Dziś przyjaciel zrobił mi niespodzianę i podjechał rowerem pod mój zakład pracy. Potem już jeździliśmy razem, relaksowym tempem po polnych drogach niedaleko Pobiedzisk. Dziękuję Ci Layson za ten dzień :-)
Po pracy, wykorzystując dobrą pogodę, czyli brak deszczu i wiatru, zrobiłem sobie objazd okolic: Wierzonka - Wierzenica - Kobylnica - Janikowo - Bogucin - Uzarzewo - Biskupice - Promienko - Promno - Gorzkie Pole - Borowo Młyn - Jerzyn - Kołata - Wronczyn - Stęszewko - Tuczno - Karłowice - Wierzonka.
Jadąc spokojnym tempem, w głowie krążyły mi różne rowerowe myśli i wspomnienia. Na bikestats jestem od 2010 roku, bloga prowadzę skrupulatnie i wszystkie wspomnienia zapisane są w moim archiwum, które w każdym momencie mogę sobie przejrzeć i przypomnieć. A co było przedtem?
Na rowerze jeżdżę nie od 2010 roku, tylko od wczesnych lat młodości, kiedy to mój tata zaszczepił we mnie bakcyla do tego sportu, biorąc mnie na wycieczki po okolicach bliższych i dalszych. Tata dbał o to, abym zawsze miał jakiś sprawny rower i kiedy tylko nadarzała się okazja, jeździliśmy pamiętam wspólnie wiele kilometrów po okolicy. Potem kiedy już poszedłem do szkoły, nastał czas na jazdę bardziej poważną i uczestnictwo w wielu rajdach terenowych, w których pośrednictwie różnych organizacji organizatorem był mój nauczyciel geografii Pan Włodzimierz Buczyński. Z Panem Włodkiem uczestniczyłem niemalże w każdym rajdzie, w których to niekiedy otrzymywałem plakietki pamiątkowe. Oprócz tego jeździłem oczywiście po szkole.
Pamiętam kiedy bodajże w 1999 roku pojechałem z tatą rowerem do Poznania po mój pierwszy licznik rowerowy - Sigma 300. Po około 5 latach licznik naliczał od zera, gdyż przekroczone zostało 10 000 kilometrów, a z moich małych sukcesów tamtych lat było przejechanie na trekingu (Victus na zdjęciu poniżej), w wieku ok.12 lat 105 kilometrów - trasa prowadziła z Wierzonki do Witkowa za Gnieznem i z powrotem, oraz podjazd pod Dziewiczą Górę, bez zatrzymywania na składaku (Romet na zdjęciu poniżej) w wieku 9 lat :-)
Ech! Jedziemy dalej i zobaczymy co przyniosą następne lata :-) Plakietki z rajdów. W ciemię bity nie jestem :-)
O poranku, mimo świecącego słońca, było chłodno. Po pracy, słońce schowało się za chmurami i nadal było chłodno, jednak co po pracy, to po pracy i miałem ochotę na krótka przejażdżkę, a musiałem umyć rower, gdyż po poniedziałkowym dyngusie, wyglądał jak przenośna piaskownica. Myjka znajdowała się w Biskupicach, więc miałem cel przejażdżki, a stamtąd z kolei już żabi skok nad Jezioro Kowalskie, więc i tam podjechałem. Nad zalewem Słońce przebijało się zza chmur, rzucając piękne promienie, a na polu w Kołacie widziałem pierwszy raz w tym roku bociana - tyle z ciekawostek na dziś.
Kolejny chłodny poranek i kolejny dzień zmagania się z wiatrem. Do pracy jednak dojechałem, a po pracy zboczyłem nieco i znalazłem się na Dziewiczej Górze, skąd lasem wracałem sobie spokojnym tempem i z wiatrem w plecy do Wierzonki. Dobrze, że nie wystraszyłem się dziś prognoz pogodowych, bo idealnie wstrzeliłem się z dojazdami w bezdeszczowe okienko. Dla mnie w lesie zawsze świeci zielone światło :-)
Rano było naprawdę orzeźwiająco. Kiedy po 7 wyjeżdżałem z domu, na termometrze widniało niecałe 7*C we wschodzącym Słońcu i po pierwszych kilkuset metrach, obudziłem się migiem mając na sobie cienkie ubranie.
Po pracy musiałem wstąpić do sklepu rowerowego po odbiór zamówionych części do piasty mojego białego felta. Pojechałem więc z Bogucina, jakimiś chęchami (nie chciałem jechać głównymi drogami) do Zalasewa, gdzie znajduje się sklep rowerowy Fogt Bikes. Po wielu ciekawych przeszkodach jak np. znoszenie i wnoszenie roweru po schodach i w tunelu nad rzeką Cybiną, pod drogą 92 na poznańskim Antoninku, albo przenoszeniu roweru przez torowiska, lub błądzeniu po nieznanych, nowo powstałych osiedlach w Zalasewie. Niestety przedostanie się rowerem z Bogucina do Zalasewa, omijając główne drogi jest bardzo zawiłe, ale lepsze to niż jazda głównymi drogami, gdzie jak wiadomo rowerzysta to intruz i trzeba go po prostu rozjechać.
Po zakupach wracałem drogami okrążającymi Swarzędz, gdyż to miasteczko też jest bardzo nieprzyjazne rowerzystom. Tym sposobem wyszło dobre 5 dyszek, ale niestety większość trasy miałem pod niesamowicie mocno wiejący wicher, ale wziąłem to jako dobry trening, bo w niektórych momentach na prawdę czułem napięte mięśnie łydek, a powiem szczerze, że rzadko mam takie skurcze.
Ps. Wielkie dzięki Rafałowi z Fogt Bikes za profesjonalną obsługę i Piotrasowi, który po drodze poczęstował mnie ciastkiem :-)
ździsie: Ośka i konusy do piasty SLX - nawet nie pytajcie ile to kosztowało....
Rano jak wiadomo szybki dojazd do pracy, bez większych przygód. Po pracy natomiast, wyjechałem na spotkanie z Anią, która czekała na mnie z pysznym spaghetti w domu. Choć przyznam szczerze, ledwo jechałem te 20 kilometrów pod wiatr, po polach i z pustym żołądkiem, to zjawiwszy się przy suto zastawionym stole, szybko odzyskałem siły i w drogę powrotną do Wierzonki pokonałem już jak nowo narodzony i w towarzystwie Ani, która odprowadziła mnie aż po sam próg domu :-)
Marzec za nami. Teraz już piękny kwiecień przed nami i kolejne pomysły na wycieczki.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017