Nie miałem dziś za wiele czasu na przyjemność kręcenia korbą, tym bardziej że wstałem o 11....ale te kilka kilometrów po lesie PK Puszcza Zielonka udało mi się nakręcić. Gdy wyjeżdżałem kropił deszcz, który towarzyszył mi przez cały czas jazdy, do tego ogólne zamglenie i szarość otoczenia ehh. Na szczęście w lesie szarość ginie między drzewami i jazda staje się kolorowa, jest pomarańcz butwiejących liści, zieleń mchu i pni drzew, żółć piaszczystych ścieżek no i czerwień krwi....tak właśnie czerwień krwi, w tym przypadku padłego, starego daniela którego mięso rozszarpywane było przez kruki i młodego bielika... Widok dość makabryczny, ale nie zraziłem się tym, gdyż to przecież czysta natura, a daniel nie poszedł przecież na marne - w naturze nic nie ginie! Szkoda tylko, że to całe ptactwo nie dało się ująć w kadrze. Bardzo płochliwe to ptaki i gdy tylko zbliżyłem się w polu ich widzenia, w koronach drzew robiło się ciemno od kruczych piór, a po lesie unosiło się echo ich krakania i ten młody orzeł bielik zrobił na mnie ogromne wrażenie!
ździsie:
dębogórska biblioteczka ogólnowiejska - bardzo fajna sprawa :-)
Bez drobnej awarii się dziś nie obyło. Łańcuch się zakleszczył...
Padły daniel
Nowo odkryty punkt obserwacyjny - oczywiście wlazłem :-)
Widok z drzewa na tereny podmokłe niedaleko Zielonki
Dziś znowu Słońce przywitało dzień swoim blaskiem, więc wsiadłem na rower i pojechałem lasem do pracy. Temperatura powyżej zera i świecące Słońce dawały niekiedy uczucie ciepła, dlatego jechało się przyjemnie, tylko szkoda że do pracy mam tak blisko... Rano na drogach utrzymywała się jeszcze milimetrowa warstwa śniegu, a podczas powrotu znikła w niepamięć po lekkim deszczyku.
Ależ piękny wschód Słońca obudził mnie dzisiejszego dnia. Za oknem wszystko było białe od szronu i to zmotywowało mnie do odwiedzin pracy rowerem. Wychodząc z domu poczułem prawdziwość zimowej świeżości :-) Podczas powrotu załapałem się na pierwszy śnieg w tym roku :-) Także było ciekawie... Szron na łące we Wierzonce Wierzonka - droga do Kobylnicy Wieczorem troszkę się zabieliło
Wyjechałem przed siebie i tym sposobem odwiedziłem oprócz gminy w której mieszkam, także gminę Kostrzyn i Pobiedziska. Jazda bez większych przygód, no może poza spotkaniem ze śpiącym trznadlem na drodze. Ptaszek był jakiś osłabiony i nic nie robił sobie z mojej obecności, co też wykorzystałem na cyknięcie mu fotki. Gdy jednak nadjeżdżał samochód, wziąłem biedaka w garść i przeniosłem z dala od drogi, wtedy poderwał się do lotu i odfrunął :-))) Słaby ze mnie ornitolog, ale że to trznadel to wiem na pewno. Te ptaki zimują u nas, ale spotkać go z takiego bliska jest całkiem trudno. Mrozu dziś nie było, ale ogólna szarość nie rozpieszczała zmysłów. Co tu dużo pisać, zapraszam do skromnej galerii.
Trasa:
ździsie:
Wierzonka - widok z oddali
Pagórkowaty teren w Katarzynkach
Z tej górki wycisnąłem, bez większych problemów dzisiejszego Vmaxa - 50km/h
Teren podmokły w dolinie Cybiny - Uzarzewo
Nieczynna gorzelnia w Gwiazdowie
A oto zmęczony trznadel. Przeniosłem biedaka z dala od drogi...
