króciutki, ale taki też miał być.
Bruk w wierzonkowskim lesie. Było ślisko, ale ja lubię kocie łby.
Jak mówiłem, tak zrobiłem - po tygodniu pocenia się pod 4 kocami, pociągania nosem i "charchania" nadszedł czas, kiedy Grigor wstał na 2 koła :-) Troszkę dziś się oszczędzałem, ze względu na stan pochorobowy i tempo było rekreacyjne, choć średnia taka ok.20km/h by tego nie powiedziała, ale większość trasy przejechałem na 2 biegu. Jak dziś wsiadłem na rower to poczułem się jak noworodek i jechało mi się bardzo przyjemnie :-)Większość drogi asfaltem oczywiście, ale nie zabrakło także trochę lasu i polnych wertepów. Sporo sobie odpoczynków robiłem, łykając przygotowane w bidonie minerały. Myślę, że już mogę jeździć więc - HASTA LA VISTA SMRODOCHODZIE!!!
Ps: Fajnie mieć takich ziomali na bs jak Wy wszyscy :-) Dajecie niezłą motywację :-)
Oto trasa: Wierzonka - Karłowice - Tuczno - Stęszewko - Wronczyn - lasem do Jerzyna - Podarzewo - Pobiedziska - Promno - Góra - Uzarzewo - lasem do Wierzonki.
Widziałem to:
We Włoszech mają jedną krzywą wieżę i zaraz takie halo, a w Polsce są setki takich krzywoli i nikt nawet nie wspomni! A to takie krzywe jest :-) Nieczynna gorzelnia we Wronczynie i jej krzywy komin.
"Jestem z miasta. To widać, słychać i czuć" Tak sobie śpiewał ten drapieżnik na rynku w Pobiedziskach :-)
Konkretny pierzak! Jeszcze takiego nie widziałem - wyglądał jakby kuraka z kotem skrzyżowali :-) Ja nazwałem go KURAKOT ;-)
No i się doigrałem! Niestety dzisiejszy wyjazd okazał się zupełnie nie potrzebny, ponieważ kiedy już się ogarnąłem ok. 17 godziny, postanowiłem przejechać się nad zalew z bratem, ale już jak wyjeżdżałem, czułem że coś jest nie tak tzn. zbyt zmęczony i zimno mi było. No ale pojechałem głupi... Gdy zawitałem do domu, dreszcze równo już mną telepały! Niech to....i znów przerwa :-( oby jak najkrótsza. Byłem tak zmachany, że wyprzedził mnie nawet taki kolo :-) jak na 1 zdjęciu! Dobra idę pod pierzynę.
Nieźle pruje!
Widok na zachmurzone niebo nad Jeziorem Kowalskim.
Witam gorąco wszystkich bikerów po przerwie. Mam nadzieję, że to ostatni taki przestój w moim jeżdżeniu, tak więc uwaga bo Grigor wraca na bs :-) Dziś ogólnie podziwialiśmy z tatą piękne letnie krajobrazy, gdzie pachniało świeżo skoszonym zbożem, a Słońce chciało upiec nas żywcem, tylko wiatr i cień dawał ukojenie. Jazda sprawiała wielką przyjemność i nawet stwierdziliśmy z ojcem, że niczym nie da się tak zażyć pór roku jak na rowerze! Upragnione lato otaczało nas z każdej strony, racząc nasze oczy złotem, błękitem i zielenią. Prawie 2 tygodniowa przerwa nie odbiła się na szczęście na mojej kondycji, z czego się cieszę.
Mimo iż czasu dziś znów jak na lekarstwo, postanowiłem się w końcu przejechać nieco dalej a niżeli wokół własnego bloku. Dlatego postanowiłem pojechać dawno nie przecieraną, ulubioną ścieżką w lednickie tereny. Ale jeszcze na samym początku pojechałem jeszcze nad Jezioro Stęszewskie do Tuczna, w celu znalezienia jakiegoś fajnego miejsca do rozłożenia namiotu, ponieważ na weekend szykuje się.....ahhh dzika noc :-))) Potem już standardowa trasa, którą opiszę na dole. Musiałem się tylko spieszyć przed zachodem Słońca, ponieważ nie mam tylnej lampki.
Całą drogę miałem uśmiech na twarzy, dzięki pewnej prześlicznej osóbce, której dedykuję ostatnie zdjęcie :-*
Chyba nie muszę pisać dlaczego to pętla wokół Jeziora Kowalskiego :-) Cieszę się, że choć na chwilkę udało mi się na rower dziś wskoczyć po zachodzie Słońca. Totalny brak czasu na kręcenie z czego nie jestem zbyt zadowolony, ale cóż ten fatalny stan rzeczy wiecznie trwał nie będzie :-)
Zapachu lata, ćwierkających świerszczy, latających chrabąszczy i ciepłego podmuchu wiatru nie dało się na zdjęciu uchwycić, ale można sobie wyobrazić :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017