Plan na dziś był prosty - zrobić 50 kilometrów, dlatego odwiedziłem gminę Kiszkowo, ponieważ występują tam mało ruchliwe drogi asfaltowe, po których w spokoju można pojeździć nie martwiąc się o przejeżdżające obok samochody. No ale zanim dotarłem do gminy Kiszkowo, przejechać musiałem jeszcze dwie gminy: Swarzędz i Pobiedziska.
Oto trasa:
Choć pogoda nie zachęcała do kręcenia dłuższych dystansów, to i tak się udało plan zrealizować i to nawet z nawiązką. O dziwo kręciło mi się bardzo dobrze, a wręcz idealnie - w większości jest to zasługa mojego roweru, który po generalnym remoncie sprawuje się teraz lepiej jak nowy :-) Odnośnie pogody, to niesamowicie szare, ponure i dołujące krajobrazy malowała dziś mgła. Do tego lekki mrozik i wiatr w twarz....ech.
Myślę, że nie ma co się rozpisywać, zdjęcia dopowiedzą resztę:
szarość
Pałac w Krześlicach
Pałac w Węgorzewie
Chory kozioł na polu w Węgorzewie. Biedak biegał wkoło z nienaturalnie pochyloną głową :(
Ambona widokowa w Kiszkowie
Rozlewisko w Kiszkowie
Przerwa na kawę z termosu pod mostem nad rzeką Małą Wełną w Kiszkowie.
W Turostówku odkryłem jakiś stary cmentarz na polu.
Turostówko spowite mgłą wygląda jak wieś widmo.
Krótki odcinek drogi polnej z Turostówka do Łagiewnik.
Pospolity, domowy drapieżnik :-)
Na dziś starczy - ja swój plan wykonałem, a wy? Pozdrawiam.
Dzisiejszy wypad miał zupełnie odmienny klimat od tego, w którym jeżdżę najczęściej, a propos w lesie i na drogach gruntowych jazda jest ostatnio bardzo utrudniona przez lód, dlatego nie chcąc ryzykować kontuzją, ale chcąc jednocześnie pokręcić troszkę więcej niż na co dzień, wybrałem jazdę asfaltem, którym tymczasem jeździ się bardziej komfortowo. Żeby też monotonii nie było, trasę wybrałem w odwrotnym kierunku niż ma to miejsce zazwyczaj - otóż pojechałem do Poznania. Konkretnie to jeździłem po północno - wschodnim fyrtlu, gdzie podziwiałem sobie uprzemysłowiony teren z przeogromną elektrociepłownią EC Poznań Karolin, oraz nowo powstałą tuż obok spalarnią śmieci. Cały ten ogromny teren zrobił na mnie spore wrażenie. Szczególnie te industrialne widoki, ukazujące ogromne kłęby pary buchającej z chłodni i szybów, kłębiący się dym z ogromnego komina, setki rur i konstrukcji stalowych, dźwięki pracujących maszyn oraz świst pary wodnej, wydobywającej się pod ciśnieniem z rurociągów.
Raz na jakiś czas moje oczy potrzebują "czegoś innego" i dziś pomimo niesłychanie ponurej pogody i niemocy w nogach, ta wycieczka dała mi niezłą satysfakcję, której skrawkiem chciałbym podzielić się z Wami. Zdjęcia dziś w odcieniach szarości, dla podkreślenia tego mrocznego klimatu.
Poznań ul.Gdyńska
EC Poznań Karolin
EC Poznań Karolin
EC Poznań Karolin
EC Poznań Karolin
EC Poznań Karolin
Droga rowerowa przy spalarni śmieci.
spalarnia śmieci
Rury, szyby wentylacyjne, żelastwo i wentylatory....
Ogromne wirniki
Dziękuję za uwagę i do następnego kręcenia korbą :-)
Dziś zarówno do pracy, jak i z pracy wybrałem dłuższą trasę. Rano zupełnie nic ciekawego, ale po południu, podczas powrotu już troszkę świrowałem po krzakach. Przebijałem się kilka kilometrów po przeoranej drodze, usłanej zamarzniętymi koleinami i lodem. Trochę mnie tam wytrzęsło. Poza tym to spokój :-)
Darmowy masaż dupy
Taki oto spalony samochód niedaleko Koziegłów. Ciekawi mnie jak go tu przytachali, kiedy tam żadnej drogi nie było, tylko ten wąski singletrack, porośnięty krzakami dookoła?
Kolejny w tym tygodniu wschód słońca. Mógłbym stać i patrzeć na purpurę jarzącej się gwiazdy, jednak do pracy spóźniać się nie wypada. Rano delikatny mróz nie odpuszcza od bardzo dawna, ale jestem już przyzwyczajony i kręcę dzielnie w pełnym rynsztunku - delikatną. ale za to prawdziwą zimę mamy w tym roku, więc korzystam :-)
Od początku roku dojeżdżam rowerem do pracy i jak do tej pory odczuwam więcej plusów niż minusów tej operacji. Są to co prawda krótkie dystanse, ale nie chodzi mi tutaj o nabijanie statystyk, ale zwyczajnie jazdę na rowerze samą w sobie lub jak by to nazwać - treningiem (nie cierpię tego określenia). Gdybym nie wybrał opcji rowerowej do pracy, pewnie nie jeździłbym wcale, jak to miało w większości miejsce przed rokiem. Nie jeździłbym z lenistwa po prostu, bo jazda autem też jest przecież przyjemna. Faktem jest, że pracuję w godzinach prezesowskich (8 lub 10), a do zakładu mam rzut beretem, ale odbieram to jako zachętę do kręcenia korbą i nie wykorzystanie tak sprzyjających warunków do tej pory było z mojej strony zwykłym, śmierdzącym lenistwem.