Postanowiłem podjechać do sklepu rowerowego Cyklotur w Poznaniu, w celu nabycia drogą kupna zimowych ocieplaczy na buty, bo przecież zima idzie wielkimi krokami, a żeby jeździć w mrozie trzeba być zaopatrzonym w odpowiednią odzież. Owe ocieplacze kupiłem, z czego jestem bardzo zadowolony, gdyż spełniają wszystkie moje oczekiwania, w przeciwieństwie do poprzednich z Shimano, które ewidentnie przy niskich temperaturach nie radziły sobie tak jakbym sobie tego marzył. Padło na Endura MT500 i podaję nazwę gdyby ktoś szukał świetnego sprzętu za rozsądną cenę. Oczywiście zaraz po wyjściu ze sklepu ocieplacze wsunąłem na buty i przy dzisiejszej temperaturze oscylującej około 2*C stopy aż mi się grzały - więc malina :-))) Jednak na rozsądniejsze opinie poczekam do większych mrozów.
Jeśli chodzi o samą trasę, to w sumie nic ciekawego napisać nie mogę, bo każdy wie jak wygląda jazda rowerem przez cały Poznań. Do tego spore zamglenie i ogólna szarość. Nawet zdjęć specjalnie czemu robić nie było. Jednak z najciekawszych miejscówek jakie dziś odwiedziłem warto wspomnieć o lasku marcelińskim, który odwiedzony przeze mnie po raz pierwszy zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, oraz wlot nad Jezioro Rusałka, którego już parę latek nie nawiedzałem. Ogólnie kręciłem się po ścieżkach rowerowych, ulicach i czasem chodnikach...
Dzisiejszy wyjazd trudno nazwać wycieczką, ale co sobie pokręciłem, to sobie pokręciłem, a zakupione ocieplacze są pozytywnym aspektem tego wypadu, w końcu dziś "mikołajki" :-)
No i stało się! Pierwsza jazda w mrozie w tym roku zaliczona. Ach jak było przyjemnie zaznać znów tego bólu zmarzniętych palców u stóp :-) Ale po kolei.... Wyjechałem z planem pojeżdżenia po Parku Krajobrazowym Puszcza Zielonka, co też potem uczyniłem odwiedzając po drodze ciekawie ukształtowane tereny nieopodal Dąbrówki Kościelnej, potem nad Jezioro Dzwonowskie zobaczyć co też się dzieje o tej porze nad wodą. Zajęło mi to to jakieś 25km. jazdy po czym woda w bidonie zmieniła stan skupienia na stały! W gardle sucho od lekkiego mrozu, a pić się chciało dlatego rozkruszyłem lód i miałem wodnego drinka.
Jak wynika z poniższej mapki z Puszczy Zielonki wyjechałem na wysokości wsi Sławica i potem odbiłem w nieco inne lasy w Leśnictwie Brzeźno. Przejechałem tam jakieś kilkanaście kilometrów i palce u stóp po raz pierwszy odmówiły posłuszeństwa. Musiałem zsiąść z bryki i pizgać girami o piach, żeby mi krew spłynęła z powrotem, no ale udało się bo potem czułem już tylko przyjemne ciepełko - 36,6*C :-)
Po wyjechaniu z powyższych lasów znalazłem się w Długiej Goślinie, gdzie z ulicy zrobiłem zdjęcie tamtejszego, zabytkowego, drewnianego kościoła, ot tak dla miłośników architektury sakralnej :-) Następnie strzałka na Murowaną Goślinę, przez która przejeżdżam robiąc tylko jedno zdjęcie Ratusza tej starszej części miasteczka. Za Murowaną Gośliną skręcam przez Bolechowo i jadę na odkryte niedawno wzniesienie terenu na szczerym polu ( 100m.n.p.m. ). Na miejscu tym strasznie mnie wywiało zimnym powietrzem, bo jak wiadomo na górce zawsze wieje, ale nie przeszkodziło mi to na zrobienie sobie zdjęcia i łyka wody z bryłami lodu :-) Na koniec jazda o zachodzie Słońca z Owińsk tą mega nudną, prostą, wyboistą drogą leśną...
