Dziś przeżyłem mega stres jadąc w zupełnej ciemności, w deszczu i między trzaskającymi piorunami 50km. pod wiatr. Zdarzyło mi się to podczas powrotu z przedwieczornej wycieczki do Kłecka, gdzie ta wielka burza miała chyba swoje epicentrum. Już gdy dojeżdżałem do Kłecka na niebie zaczęło dziać się coś niepokojącego i wiedziałem, że zaraz coś lujnie. Z początku sądziłem, że idzie to troszkę z boku i nawet puściłem się w drogę powrotną. Niestety wyjeżdżając z miasteczka napatoczyłem się na ogromny wir pędzących kawałków drzew, piachu z pól, słomy i innych niebezpiecznych rzeczy. Na moje oko to było coś w rodzaju trąby powietrznej, ponieważ jeszcze przed szybkim odwrotem, spojrzałem widząc jak ten wielki tuman przechodzi przez drogę, niosąc ze sobą te wszystkie śmieci. Nawet jechać nie mogłem, ze względu na straszny wicher. Ale musiałem uciec i schronić się pod jakąś wiatą, która okazała się być dość mocna. Przeczekałem tam ok. godziny, kiedy ulewa ustała i widząc, że robi się ciemno postanowiłem ruszyć do domu, który znajdował się ok.50km dalej :-( Jechałem w deszczu przez wiele wsi, gdzie drogi zawalone były gałęziami, liśmi i innymi rzeczami. Gdzieniegdzie wiatr powalił drzewa wprost na jezdnię, dlatego musiałem omijać je idąc przez pole. Na niebie do samego domu towarzyszył mi siąpiący deszcz i niesamowite pajęczyny piorunów, co wywoływało u mnie dreszcze. Zapierdalałem ile sił w tej aurze i jak dojechałem do domu to prądu nie było i ojciec nie zauważył na szczęście jak ujebałem mu świeżutko co wyczyszczony przez niego rower :-) To był hardcorowy wypad i wolałbym żeby się już taki nie powtórzył.
Oto trasa: #lat=52.558501100659&lng=17.26114&zoom=11&maptype=terrain
No nieźle i jak to się mówi, byłeś w czarnej d.... dobrze, że cały i zdrowy dojechałeś do domu :)) ja przejeżdżałam przez tereny Borów Tucholskich, które dotknęła trąba powietrzna..widok niesamowity, aż ciarki mnie przeszły...
My z Hermanem siedzieliśmy godzinę w garażu bo nas akurat dopadła ulewa jak go porządkowaliśmy, błyskawice faktycznie były inne niż zawsze, podczas 2 km przede mną trzaskało z 5 razy, po drodze odwalaliśmy tez kilka gałęzi i niektóre spore były nawet :p
Ale zafundowałeś sobie niezłą dawkę adrenaliny! W moich okolicach też przeszła burza, ale na szczęście obyło się bez zniszczeń. Ja akurat wracałem z grzybobrania i przed samym domem dopadły mnie silniejsze podmuchy wiatru i ulewa...
Trzeba przyznać że miałeś bardzo hardcorowy wyjazd, chociaż w okolicach Kłecka wczoraj nie było jeszcze tak źle - bardziej oberwało Niechanowo. Tam to wiatr przestawiał na polach te duże baloty słomy. Burza też nie była najgorsza bo pioruny szły głównie od chmury do chmury - piękne pajęczynki się robiły. Najniebezpieczniejsze wczoraj mogły dla Ciebie być pozrywane linie elektroenergetyczne. Gdyby nie te przeszkody w postaci drzew to pewnie być średnią ponad 30 km/h wykręcił.
Kilka tygodni temu ,też uciekaliśmy przed straszną burzą. Przez 30 km średnia nie spadała poniżej trzydziestki. W tym roku miałem tak dwa razy. Z burzami nie ma żartów. Graba za efektowne fotki:))
ale jajca , no te pioruny super uchwyciłeś :D:D:D:D:D:D. Nie ma to jak strach który napędza rower heheheheh sam tez rok temu Spier.... przed burzą w Częstochowie hahahaha masakra. POozdro
Ciekawa relacja, pioruny biły daleko? Rower raczej nie chroni przed nimi, o ile nawet nie pogarsza sytuacji więc faktycznie lepiej żeby tego nie przezywać drugi raz!
Bryyyy. Ja z babami moimi siedziałyśmy pod kołdrą i podziwiałyśmy błyski. Za nic nie chciałbym być wtedy na wycieczce rowerowej. Dobrze, że znalazłeś stabilne schronienie i nic się Tobie nie stało bo kto by nas rozbawiał i pokazywał piękno okolic ;)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017