Dawno nie byłem rowerem w Poznaniu. Interesowało mnie przede wszystkim zobaczenie postępu w budowie nowego dworca głównego. A tak poza tym pojeździłem sobie po mieście, które ostatnimi czasy dostało wizualnie niezłego kopa na przód. Na początku była rundka wokół Malty, gdzie właśnie odbywają się mistrzostwa świata w kajak polo, potem strzałka na centrum, gdzie oczywiście tłok, światła, przebudowy, hałas itd :-S Dobrze, że Słońce świeciło, bo zdjęcia mogłem dobre porobić :-)
Dzisiaj połączyłem przyjemne z pożytecznym i wybrałem się rowerem do dziewczyny :-) Niestety aparatu nie wziąłem, ale dodam zdjęcie z mojego archiwum kiedy miałem 11 lat i szalałem na rowerze bez opon :-) a obok stoi 9 letni Wojtas na swoim Romecie Salto ;-)))
Dzisiejszego dnia wykorzystaliśmy z tatą ładną pogodę i pojechaliśmy gdzieś przed siebie. Z początku plany były jechać troszkę bliżej.... np. do Neklii, ale z upływem km. na niebie nadal ładnie Słońce świeciło, dlatego skorygowaliśmy nieco trasę, dojeżdżając w finale do pięknej Wrześni. Ostatnio we Wrześni byłem ponad rok temu i zapamiętałem to miasto z jak najlepszej strony, szczególnie centrum miasta, które jest na prawdę bardzo zadbane i warte odwiedzenia. Tym razem zaprowadziłem tam tatę, który już po kilku depnięciach po mieście dołączył się do pozytywnych opinii na temat tego miejsca. Po zwiedzeniu Wrześni, udaliśmy się w drogę powrotną mijając Neklę, elektrownie wiatrowe w Stroszkach, Kostrzyn Wlkp.
Ogólnie to jechało się dziś całkiem fajnie, wiatr nie był za duży, Słońce praktycznie cały czas świeciło, temperatura komfortowa i w towarzystwie ojca dobrze się jeździ m.in. dlatego że zawsze mam snickersy za darmo ;-)))
Lekki niedosyt był i po zachodzie Słońca wybrałem się po okolicy, bocznymi asfaltami, na których nawet światła włączać nie musiałem, gdyż Księżyc ładnie świecąc w pełni oświetlał mi nieźle drogę. Po przyjeździe do domu, wziąłem taty aparat z zoomem 15x i udało mi się uwiecznić dzisiejszy Księżyc na zdjęciu. Trochę mały, ale jak na odległość prawie 400 000km. to fajnie go widać:
Plany rowerowe na dzisiejszy dzień były zupełnie inne, ale ze względu na koło Felta, które jeszcze leży w serwisie musiałem zrezygnować dziś z ambitniejszych wypraw. Ale nie ma tego złego i popołudniu wybrałem się na brata rowerze w towarzystwie taty, aby pojeździć troszkę na spokojnie po terenach Lednickiego Parku Krajobrazowego. Dodatkowo pojechaliśmy zobaczyć jeszcze drogi przy nowo wybudowanej drodze S5. Mimo dużego zachmurzenia na niebie, temperatura była wysoka i jechało się całkiem przyjemnie.
Pomyśleć że zarówno ja, jak i rower na którym przejechałem się krótko do wsi Jerzykowo nad Jezioro Kowalskie, znajdującym się na Planecie Ziemia, która również tak jak ja i rower wzięliśmy swój początek od pyłu z pierwiastkami "życia" po jakiejś supernowej, kończącej swój żywot niewyobrażalnie ogromną implozją wiele miliardów lat temu w bezkresnym wszechświecie...
Tak żeby mięśnie nie stygły, zrobiłem kółko lesserskim wręcz tempem, zahaczając o Pobiedziska :-) Bardzo ciepło wieczorem, dlatego jechało się przyjemnie. Dodatkowo przejazd umiliła garść pysznych truskawek, rosnących tuż przy drodze.
Dziś miałem w zamiarze zrobić sobie ostry trening asfaltem i tak też uczyniłem. Za cel obrałem miasto Rogoźno w powiecie obornickim, a to z tego względu, że tam jeszcze nigdy nie byłem, a dystans do tego miasta wynosił około 50km, co było ważne gdyż trening miał w celu uzyskanie dobrej średniej tzn. powyżej 25km/h na odcinku 100km. No co? Nie samymi wycieczkami człowiek żyje :-)
Praktycznie cały dystans przejechałem tylko z jedną przerwą na snickersa na ławeczce w Rogoźnie. Resztę drogi cisnąłem asfaltem, kręcąc korbą w równym dość szybkim jak na MTB tempie, a większość zdjęć zrobiłem z siodełka podczas jazdy (żeby czasu nie tracić)
Niestety tak jak wczoraj i dziś wiatr nieźle mnie wychłostał, szczególnie podczas powrotu jak zwykle :-S Na drodze z Murowanej Gośliny do Rogoźna teren był troszkę bardziej pofałdowany co urozmaiciło mi trening. Nieźle się spociłem cisnąc tak tę setkę. Ale cel osiągnięty no i Rogoźno okazało się być całkiem ładnym miasteczkiem, położonym przy ciekawym Jeziorze Rogoźno. Dodam jeszcze, że pogoda była dziś równie piękna jak wczoraj - nic tylko śmigać.