Licznik pokazał ponad 40 kilometrów w samym terenie, plus ta mroźna temperatura.....dało to ładny trening w przepięknych sceneriach odchodzącego listopada. Ogólnie ujmując bardzo dobrze mi się dziś jeździło, ale to ze względu na tęsknotę za rowerem po tygodniu pracy, no i przede wszystkim na spokój jaki jest o tej porze w lesie, bo tak na prawdę w mrozie, w środku lasu przypadkowych ludzi tu nie znajdziecie, każdy kogo spotkałem dziś na trasie znalazł się tu z pasji i miłości do przyrody, czy to pieszo, czy na rowerze, czy w terenówce - no właśnie gorące pozdrowienia dla Państwa w zielonym Nissanie Terrano :-) Ciekawe czy zaobserwowali gdzieś daniele...w pracy pogadamy.
Oto trasa:
Trochę więcej niż zazwyczaj ździsiów :-)
W niektórych miejscach Puszczy Zielonka, wycinka drzew pełna parą...
Po takich drogach najlepiej się jeździ właśnie w mrozie :-)
Jadąc drogą z Tuczna do Zielonki, po prawej stronie drogi zza drzew dostrzec można mały zbiornik śródleśny z porastającymi go trzcinowiskami.
Puszcza Zielonka - Trakt Poznański
Jak autem do lasu, to tylko czymś w ten deseń :-)
Sanktuarium Maryjne w Dąbrówce Kościelnej.
Okolice Dąbrówki Kościelnej.
Patriotyczne mieszkanko.
Okolice Dąbrówki Kościelnej.
Takimi leśnymi ścieżkami dziś jeździłem...
Nad Jeziorem Dzwonowskim cisza i spokój...
Lasy Nadleśnictwa Brzeźno poniżej.
Drewniany Kościół w Długiej Goślinie z ok. 1600 roku.
Zdjęcie zrobione z odległości ok. 2km. od wsi Wojnowo. Poniżej to samo ujęcie, ale z 18x zoomem. Wojnowo - 18x zoom optyczny mojego nowego, kieszonkowego Canona robi robotę :-)
Na niebie coś się kroi.
Sarny mają siestę.
Murowana Goślina - ryneczek miasteczka.
Jest i w końcu prowodyr całego zamieszania - sam Grigori na najwyższym punkcie w szczerym polu.
Choć już zbliżał się wieczór, widok z górki prezentował się właśnie tak.
Wczoraj miałem sobotę bez roweru, ale to m.in. dlatego, że serwisowałem mój dodatkowy rower, którym dziś bez obaw mogłem wyjechać na wycieczkę. Szybko też robi się ciemno, a w listopadzie jazda po zmroku mało wspólnego ma dla mnie z przyjemnością. Ale dziś postanowiłem nadrobić jazdę na rowerze i jak ostatnio mało planowałem, tak dziś za cel obrałem Jezioro Lednickie. Wyjechałem z domu punkt 12:00 i dałem strzałkę okrężną drogą do Lednogóry. Jak zwykle chciałem ominąć krajową "5" ze względu na duży ruch i wątpliwe walory krajobrazowe po drodze. Nie ma to jak jazda bocznymi drogami, przez wioski, pola, lasy - święty spokój. Jednak wiejący dziś silny wiatr hamował moje zapędy i niekiedy musiałem ekstremalnie cisnąć, aż poczułem kwas mlekowy w mięśniach łydek. Do celu i tak dojechałem, co potwierdza od dawna głoszona teza, iż sport hartuje ducha. Nad Jeziorem Lednickim nikogo nie było, jedynie jakieś ptactwo wodne dawało znaki życia. Na chwilę się tam zatrzymałem, porobiłem fotki i po chwili zaczął kropić deszcz....mówię sobie ładnie, ładnie - ja 30km. od chaty, tutaj deszcz pada, a zaraz będzie się ściemniać! Nic się nie zastanawiałem i postanowiłem wracać najszybszym wariantem - krajową "5" :-((( Nie wiem czy to był dobry pomysł, ale jechało się "migiem" ponad 30km/h bez żadnego wysiłku, bo z wiatrem. Jednak żeby nie było tak kolorowo, to cały byłem przemoknięty i w gębie zamiast piasku miałem całe kamienie :-)
oto trasa:
szare listopadowe ździsie:
Polna droga z Krześlic do Łagiewnik.
Sarny na polu w Podarzewie.
Na tej drodze miałem tak silny wiatr w twarz, że prawie kloca można było strzelić. Węglewko - Moraczewo.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017