Rano wyjazd do pracy bez przygód. Po pracy natomiast, w ramach krótkiej przejażdżki pojechałem nad Wartę. Dokładnie to przejechałem się terenową ścieżką wzdłuż rzeki, począwszy od Mostu Lecha w Poznaniu, a skończywszy na przystani wodnej w Czerwonaku. Potem odbiłem troszkę do lasu w PK Zielonka i wyjechałem w mojej kolorowej Wierzonce. Dziś był piękny, ciepły dzień. most kolejowy nad Wartą (Poznań - Koziegłowy)
Wycieczka można powiedzieć spontaniczna i dystans jaki dziś zrobiliśmy wziął się z przypadku, gdyż pomyliliśmy miejsce celu po prostu - miało być Ludwikowo za Mosiną, a nie Ludwikowo za Śremem :-) Jednak dobrze wyszło, bo zwiedziliśmy tereny, którymi nigdy jeszcze nie jeździliśmy i kilka ciekawych miejscówek. Zaliczyliśmy Rogaliński Park Krajobrazowy i część Wielkopolskiego Parku Narodowego, choć w tego drugiego już się nie zagłębialiśmy - to temat na następny wypad.
Żeby jednak ten wpis dobrze się przeglądało, na początek wstawiam przybliżony zarys trasy na mapie:
Spotykam się o 9:00 z Anią w Swarzędzu i stąd ruszamy w trasę pełną przygód :-) Ania zaczyna piaszczysty podjazd w okolicy wsi Mieczewo.
Ja jadę z przodu i wyglądam szlaku....
Po drodze, w miejscowości Kamionki, mijamy las słupów energetycznych o kolosalnych rozmiarach.
Zawitaliśmy w Śremie, gdzie na Rynku zrobiliśmy sobie przerwę, aby potem wyruszyć w dalszą drogę, już po drugiej stronie Warty. Śrem bardzo się nam podoba. Ciekawe miasto z urokliwym bulwarem przy królowej Wielkopolskich rzek. Ania i Grigor w Śremie
Warta w Śremie
Ania nad śremskim bulwarem
Motorówka na Warcie w Śremie.
Jadąc dalej, bocznymi drogami ze Śremu do Mosiny podziwiamy ciekawe widoki doliny Warty, ale także 290 metrowy stalowy maszt RTCN Śrem, który robi naprawdę wielkie wrażenie z bliska. Tam w dole płynie Warta, a bliżej falują sobie łany jęczmienia.
Zbliżamy się do masztu RTCN Śrem.
290 metrowy maszt RTCN Śrem.
W miejscowości Psarskie natykamy się na przepiękny pałac z 1867 roku w stylu neogotyckim, gdzie oczywiście robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Pałac w Psarskiem
Jadąc dalej odwiedzamy kolejny ciekawy zabytek. W miejscowości Jaszkowo mieści się odrestaurowany pałac - hotel Antoniego Chłapowskiego, położony w pięknym parku. Pałac w Jaszkowie.
Jesteśmy w Mosinie, w miasteczku słynnego "Eleganta" - któremu też zdjęcie zrobiłem :-) Ale zanim się tam dotarliśmy, musieliśmy przejechać Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym, gdzie nie zawsze było komfortowo, ze względu na ruchome piaski i lejący się z nieba żar i wiatr czołowy na odkrytych terenach :-) Fragment NSR przez Rogaliński Park Krajobrazowy.
Gdzieniegdzie i taki koń jak Grigor musiał pchać maszynę - siły trzeba oszczędzać :-) Ania w tym momencie trzaskała mi zdjęcia.
Elegant z Mosiny
Kiedy na naszych licznikach wybiła magiczna liczba 100km. docieramy do właściwego celu naszej wycieczki - do szpitala w Ludwikowie, gdzie odwiedzamy babcię Ani, przebywającą na rehabilitacji. Tam kawka, ciasto majonezowe, miłe pogawędki i czas wracać przez Puszczykowo, Luboń do Poznania, w którym to wbijamy się na nową Wartostradę. Trzeba przyznać, że po wybudowaniu tej świetnej drogi rowerowej, tereny przy Warcie w Poznaniu odzyskały miano rekreacyjne dla mieszkańców tego miasta. Wartostrada w dolnym, prawym rogu.
Piękna nawierzchnia na Wartostradzie.
Kończąc, pewnie Ania będzie narzekać, że dała ciała wybierając dziś trasę, że dupa bolała i różne takie.....Ale nie wie dziewczyna, jaką mi radość sprawiła (może nawet nieświadomie), kierując nas w te fyrtle - przecież jechaliśmy zupełnie nowymi drogami, a to sprawia nam największą radość w turystyce rowerowej - jest też jeden skutek tej wycieczki - maksymalny dystans tego roku dla mnie, a dla Ani ever :-)))) To pozostanie w pamięci. Dziękuję :-)
Ps. Dzisiejsza prędkość max została osiągnięta z pewnej górki z Ludwikowa w lesie, bez pedałowania. Po tej wycieczce nie obędzie się bez sudokremu :-))))
Kto by się spodziewał, że dziś trzasnę taki dystans, zważywszy na to, że wstałem o 11:00?! Ano tak to już jest, kiedy ma się odpowiednie towarzystwo. Dziś wspólnie z Anią i tatą, wybraliśmy się na wycieczkę do Wrześni.
oto trasa:
Pogoda była piękna do roweru, tzn. temperatura ok.16*C i wiatr w plecy. Jedynie słońca trochę brakowało. Jednak koniec końców jechało się przyjemnie i komfortowo, tempem wycieczkowym, choć czasem musiałem stopować Anię, bo rwała do przodu jak dzik notecki :-) Jeśli chodzi o atrakcje po drodze, to mi najbardziej w pamięci utkwił pomnikowy Dąb Bardszczyn w Barczyźnie, choć urokowi wrzesińskiemu Rynkowi odmówić również nie mogę. Ania i mój tata Krzysztof - moi towarzysze.
