Czas spędzony dziś na rowerze przebiegał w trudnych warunkach atmosferycznych, takich jak niska temperatura ok. 1*C, wiatr w twarz oraz konsekwentna mżawka. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ mogliśmy przetestować dziś nasze nowo zakupione obuwie do jazdy w mrozie. Z doświadczenia wiem, że żadne ocieplacze, bądź ochraniacze w mrozie nie zdają egzaminu, no chyba że kogoś stać na pewne zimowe buty spd za kilka grubych baniek. My zmieściliśmy się w 2 bańkach za parę. Choć mrozu nie było, to myślę że nasze buty będą spisywać się doskonale w temperaturach < 0*C ponieważ zarówno mnie jak i Ani, w palce stóp było cieplutko.
Trasa przebiegała po asfaltowo - leśno - polnych drogach w gminach: Pobiedziska, Czerniejewo i Łubowo. Niesamowita szarość dziś doskwierała naszym oczom - taki książkowy listopad, czyli zimno, wietrznie, drzewa prawie bez liści, mokro, mgliście, bezludnie no i ta mżawka.
Polno - leśny wyjazd obrzeżami PK Puszcza Zielonka oraz w jego sercu. Kiedy wyjeżdżaliśmy na termometrze było 0*C, potem temperatura w słońcu wzrosła do ok. 3,5*C co znaczy że było naprawdę rześko :-)))
Dziś sobota - to był zupełny relaks i bez ram czasowych mogliśmy pokręcić gdzie i jak chcieliśmy. Choć było zimno, to ubraliśmy się w miarę odpowiednio, co dawało komfort termiczny. Te 5 dyszek w zupełności nas zadowoliło.
Nie będę się rozpisywał, proszę oto trasa:
a oto ździsie: jabłoń w Łagiewnikach
polna droga Krześlice - Łagiewniki
polne wzniesienie terenu w Turostowie 125 m n.p.m.
Dziś rano, kiedy wyjeżdżałem do pracy, było tak pięknie, że szkoda było schodzić z maszyny po dojeździe do tyry. Słońce świeciło, na trawie iskrzył mróz, a jeziora parowały. Wystarczyło się tylko odpowiednio ubrać i jazda była wielką przyjemnością. Sytuacja zmieniła się gdy pracę zakończyłem i wsiadłem na rower w drogę powrotną. Wiało od wschodu na zachód, więc do Pobiedzisk z Poznania jakbym nie jechał, to zawsze miałem pod wiatr. W dodatku obrałem kurs drogą okrężną, ale ja lubię takie wyzwania - dałem radę i ze spokojem dojechałem do domu. Jedyne co mnie zdziwiło, to marznące palce stóp - oj zaczyna robić się ciekawie :-)
Dziś mimo, że nadal ponuro to jakoś tak przyjemniej się jechało, w porównaniu do dnia wczorajszego. W drodze do pracy wskoczyłem na chwilkę do lasu, a z powrotem już nocą, wracałem okrężną drogą. Noga nadal podaje.
Czasem i ja wsiadam na rower tylko dla treningu. Dziś nie dało się zrobić wycieczki za dnia, więc wsiadłem wieczorem i kręciłem kółka po Pobiedziskach, aż mi się znudziło. Nie mógłbym tak jeździć rowerem, patrząc tylko na przednie koło i licznik - zabiłoby to we mnie całą przyjemność z jazdy, bo na rowerze lubię najbardziej to co dzieje się dookoła roweru, a nie sam rower. Ale raz na jakiś czas mogę tak pokręcić, tak dla odskoczni od wycieczek.
Noga podaje to jazdaaaa! Od rana z Anią po gminach: Pobiedziska, Łubowo, Kłecko, Kiszkowo. A pod wieczór sam po gminach: Pobiedziska, Swarzędz. Coś mi rano w rowerze stukało, więc wziąłem narzędzia w ruch i okazało się, że miałem ramię korby niedokręcone - problem zażegnany. Coś mi ostatnio zdrowie dopisuje, a moc w nogach jak nigdy w tym roku.
W Komorowie (gm.Łubowo) miałem okazję obserwować próbę ataku kota domowego na wróbla. Akcja działa się pod krzakiem, gdzie zaczajony drapieżca szczerzył kły na droczącego się z nim wróbla - niestety wróbel zdążył.
Taka trasa:
Kilka ździsiów: Budynek porośnięty bluszczem w Pobiedziskach.
Ania w eskorcie wojów z Dziekanowic.
drapieżca
drapieżca i jego ofiara
Wyszło dobre 8 dyszek dziś. Mogłem jechać więcej, ale Ania w domu czekała i zboczyłem do niej :-)))
Wykorzystałem z Anią wspaniałe warunki pogodowe i pojechaliśmy na asfaltową wycieczkę do Kórnika. Z Pobiedzisk do celu jechaliśmy w słońcu i pod delikatny wietrzyk, który wcale nie przeszkadzał, a z Kórnika mieliśmy kilkadziesiąt kilometrów z wiatrem, więc nie mogło skończyć się innym wynikiem jak 100km + Co warto zaznaczyć, to jechało nam się dziś tak lekko, że byliśmy niedosyceni podjeżdżając do domu, gdyż w ten dzień mogliśmy zrobić i ze sto pięćdziesiąt km bez większego zmęczenia. Nie wiem, czy to wina dobrych wiatrów, czy naszego nastawienia, ale faktem jest, ze wczorajsze 7 dyszek w terenie Puszczy Zielonki dało nam 3x bardziej w kość, niż dzisiejsze lesserskie kręcenie po asfalciku. Ale żeby nie było, to jesteśmy bardzo zadowoleni z dzisiejszego wyniku, bo nie pamiętam kiedy ostatnio w listopadzie setkę przejechaliśmy. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Środę Wielkopolską, która mnie osobiście urzeka swoim klimatem i lubię tam gościć co jakiś czas.
tak wyglądała trasa:
A tutaj proszę sobie pooglądać namiastkę tego, co my widzieliśmy: Na kostrzyńskim Ratuszu podoba mi się wyszczególnienie wszystkich miejscowości należących do gminy.