Oto trasa z Wierzonki do Rogoźna i powrót praktycznie tą samą drogą z lekkimi zmianami:
Dziś chciałem objechać Puszczę Zielonka asfaltem, dlatego trasa wyglądała mniej więcej tak jak na mapce poniżej, z tym wyjątkiem że nie została jeszcze wprowadzona nowa obwodnica Murowanej Gośliny, którą jechałem i dlatego kilka km. się połknęło na mapce. Ale to taki szczególik... #lat=52.566941371778&lng=17.138655000001&zoom=11&maptype=terrain
Pogodę miałem dziś wprost piękną, od rana Słońce grzało, a powietrze ładnie falowało od gorąca. Jedyne co dało się odczuć, to oczywiście niemiłosierny wiatr w gębę podczas powrotu, który wywiał ze mnie sporo sił.
A teraz przejdę do tytułowego gwoździa dzisiejszego wypadu, a mianowicie do nietypowej, aczkolwiek bardzo miłej sytuacji jaka mnie spotkała. Jadąc drogą ze Skoków, we wsi Antoniewo zauważyłem na polu kombajn młócący zborze. Postanowiłem swoim zwyczajem zatrzymać się i cyknąć mu fotkę. Wszedłem w tym celu lekko na pole i już zamierzałem się ze zrobieniem fotki, kiedy ze swojej prawej strony doszło do mnie donośne pytanie: "dokąd jedziesz"? A po chwili drugie zdanie: "Chodź tu na chwilkę, zobaczymy rower" no to podszedłem i tak poznałem mega życzliwych gości z jakże odległego mi Starego Sącza w górach, którzy przyjechali pracować na płaszczyznach przy żniwach. Janusz i Jacek to najprawdziwsi, gościnni Polacy, tacy prawdziwi Górale, którzy bez chwili zwłoki poczęstowali mnie przepysznym sandaczem, własnej roboty, biegnąc po niego do pobliskiego domu! Ta ryba była zajebista na maxa i dodała mi energii na dalszą drogę. Oprócz tego proponowali mi kawę i napełnienie bidonu wodą, oraz przejażdżkę kombajnem :-))) Pogadaliśmy trochę o życiu, rowerach, nartach i takich tam sprawach i na koniec zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Podałem Im adres mojego bloga, więc może zobaczą ten wpis po skończonej robocie :-)Potem z uśmiechem na twarzy trzeba było się rozjechać. Co za życzliwi goście!!! Dzięki za pysznego sandacza Janusz i Jacek - trzymajcie się zdrowo.
Potem jechałem już pod wiatr, który bardzo mnie wymęczył, ale po drodze mijałem wiele ciekawych miejsc, a jakich to zobaczycie na zdjęciach.
Po weekendzie pełnym nierowerowych wrażeń, czas było troszkę pojeździć. W zamiarze miałem zrobić sobie taką szybką setkę na Wojtka GT, którą co prawda udało mi się przejechać, ale przyznam, że ostatnie kilkanaście km było już troszkę pod przymusem :-S i dodam jeszcze, że nie dokręciłbym na pewno do 100 gdyby nie jazda za pewnym traktorem, mykającym jakieś 10km. z prędkością ok30km/h :-))) za którym to się ładnie schowałem i tak na zupełnym lajciku sobie te dyszkę przefrunąłem :-) a potem to już z górki było hehe. Dzisiaj pojechałem sobie moją standardową trasą w stronę Gminy Kiszkowo, okrążając Jez.Lednickie.
W pewnym momencie jadąc z Fałkowa wzdłuż drogi S5, postanowiłem dać cynka Sebie, który okazało się że właśnie gdzieś po lasach w okolicy śmigał i tak oto odprowadził mnie do Pobiedzisk, skąd potem rozjechaliśmy się w swoje strony. Warto dodać, że bardzo zdziwił mnie widok wielu osób uprawiających jogging na drodze Pobiedziska - Kociałkowa Górka, na moje oko podczas naszej wspólnej krótkiej jazdy, minęliśmy ich ok. 6-8, podczas gdy tak ogólnie to nigdzie nie widzę biegaczy. Fajnie żeś Seba miał chwilkę, żeby mnie odprowadzić i dzięki za pepsi :-)
Dobra tam, już nie pizgam morałów....proszę troszkę zdjęć na dobranoc:
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017