Pół dnia serwisowałem Wojtasa GT. Najpierw amor, potem korba i suport i potem takie tam drobnostki, dlatego pod wieczór był króciutki wyjazd sprawdzający.
Podchwyciłem pomysł kolegi matswaj ze Swarzędza, który ostatnio wstawił na swojego bloga zdjęcie z ładną ścieżką rowerową wzdłuż Pradoliny Rzeki Cybiny nieopodal Swarzędza i tak mnie to zainspirowało, że postanowiłem odwiedzić te miejsce. Ostatnio byłem tam może rok temu i ścieżki tej nie było, a dziś proszę bardzo jak pięknie została usypana szutrowa, szeroka droga, tylko dla pieszych i rowerzystów. Ścieżka prowadzi tuż przy krawędzi doliny i widoki z niej są na prawdę piękne na rozlewiska i tereny bagienne Rzeki Cybiny. Są nawet specjalne miejsca do odpoczynku na drewnianych ławkach, oraz taras z widokiem na rozlewisko w dolinie. Wiem, że na terenach tych występuje mnóstwo chronionych zwierząt różnych gatunków, oraz rzadkich roślin. Polecam odwiedzenie tego urokliwego miejsca wszystkim, którzy lubią piękne widoki, oraz dziką naturę. Szkoda tylko, że ścieżka jest krótka, ale i tak brawa dla pomysłodawców i wykonawców tego super przedsięwzięcia.
Po przejechaniu ścieżki, pokierowałem się w stronę wsi Uzarzewo, aby stamtąd rypnąć się nad moje ulubione Jezioro Kowalskie nacieszyć się ładnym krajobrazem zachodzącego Słońca. No i potem pora wracać polno - asfaltowymi drogami do domu. Najpierw Pradolina Rzeki Cybiny:
Po umyciu i zakonserwowaniu ojca Felta, postanowiłem rypnąc się nim po asfalcie w celu doglądnięcia czy, aby wszystko chodzi jak przed wczorajszą burzą...Jest dobrze :-)
Dziś przeżyłem mega stres jadąc w zupełnej ciemności, w deszczu i między trzaskającymi piorunami 50km. pod wiatr. Zdarzyło mi się to podczas powrotu z przedwieczornej wycieczki do Kłecka, gdzie ta wielka burza miała chyba swoje epicentrum. Już gdy dojeżdżałem do Kłecka na niebie zaczęło dziać się coś niepokojącego i wiedziałem, że zaraz coś lujnie. Z początku sądziłem, że idzie to troszkę z boku i nawet puściłem się w drogę powrotną. Niestety wyjeżdżając z miasteczka napatoczyłem się na ogromny wir pędzących kawałków drzew, piachu z pól, słomy i innych niebezpiecznych rzeczy. Na moje oko to było coś w rodzaju trąby powietrznej, ponieważ jeszcze przed szybkim odwrotem, spojrzałem widząc jak ten wielki tuman przechodzi przez drogę, niosąc ze sobą te wszystkie śmieci. Nawet jechać nie mogłem, ze względu na straszny wicher. Ale musiałem uciec i schronić się pod jakąś wiatą, która okazała się być dość mocna. Przeczekałem tam ok. godziny, kiedy ulewa ustała i widząc, że robi się ciemno postanowiłem ruszyć do domu, który znajdował się ok.50km dalej :-( Jechałem w deszczu przez wiele wsi, gdzie drogi zawalone były gałęziami, liśmi i innymi rzeczami. Gdzieniegdzie wiatr powalił drzewa wprost na jezdnię, dlatego musiałem omijać je idąc przez pole. Na niebie do samego domu towarzyszył mi siąpiący deszcz i niesamowite pajęczyny piorunów, co wywoływało u mnie dreszcze. Zapierdalałem ile sił w tej aurze i jak dojechałem do domu to prądu nie było i ojciec nie zauważył na szczęście jak ujebałem mu świeżutko co wyczyszczony przez niego rower :-) To był hardcorowy wypad i wolałbym żeby się już taki nie powtórzył.
Oto trasa: #lat=52.558501100659&lng=17.26114&zoom=11&maptype=terrain
Kolejny zajebisty i w sumie nawet spontaniczny wypad z ziomalami: Piotrasem oraz Sebą. Jak zwykle z powyższymi menami jazda w normalnym tempie graniczy z cudem, ze względu na ciągłe tracenie siły na otwieranie gęby i mrużenie oczu, co zwykle zwie się śmiechem!!! Przecież ja kurwa siły jechać nie miałem przez tych imbecylów :-O Ale ja to lubię ma maxa i chcę więcej...
