Dziś można było poczuć namiastkę zimy, na którą już szczerze mówiąc czekam z utęsknieniem. Przez chwilkę nawet padał śnieg z deszczem, ale byłem w tym czasie niestety w pracy. Opony mojej zimówki już proszą o drogę w białym puchu. Mam nadzieję, że nadejdzie szybko. Tymczasem dojazd do i z pracy bez plusowych kilometrów. Kendy zakupione z myślą o śniegu już proszą się o wgryzienie w śnieg - czy nie za prędko?
Rano obudził mnie świst za oknem, bo wiało całkiem mocno - w końcu nad Polską przechodził cyklon o moim imieniu i proszę wybaczcie mi, że mnie to śmieszy, ale jak można nazwać cyklon tym właśnie imieniem!? :-). No i wiało, ale wiatr nie jest mi straszny, a nawet go lubię, bo hartuje we mnie ducha, ale niestety ostro padał deszcz, który już niekoniecznie lubię i hartuje we mnie tylko złość. Nie chciałem się zbytnio złościć, więc całe niedzielne południe spędziłem na serwisie i konserwacji moich rowerów, a kiedy skończyłem, spojrzałem za okno i kiedy zauważyłem przebłyski słonecznych promieni po szybkim ogarnięciu żywieniowych spraw, siedziałem na rowerze i z uśmiechem na twarzy, wraz z tatą który mi dziś towarzyszył, stawialiśmy Grzegorzowi czoła, jeżdżąc po mokrych i błotnistych ścieżkach Puszczy Zielonki.
Na otwartym terenie może i rzeczywiście wiało, ale po wjechaniu do lasu, było zupełnie spokojnie i przyjemnie. Zawsze tak jest, kiedy wieje, a nawet pada deszcz, to las jest jest najlepszym schronieniem. Zrobiliśmy z tatą rundkę: Wierzonka - Mielno - Ludwikowo - Uroczysko Maruszka - Dziewicza Góra - Annowo - Owińska - Mielno - Wierzonka i starczyło na dziś. Cyklon Grzegorz to nie żarty
Wieczorem w lesie jest wspaniale. Jest cisza, jest spokój, jest tajemnica i pozytywny klimat. Ciągnie mnie tam bardzo, dlatego dziś zrobiłem sobie przejażdżkę pośród drzew w zupełnej ciemności. Można by pomyśleć, że jestem jakimś świrem, bo jeżdżę w środku Puszczy Zielonki po ciemku rowerem i nie boję się niczego. Jednak ja mam takie małe marzenie, aby spotkać na żywo naszego europejskiego króla lasów - wilka. A krążą słuchy i widy, że pojawiły się one w moim ukochanym lesie. Jestem cierpliwy i pełen nadziei, że w końcu uda mi się go spotkać.
Wyjechałem sobie przed zachodem słońca (którego dziś widać nie było) do lasu. Z początku, póki coś widziałem, krążyłem po lesie i było fajnie. Potem, kiedy zrobiło się ciemno, nadal krążyłem po lesie i było jeszcze lepiej....Załadowałem nowe baterie do lampki i miałem niezły ubaw jadąc pośrodku lasu. Byłem tylko ja, mój rower, ciemność, padający deszcz i struga światła przede mną - polecam :-)))
bruk na drodze Annowo - Owińska
przy pomnikowej sośnie w Annowie
Na dobranoc proponuję posłuchać nieco drum and bass'u
Tematem przewodnim tej wycieczki po Parku Krajobrazowym Puszcza Zielonka był jesienny relaks w lesie. Plan pojeżdżenia po usłanych liśćmi, leśnych ścieżkach wypalił w 100%. Jak to zwykle bywa miałem spotkanie z przyjaznymi w tych okolicach danielami, które nieraz przeskakiwały mi drogę. Ogólnie wycieczka bardzo przyjemna i zażyłem trochę jesieni - takiej jaką lubię najbardziej.
Nie obyło się jednak bez jednego incydentu, kiedy zacząłem świrować na ubitej, leśnej drodze, skręcając kierownicą z lewej na prawą i z prawej na lewą. Jadąc tak wężykiem, oglądałem się za siebie, na pozostawiany przez opony, wyryty ślad w ubitej nawierzchni. Kiedy to raz opona natrafiła na jakiś wystający i śliski kamień. Nawet nie wiem kiedy, a ruchem jednostajnie opadającym rozłączyłem się się z rowerem, gorąco przytulając glebę. Upadek nie był bolesny, ale spadłem akurat w pokrzywy, czego skutki odczuwam jeszcze dziś. Ta gleba jest potwierdzeniem tezy, że w Puszczy Zielonce jedynym zagrożeniem dla człowieka jest on sam.
Kilka jesiennych widoczków: W Puszczy Zielonce nigdy nie czuje się sam. Daniel w spogląda zza krzaka.
Ludwikowo - Czernice
w drodze do Pławna
ślad poślizgu przedniego koła i miejsce upadku
W Rakowni orka na 2 ciągniki - tyle wody jest na polach.
Odpoczynek na skraju Puszczy Zielonki w Rakowni.
jazda dąbrową z Rakowni do Zielonki
grzybki
W Stęszewku miałem towarzystwo rodzimego gatunku drapieżnego. Kabanos mu smakował, ale miałem wrażenie, że zjadłby nawet mój rower i mnie razem z nim - taki był głodny.
Do pracy standard najszybszą, terenową ścieżką przez las w okolicy Wierzenica - Mechowo. Po powrocie zająłem się serwisem Piotrasa Centuriona. Sterczeliśmy przy wymianie linki i regulacji tylnej przerzutki całkiem długą chwilę - za długą. Potem, kiedy po wielu próbach przerzutka wrzucała biegi nie po naszej myśli, a po swojej (ona żyje) do naszych, a bardziej do mojej bańki wdarła się frustracja, niemoc i rozgoryczenie.....musiałem Piotrasa przeprosić i zostawiłem Jego rower na jutro. Jednak zmotywowany porażką, uniosłem się ambicją i mimo późnej pory i nadszarpniętej reputacji, postanowiłem wrócić do tej feralnej regulacji, z tą różnicą że do warsztatu wziąłem sprezentowane przez Piotrasa pyszne piwo. Po kilku rzęsistych łykach przerzutka zaczęła współpracować i po chwili z uśmiechem na twarzy delektowałem się jazdą na Centurionie z płynnie wskakującymi i spadającymi biegami - ech kamień z serca mi spadł, kiedy opróżniłem butelkę Fortuny Czarnej, a rower stał już gotowy do jazdy - szkoda tylko, że Piotras zdążył już wrócić do domu autem.... Jaki z tego morał? Puentę zostawię Wam... Tak biegi pracują :-)
Dziś wyjechałem do pracy nieco wcześniej, stąd trasa przez lotnisko w Ligowcu. Po pracy wizyta w sklepie rowerowym, w którym zawsze dostanę to czego potrzebuję - Fogt Bikes. Nie żebym robił jakąś reklamę, ale polecam ten sklep. Do koszyka wrzuciłem dziś wkład suportu i linkę do przerzutki - będę miał małą robótkę :-)
Ligowiec
Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam nowe szpeje do roweru. Tutaj akurat lśniący nowością wkład suportu do roweru Ani, ale ciesze się nim jak dziecko. Już nie mogę się doczekać, aż zamontuję go w Ani Krossie.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017