Jedynymi minusami, które uprzykrzają mi dojazd są: - czynność ubierania się w zimowy strój rowerowy, który trwa zwykle 10-15 minut dłużej niż zakładanie stroju cywilnego - pobudka jakieś 30 minut prędzej
Plusów chyba nie muszę przedstawiać?
Motywację mam na wysokim poziomie i będę starał się utrzymywać taką jak długo się da, ponieważ mam na ten rok pewien plan - marzenie, o którym mówić na razie nie chcę, ale z biegiem miesięcy pewnie plan się uwypukli.
Załapałem się dziś na piękny wschód słońca. Szkoda, że po pracy naszło trochę niskich chmur, bo pewnie i na piękny zachód bym się też załapał.
Ps. Dziś był jeden z tych dni, kiedy nawet jadąc rowerem z wielkiej góry trzeba ostro pedałować, aby się nie zatrzymać - no w ogóle dziś noga nie podawała....
Weekend przywitał nas niesamowicie piękną pogodą, więc korzystając ze sprzyjających warunków wsiadłem na rower. W dzisiejszej przejażdżce towarzyszył mi mój tata. Jako tytuł naszej wspólnej wycieczki wpisaliśmy: "Byleby pojeździć", dlatego trasa wyglądała tak:
Po prostu jazda po okolicy, asfaltowymi, suchymi drogami. Choć nie obyło się bez krótkiego terenowego odcinka, na którym to jechać rowerem się zwyczajnie nie dało. Nie dało, ponieważ leśne drogi pokryte były prawdziwym, gładkim, wyślizganym, ubitym i twardym lodem, więc ten prawie dwu kilometrowy odcinek od Kołatki do Wronczyna pokonaliśmy pieszo, pchając rowery, co też z resztą łatwe nie było - proszę nie śmiać się z naszej dzisiejszej średniej :-))) Z ciekawostek widzianych po drodze, na uwagę zasługują: stada saren na polach, lis je tropiący, kruk dziobiący zdobycz i wielki jumbojet przelatujący tuż nad naszymi głowami - to w galerii. Poza tym przepiękna, zimowa aura, Słońce w pełnej krasie i cudownie sprawujące się rowery. Zapraszam więc do zapoznania się ze zdjęciami poniżej.
Jeśli chodzi o tytułowy bonus, to wczoraj pojeździć nie mogłem. Uczestniczyłem w corocznej gali miesięcznika Rowertuor i nasłuchałem się niesamowitych opowieści, jeszcze bardziej niesamowitych i zwariowanych ludzi - podróżników, których wyczyny zmotywowały mnie i dały wielki zastrzyk pozytywnej energii do jeżdżenia. Na gali przechadzało się wiele nietuzinkowych osobistości ze świata rowerowo - podróżniczego, ale moim głównym celem było zamienienie kilku słów z człowiekiem, który parę lat temu dokonał jak dla mnie rzeczy zasługującej na najwyższy szacunek i podziw - Jakub Rybicki, który wraz ze swoim przyjacielem przemierzył całą długość Jeziora Bajkał na dalekiej Syberii. Dokonał tego zimą, jadąc w największych mrozach (ponad -50*C), po zamarzniętej tafli i w najbardziej ekstremalnych i niesprzyjających warunkach, jakie panują na naszej planecie - zresztą polecam książkę "Po Bajkale". Udało się! Mało tego...otrzymałem wspaniałą dedykację z autografem na książce Jego autorstwa, oraz wspólne zdjęcie. Jestem szczęśliwy :-)
Pora na zdjęcia:
Sarny
w pełnym pędzie
Oblodzone, leśne drogi.
z tatą
Jezioro Wronczyńskie Duże zimową porą.
Stado saren we Wronczynie.
.........i lis je tropiący
Nad głową latał jubojet.
Kruk obserwował nas bystrym okiem.
Rozmowa z Jakubem Rybickim.
Wspaniała dedykacja i autograf :-)))))
Dziękuję za uwagę i życzę rowerowego przyszłego tygodnia wszystkim.
Jakieś beznadziejne ostatnio te moje dojazdy do pracy....nic się nie dzieje, tylko ta szarość i wilgoć. Aby więc za nudno nie było, zmieniłem dziś trasę dojazdu, na której między Kicinem, a Janikowem najpierw do pokonania mam 8% podjazd i potem 7% zjazd - fajny support przed pracą ;-)
Szkoda że nie da się sfotografować uczucia radości podczas jazdy rowerem, bo poza tym nic nie zasługiwało dziś na uwiecznienie w klatce czasu. Zwykły szary, styczniowy dzień.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017