Rano obudził mnie świst za oknem, bo wiało całkiem mocno - w końcu nad Polską przechodził cyklon o moim imieniu i proszę wybaczcie mi, że mnie to śmieszy, ale jak można nazwać cyklon tym właśnie imieniem!? :-). No i wiało, ale wiatr nie jest mi straszny, a nawet go lubię, bo hartuje we mnie ducha, ale niestety ostro padał deszcz, który już niekoniecznie lubię i hartuje we mnie tylko złość. Nie chciałem się zbytnio złościć, więc całe niedzielne południe spędziłem na serwisie i konserwacji moich rowerów, a kiedy skończyłem, spojrzałem za okno i kiedy zauważyłem przebłyski słonecznych promieni po szybkim ogarnięciu żywieniowych spraw, siedziałem na rowerze i z uśmiechem na twarzy, wraz z tatą który mi dziś towarzyszył, stawialiśmy Grzegorzowi czoła, jeżdżąc po mokrych i błotnistych ścieżkach Puszczy Zielonki.
Na otwartym terenie może i rzeczywiście wiało, ale po wjechaniu do lasu, było zupełnie spokojnie i przyjemnie. Zawsze tak jest, kiedy wieje, a nawet pada deszcz, to las jest jest najlepszym schronieniem. Zrobiliśmy z tatą rundkę: Wierzonka - Mielno - Ludwikowo - Uroczysko Maruszka - Dziewicza Góra - Annowo - Owińska - Mielno - Wierzonka i starczyło na dziś. Cyklon Grzegorz to nie żarty
w lesie już całkiem spokojnie
takie drogi uwielbiam jesienią
Młody danielek z mamą
Komentarze (5)
Grzegorz Grzegorza nigdy nie skrzywdzi :). Oni trzymają ze sobą sztamę :)
strus - Otóż miedzy kałużami jest wąski pasek lądu, usłany liśćmi :-) Ps. jedyne co może być męczące, to mycie roweru po takiej jeździe - ja dziś myłem go dwa razy, przed i po jeździe.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017