W Trzeku zaskoczony zostaję widokiem tego oto dworku.
Dziś pogoda sprzyjała rowerzystom. Mijaliśmy wiele rajdów i grup na rowerach.
Rynek w Kórniku
Zamek w Kórniku
Przejazd kolejowy w Pierzchnie.
Czasem i takimi drogami jechaliśmy. Kromolice - Januszewo.
Stado jeleni szlachetnych przebiegło nam drogę w Januszewie. Szkoda że były tak daleko.
Kościół w Januszewie zadziwił nas swoją architekturą. Moim zdaniem wygląda jak hydrofornia, albo oczyszczalnia ścieków.
Jak już jestem w Środzie Wlkp. to widok na kolegiatę jest obowiązkiem :-) Piękna budowla.
Zachód słońca mieliśmy dziś wyśmienity.
Po zachodzie, wszystko zrobiło się purpurowe, szczególnie niebo.
Jutro ostatni dzień wolnego, więc trzeba będzie zrobić pierwszą 2 setkę w tym roku. Żartuję...
Ponad tydzień nie jeździłem z Anią, więc dziś nie mogło być wycieczki bez niej. Pojechaliśmy do Parku Krajobrazowego Puszcza Zielonka, nasycić się jazdą terenową, wśród przepięknych okoliczności przyrody. Pogoda nam dziś sprzyjała, pomimo mgły unoszącej się cały dzień, słońce czasami przebijało się przez mleczną otoczkę, dając listopadowe uczucie ciepła.
oto ślad naszej terenowej eskapady:
Na początku, co widać na mapce udaliśmy się najszybszym wariantem do Jerzyna, gdzie zaczyna się las. Tam już wjechaliśmy na drogi nieutwardzone, którymi objechaliśmy prawie całą Puszczę Zielonkę. W Tucznie przywitała nas rodzina danieli, którym zrobiliśmy zdjęcie. droga Kołatka - Tuczno
daniele w Tucznie
Jadąc w Kierunki Zielonki, odbijamy na Głęboczek skąd już blisko do pięknej ścieżki przy brzegu Jeziora Leśnego. Jedzie się tam w dół jeziora, ścieżką otoczoną pagórkami, powstałymi na wskutek cofania się lądolodu. Po zjeździe do poziomu jeziora, czekał nas potem hardkorowy podjazd, który pokonać da się tylko z buta, ponieważ nachylenie terenu na moje oko na tym kilkusetmetrowym odcinku wynosi ok. 20-30%. po mokrych liściach. Teren nieopodal Jeziora Leśnego.
Jezioro Leśne
nasze zimówki
Ania pcha bike machinę do góry.
Ja też lekko nie mam i pcham swój rower do góry. Zdjęcie spłaszcza perspektywę, ale ten podjazd jest naprawdę hardkorowy i idę o zakład, że żaden rowerzysta tu nie podjedzie bez podpórki, czy też bez innej pomocy.
Kolejnym punktem naszej wycieczki było Jezioro Worowskie. Nieduży zbiornik, który znany jest tylko nielicznym. Bardzo ładne miejsce do odpoczynku i podziwiania piękna przyrody. Ania była tutaj pierwszy raz i chyba się jej podobało, szczególnie wierzba tuż przy brzegu, obgryziona przez bobry. Jezioro Worowskie
Wierzba nadgryziona przez bobra.
wierzba w szczegółach
Potem już jechaliśmy przez m.in. Murowaną Goślinę, Trzaskowo, Potasze do Dębogóry, gdzie wyjechaliśmy z Puszczy Zielonki. Drogę do Pobiedzisk zaplanowaliśmy tak, aby dobić dziś do 7 dyszek, co mnie osobiście zdziwiło, bo nie spodziewałem się takiego dystansu. Ania zresztą wykazywała dziś podobną dyspozycję do mojej i nawet śladu grymasu na jej twarzy nie zauważyłem - twarda zawodniczka :-) droga Murowana Goślina - Trzaskowo
Na koniec już w Pobiedziskach podjechaliśmy pod nowo wybudowany wiadukt kolejowy przy ul. Poznańskiej. A tutaj nasz okoliczny artysta - malarz kończył właśnie swoje dzieło na jednej ze ścian wiaduktu. Dzieło dekoracyjne malarstwa ściennego z okazji 100 lecia rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego moim zdaniem prezentuje wysoki poziom. Malowidło pod wiaduktem w Pobiedziskach.
Cały dzień na rowerze, czyli czas spędzony prawidłowo. Na dziś nogi mamy zaspokojone.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017