Bardzo nieprzyjemna pogoda na jazdę rowerem. Dziś rano, kiedy wyruszyłem do pracy, padał rzęsisty deszcz. Po pracy już nie padało, ale nadal utrzymywała się szarość i wilgoć. W dodatku ciemność daje się we znaki po godzinie 16, czyli wtedy gdy wychodzę z pracy. Nastał czas prawdziwych jesiennych szarug......
Odnośnie samej trasy, to po prostu kręciłem się wokół komina, aby dokręcić do 4 dych dzisiaj - taka miałem zachciankę. Nie jest lekko jechać takimi drogami....
W drodze do pracy złapał mnie ostry deszcz, jednak błotniki spełniły swoje zadanie i nie zmokłem zanadto. Po pracy, kiedy było już ciemno, wracałem okrężną nieco drogą przez m.in. Koziegłowy, skąd zrobiłem poniższe zdjęcie do wpisu. Ogólnie jazda mało przyjemna, ale przynajmniej te 9*C sprawiało wrażenie ciepełka :-) Listopad pełną parą. blokowiska na poznańskich Winiarach
Dziś można było poczuć namiastkę zimy, na którą już szczerze mówiąc czekam z utęsknieniem. Przez chwilkę nawet padał śnieg z deszczem, ale byłem w tym czasie niestety w pracy. Opony mojej zimówki już proszą o drogę w białym puchu. Mam nadzieję, że nadejdzie szybko. Tymczasem dojazd do i z pracy bez plusowych kilometrów. Kendy zakupione z myślą o śniegu już proszą się o wgryzienie w śnieg - czy nie za prędko?
Do pracy standard najszybszą, terenową ścieżką przez las w okolicy Wierzenica - Mechowo. Po powrocie zająłem się serwisem Piotrasa Centuriona. Sterczeliśmy przy wymianie linki i regulacji tylnej przerzutki całkiem długą chwilę - za długą. Potem, kiedy po wielu próbach przerzutka wrzucała biegi nie po naszej myśli, a po swojej (ona żyje) do naszych, a bardziej do mojej bańki wdarła się frustracja, niemoc i rozgoryczenie.....musiałem Piotrasa przeprosić i zostawiłem Jego rower na jutro. Jednak zmotywowany porażką, uniosłem się ambicją i mimo późnej pory i nadszarpniętej reputacji, postanowiłem wrócić do tej feralnej regulacji, z tą różnicą że do warsztatu wziąłem sprezentowane przez Piotrasa pyszne piwo. Po kilku rzęsistych łykach przerzutka zaczęła współpracować i po chwili z uśmiechem na twarzy delektowałem się jazdą na Centurionie z płynnie wskakującymi i spadającymi biegami - ech kamień z serca mi spadł, kiedy opróżniłem butelkę Fortuny Czarnej, a rower stał już gotowy do jazdy - szkoda tylko, że Piotras zdążył już wrócić do domu autem.... Jaki z tego morał? Puentę zostawię Wam... Tak biegi pracują :-)
Dziś wyjechałem do pracy nieco wcześniej, stąd trasa przez lotnisko w Ligowcu. Po pracy wizyta w sklepie rowerowym, w którym zawsze dostanę to czego potrzebuję - Fogt Bikes. Nie żebym robił jakąś reklamę, ale polecam ten sklep. Do koszyka wrzuciłem dziś wkład suportu i linkę do przerzutki - będę miał małą robótkę :-)
Ligowiec
Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam nowe szpeje do roweru. Tutaj akurat lśniący nowością wkład suportu do roweru Ani, ale ciesze się nim jak dziecko. Już nie mogę się doczekać, aż zamontuję go w Ani Krossie.
Jadąc do pracy nic nadzwyczajnego się nie działo, ale po pracy to już same ciekawostki. Na początku, kiedy przekroczyłem próg zakładu pracy, na parkingu stało takie oto cacko: Mercedes Benz 560 SL
Uwielbiam takie auta i po cichutku marzę o posiadaniu czegoś w ten deseń. Jednak na tę chwilę pozostaje mi dbać o moje aktualne cacko i może za jakieś 30 lat stanie się podobnym klasykiem jak ten merc powyżej. No ale trzeba było jechać dalej. Wyruszyłem polnymi drogami z Bogucina do Kicina zatem. Po drodze zrobiłem zdjęcie z widokiem na Dziewiczą Górę (mój okoliczny Mt Everest) o niebotycznych 143m n.p.m. Dziewicza Góra
Przejeżdżając przez Kicin, często zastanawiałem się skąd bierze się nazwa tej małej wioski....? Otóż odpowiedź na to nurtujące mnie pytanie znalazłem na posesji pewnego gospodarstwa. Moim oczom ukazał się niespotykanie okazały kocur, po którego dojrzeniu opadła mi szczena z wrażenia. Kocur wyglądał jak ryś, tzn. miał ponadprzeciętne rozmiary i okoliczne psy bały się podejść bliżej jak na 20 metrów. Ja miałem okazję nawet pogłaskać ów kicińskiego kiciusia i poczułem się przez to wielce wyróżniony przez tego króla zwierząt w Kicinie: król Kicina
Kocur był większy od psa, dlatego ten drugi nie zbliżał się zanadto :-)
Potem zaszło słońce i wracałem po lesie przez Dziewiczą Górę do domu. Po drodze, o zmierzchu mignęło mi coś dziwnego przed oczami. Zatrzymałem się, cofnąłem kilka metrów, patrzę a tam drzewo patrzy nam nie wzrokiem jakby ludzkim. To, że drzewa żyją to wiem, ale że obserwują to nie wiedziałem - dziś się przekonałem. oko szeroko otwarte
Na dziś starczy atrakcji. Kolejna porcja ciekawostek z roweru już jutro. To był świetny tydzień :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017