Po południu wybrałem się w kierunku Jeziora Kowalskiego i podjechałem w miejsce, które odwiedzam rowerem bardzo rzadko nie wiedząc dlaczego, bo mam tam najbliżej do jeziora. Coś mnie podkusiło abym pojechał nieznaną ścieżką, myśląc że owy singiel doprowadzi mnie na drugą stronę jeziora przy brzegu ( tak to wyglądało). Niestety okazało się, że trasa była tylko zarośniętą, wąską i wydeptaną przez rybaków dróżką i zaraz po kilkuset metrach skończyła się bagnem i trzcinami. Stałem przez chwilę myśląc czy się cofać, czy iść przez las. Wybrałem spacer przez las, który okazał się istną gehenną!!! Po paru metrach wpierdoliłem (sorrka za przekleństwo, ale musiałem podkreślić) się w takie chaszcze, że głowa boli! To była plątanina krzaków, kolcowatych jeżyn leśnych, ponad metrowych pokrzyw i gałęzi wchodzących w oczy! Na dodatek te insekty - czułem się jak w dżungli. Na domiar tego lekko się zgubiłem i szedłem z rowerem na plecach w tym gnoju gdzieś z pół kilometra :-( Jak wyszedłem na drogę, to ucałowałem ziemię! Nogi mam tak pokłute i poparzone, że pieką bardzo mocno teraz wieczorem szczególnie. Ehh. Wróciłem do domu i potem jeszcze raz pojechałem dookoła zalewu z ziomkiem, ale tym razem już bez takich ekstremalnych zboczeń!
Przez gorszy busz już nie raz się przedzierałem, za każdym razem byłem Ciekawy gdzie wyjadę(a raczej wyjdę) lub też myśląc, że dana "ścieżka" doprowadzi mnie tam gdzie chcę. Myślę, że niedługo będziemy mieli okazję pośmigać razem, jutro oddaje krossa do Tokarza na dotoczenie nowej osi :D
Współczuje, ja dzisiaj otarłem się jedną ręką przez pokrzywy i dostaje właśnie ku...wic, piecze jak cholera. Po raz kolejny kowalskie :) Muszę się tam wybrać.
Zabójcze pokrzywy :/ a tak poważnie, to podobno pomagają na jakieś schorzenia..więc może nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło :) Jezioro Kowalskie wieczorowa porą jest cudne..:] pozdrawiam
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017