Kręciliśmy więc bez większych planów, ale konsekwentnie zbliżając się lasami i polami do Czerniejewa, w którym zrobiliśmy sobie postój aby zeżreć smakową piccę z maszromami, twarogiem i czostkiem.
Było wszystko: błądzenie po lasach, gruba capriciosa, łzy ze śmiechu, spory dystans, dużo wychlanej koli, drzewa, piach, fajna i napalona panienka, awaria sprzętu, wąskie asfalciki - ajajaj mógłbym tak wymieniać do zesrania się na rzadź!!! No nie powiem, ale z tymi fiutami jeździ mi się mega dobrze i mam gdzieś te wszystkie średnie, skoro atmosfera jest bez kitu najlepsza! Przepraszam za te wulgaryzmy i błędy w pisowni przy okazji, ale dziś chciałem dodać taki penerski wpis, żeby się wszystkim pory trzęsły ze strachu wchodząc na mego bloga ;-)
Dzisiejszy poranny wypad do Gniezna potraktowałem jako trening wytrzymałościowy. Z tego względu praktycznie nie wyciągałem aparatu z kieszeni... Jechałem oczywiście okrężnymi drogami i do Gniezna miałem lekko z wiatrem, a podczas powrotu wiatr centralnie wiał mi w twarz czołowo! Powrót był ciężki szczerze mówiąc, ale przydrożny darmowy bufet (jabłka i śliwki) dodał mi sił i jakoś tak kręciłem żwawiej. Dodam jeszcze, że nadal śmigam Wojtasa GT, którym jeździ mi się dobrze, ale nie aż tak jak na moim felciaku :-) No i średnia wyszła w miarę...(szosowcy nie śmiać się!)
W Gnieźnie na rynku odwiedzić można super wystawę 3D, do której obejrzenia niezbędne są okulary 3D, które dostaje się na miejscu. Ja osobiście byłem pod wrażeniem dokładności tych fotografii i zachęcam wszystkich do odwiedzin tej galerii na gnieźnieńskim rynku. Więcej informacji na temat znajdziecie TUTAJ
Dziś zająłem się konserwacją brata GT i przy okazji zaproponowałem mu zmianę pozycji za kierownicą, odsuwając siodełko i kierownicę, co zmusza do nieco bardziej wydłużonej pozycji na rowerze, a nie tak jak uprzednio kiedy wszystko było za blisko i się Wojtas garbił ja pałąk. No i w związku z tym po robocie, namówiłem go żeby sobie przetestował maszynkę, przejeżdżając się ze mną po okolicy. Wszystko mu pasuje i powiem szczerze, że teraz jeździ się na lawinie o niebo lepiej :-)
Jeśli chodzi o wrażenia z dzisiejszego wypadu, to szału nie ma - mam chwilowy spadek formy i szybko się męczę niestety, mimo tego nawet że jechałem ojca Feltem z cienkimi oponkami. :-S Ale to co, bo ładnie Słońce nam wyszło i na polach żniwa pełną gębą wszędzie, a to nie daje jeszcze zapomnieć o lecie, które trwa nadal :-)))
Sporo dziś wiejskich zwierzaków widziałem po drodze np: kury, konie, psy, a nawet jednego bizona :-) Pogoda nie najgorsza, bo nie padało, ale za to Słońce szczelnie chowało się za chmurami. Ps. wycieczki powyżej 30km. w zwykłym stroju jaki miałem na sobie, czyli w krótkich spodenkach z bawełny oraz t-shirt dają spory dyskomfort jazdy, nawet podczas wolnej jazdy...
Kolejny raz wybrałem się zupełnie bez planu, pojeździć sobie tak dla przyjemności po okolicznych wioskach i po raz kolejny brata GT woził mi dupsko, jako że Felt czeka na nową tylną piastę. No i właśnie miałbym małe pytanie koledzy rowerzyści w tym temacie: Piasta musi być w systemie Center Lock, poprzednia piasta Shimano miała oznaczenie FH-RM65 (Alivio) wytrzymała mi ok.15 tys.km. i zastanawiam się nad dwoma modelami firmy Shimano. Deore czy SLX, aby nie były gorsze od poprzedniczki? W moim sklepie róźnica cenowa jest tylko 10zł między nimi. Jeśli ktoś miał do czynienia lub wie coś na temat tych piast to ładnie poprosiłbym o radę i pomoc przy wyborze.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017