Od początku roku dojeżdżam rowerem do pracy i jak do tej pory odczuwam więcej plusów niż minusów tej operacji. Są to co prawda krótkie dystanse, ale nie chodzi mi tutaj o nabijanie statystyk, ale zwyczajnie jazdę na rowerze samą w sobie lub jak by to nazwać - treningiem (nie cierpię tego określenia). Gdybym nie wybrał opcji rowerowej do pracy, pewnie nie jeździłbym wcale, jak to miało w większości miejsce przed rokiem. Nie jeździłbym z lenistwa po prostu, bo jazda autem też jest przecież przyjemna. Faktem jest, że pracuję w godzinach prezesowskich (8 lub 10), a do zakładu mam rzut beretem, ale odbieram to jako zachętę do kręcenia korbą i nie wykorzystanie tak sprzyjających warunków do tej pory było z mojej strony zwykłym, śmierdzącym lenistwem.
Jedynymi minusami, które uprzykrzają mi dojazd są: - czynność ubierania się w zimowy strój rowerowy, który trwa zwykle 10-15 minut dłużej niż zakładanie stroju cywilnego - pobudka jakieś 30 minut prędzej
Plusów chyba nie muszę przedstawiać?
Motywację mam na wysokim poziomie i będę starał się utrzymywać taką jak długo się da, ponieważ mam na ten rok pewien plan - marzenie, o którym mówić na razie nie chcę, ale z biegiem miesięcy pewnie plan się uwypukli.
Komentarze (7)
Aż mnie ciekawość zżera co Ty tam masz w zanadrzu w planach na ten rok :) Nie ma to tamto, ale trzeba coś konkretnego solidną ekipą zrobić w tym roku :P
Tak samo narzekałem, jak tylko zacząłem regularnie jezdzic do pracy. Ale sztuka ubioru zimowego stroju została opanowana do perfekcji, ze 5minut wcześniej wychodzę na ten rower i lecę standardową trasą z opcją na kilka fotek po drodze ;-)
moja standardowa godzinówka 9 - 17 ale czasem zdarza mi sięwybierac 8-16 po to, by móc po pracy pokręcic (zwykkle wiosną / jesienią).
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017