Jazda bocznymi drogami sprawiała nam wielką przyjemność. Noskowo.
Dinozaur w ogródku w Marzeninie.
Stalowa wieża telekomunikacyjna we Wrześni. Czy ktoś wie jaką ma wysokość?
Nasza trójka na Rynku we Wrześni.
Dąb Bardszczyn w Barczyźnie. Wiek - 400-500 lat, obwód - 446cm.
Do Wrześni dojechaliśmy z wiatrem w plecy, z powrotem było już gorzej, ale nie najgorzej - twardym trzeba być, czego przykładem może być prąca do przodu Ania, zadziwiająca mnie i tatę swoją energią.
Rano jak wiadomo jazda do pracy, aby po pracy zrobić sobie totalny chillout rowerowy z moim ziomkiem o dźwięcznej ksywie Lison (czyt. Lajson) :-) Dzięki Lis, za tą klimatyczną przechadzkę po polach :-)
Wykorzystując wolny, piękny, słoneczny i ciepły dzień, wybraliśmy się dziś w składzie: Ania, ja i mój tata na terenową wyrypę z celem nad pięknym, długim Jeziorem Budziszewskim w gminie Skoki. Aby dostać się na ścieżkę prowadzącą dookoła tego sporego zbiornika, przejechać musieliśmy cały Park Krajobrazowy Puszcza Zielonka, witając w małym miasteczku Skoki, za którym z kolei zaczyna się długie na kilka kilometrów rzeczone Jezioro Budziszewskie.
Trasa była dziecinnie prosta, gdyż praktycznie od początku do samego końca, czyli do ścieżki nad jeziorem, prowadził nas czerwony szlak. Zdarzyło się kilka razy zboczyć z kursu, ale to tylko i wyłącznie z powodu naszej nieuwagi w obserwacji znaków malowanych na drzewach. Mimo kilku komplikacji, przez całą "Zielonkę" przejechaliśmy sprawnie.
Oto trasa:
Gdy minąwszy Skoki, dostaliśmy się na ścieżkę prowadzącą wzdłuż lewego brzegu Jeziora Budziszewskiego, mogliśmy podziwiać piękno jeziora, jadąc pięknym szlakiem wśród pachnącego lasu. Nasłuchiwaliśmy żabiego rechotu, a na trawiastej plaży "nasyczał" na nas zaskroniec :-) Jezioro Budziszewskie objechaliśmy całe dookoła. Akwen ten jest sporej wielkości i stojąc na jego zachodnim końcu, można podziwiać jego majestat z małego mostku. Następnie kierując się z powrotem, za Skokami odbiliśmy nieco na wschód w kierunku Kiszkowa, skąd wracaliśmy znów przez Park Krajobrazowy Puszcza Zielonka, z tą różnicą iż tym razem przemierzyliśmy "Zielonkę" wszerz :-) Myślę, że resztę dopowiedzą zdjęcia, a z tego miejsca dziękuję tacie za wspaniałe towarzystwo, a Ani gratuluję formy, której pozazdrościć jej może niejeden facet, w tym i ja :-)
Wycieczka okiem mojego aparatu: Szybka jazda przez zielonkę
Drewniana kładka nad Jeziorem Czarnym w Skokach
Drewniany kościół w Skokach
Widok na Jezioro Budziszewskie zaczyna przedzierać się przez krzaki.
Na czerwonym szlaku przy Jeziorze Budziszewskim
Przerwa przy brzegu
mieliśmy gościa w trawce - zaskroniec zwyczajny
zgrana ekipa :-)
Jezioro Budziszewskie
Jezioro Budziszewskie
Czerwonym szlakiem po schodach :-)
Piękny widoczek ;-)
ten też :-)
ten też całkiem sobie
Pałac w Rościnnie
Wspólny, rowerowy weekend z Anią dobiegł końca. Pogoda nam dopisała i zdrówko też. Nakręciliśmy sporo kilometrów i trzeba teraz dać tyłkom odpocząć. Do zobaczenia wkrótce :-)
Wycieczka do Obornik Wielkopolskich w towarzystwie Ani, Marcina i Darka. Cel wyjazdu ustaliliśmy spontanicznie, a trasa wiodła przez piękny las, szutrową drogą przez poligon wojskowy od Biedruska do samych prawie Obornik. W Obornikach Wielkopolskich zaciekawiła mnie, niedziałająca, ozdobna pompa do wody na Rynku i most przez Wartę, którego przemierza się po drewnianych deskach. Poza tym Oborniki Wielkopolskie niczym nie zachwycają, no oprócz tego, że wszędzie jest czysto, zadbanie i schludnie - co nie zdarza się często w miasteczkach tego typu.
Dla mnie, Ani i jak sądzę dla pozostałych towarzyszy dzisiejszej wycieczki, największą radość sprawiła pogoda. Nareszcie cieszyć się było można ciepłem słonecznych promieni, jazdą w krótkich gaciach, dlatego pewnie zrobiliśmy z Anią kolejną już w tym roku setkę, nie przemęczając się przy tym specjalnie.
Ładny widok z Trzaskowa
Z górki na pazurki :-)
poligonowa droga
Warta w Obornikach Wlkp.
ciekawy most przez Wartę w Obornikach Wlkp.
pompa na Rynku w Obornikach Wlkp.
przed pałacem w Łukowie
Dziś było sporo terenu. Tutaj podczas powrotu, kręcimy po pagórkach na Dziewiczej Górze.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017