Niedawno pisałem o kłopotliwej sytuacji jaka przytrafiła się sklepowi rowerowemu Cyklotur w Poznaniu, której "ofiarą" stało się m.in. moje koło oddane do serwisu. Otóż sprawa ta dotyczyła wewnętrznych, chwilowych problemów sklepu z właścicielem budynku, które zostały już na szczęście zakończone sukcesem, jak zostałem poinformowany z bardzo wiarygodnego źródła. Drugą sprawą była ta dotycząca serwisu mojego koła. Gdy tylko sklep został ponownie otwarty (panowie spotkani przed sklepem mieli jednak rację), ze względu na to, iż koło nie było jeszcze naprawione, z własnej woli odebrałem je, aby poradzić sobie z nim w jakiś inny sposób. Przy odbiorze, zostałem przeproszony przez serwisanta za zaistniałe opóźnienie, oraz problemy z tego wynikające. Sprawa ta jak wiecie drodzy rowerzyści, bardzo mnie wtedy irytowała i sporo natraciłem nerwów przy okazji, ale patrząc na to po jakimś czasie, dochodzę do wniosku, że ciężkie jest życie tych naszych handlarzy...Tyle lat potrzeba, aby wzbudzić w klientach zaufanie, zbudować miejsce przyjazne rowerzystom, gdzie asortyment jest duży i atmosfera sprzyja dokonywaniu zakupów itp. a tu raptem jeden taki feralny dzień i nagle wszyscy odwracają się plecami, bo jak wiadomo wieści bardzo szybko rozchodzą się w eterze. Wiadome też jest, że lepiej jakby do takich sytuacji nigdy nie dochodziło, ale dzisiejsze czasy są takie, a nie inne i każdemu nawet najlepszemu może się nóżka podwinąć. Troszkę jednak niesprawiedliwe chyba z mojej strony było to, że nie napisałem wcześniej, iż ze sklepem Cyklotur jest już wszystko w porządku i ten jeden dzień niespodziewanego zamknięcia mogłem potraktować z większą wyrozumiałością. Przecież do tej pory byłem stałym ich klientem i zawsze usługi świadczyli na wysokim poziomie. Jednak czasem nerwy biorą górę i w ten sposób zostawiłbym o tym dobrym przecież sklepie z deka nieciekawą opinię. Miejmy nadzieję, że do podobnych sytuacji nie będzie dochodziło, a sklep będzie funkcjonował jak należy, bo to przecież wspólne dobro rowerzystów. Co mnie także cieszy i dziwi, okazuje się że głos na moim blogu dociera do wielu ludzi, którzy niekiedy biorą sobie to co piszę do serca :-)
Po ostatnich asfaltowych wybrykach, naszła mnie ochota na jazdę w terenie, a że wczoraj przejechałem dwie stówki, to dzisiaj nie miałem epy i taki sobie delikatny wypadzik strzeliłem po okolicznych polach, łąkach, lasach.
Wczoraj z pewnego powodu nie dałem rady jechać z kolegami do Duszna na Wał Wydartowski, dlatego dziś nadrobiłem straty i pojechałem tam sam. Moim celem było odwiedzenie tego najwyższego wzniesienia Powiatu Gnieźnieńskiego o wysokości 167m.n.p.m ze względu na nowo oddaną, parę dni temu do użytku wieżę widokową. Wieża na szczycie zbudowana jest z drewna i ma wysokość 12 metrów, a widok rozciągający się z niej jest wprost piękny! Co prawda, mimo rażącego Słońca nie maiłem dziś większego szczęścia do przejrzystości powietrza, ale wytężając wzrok w zamgloną dal można było dostrzec np. Gniezno, hałdę cementowni w Piechcinie, i wiele wiele innych wtopionych w tło miejscowości. Podjazd na wzniesienie jest bardzo rozciągnięty i prawie nie odczułem tego, że cały czas podjeżdżałem, dopiero w pewnym momencie wychyliłem łepetynę nad kukurydzę i dostrzegłem, że jestem już całkiem wyżej niż myślałem :-) Bardzo mi się podobał widok z wieży i cieszę się, że pogoda dopisała, gdyż Słońce od samego rana ładnie dawało po gałkach, nie odpuszczając aż do przyjazdu do domu. Jedynie wiatr trochę mnie poniewierał - dobre 100km. miałem centralnie dmuchane na facjatę, ale byłem twardy i wygrałem tę nierówną walkę. Cieszę się także, że znów pojeździłem sobie po sąsiednim Województwie Kujawsko - Pomorskim, które bardzo lubię m.in. ze względu na to że teren jest tam nieco bardziej pofałdowany, a to miłe dla oka :-) Gdy już zbliżałem się do domu na liczniku brakowało jakieś 20km. do 200....to jeszcze do własnej satysfakcji odbiłem na Kostrzyn Wlkp i dwusetka pękła praktycznie przed domem :-) Dzień spędzony najlepiej jak tylko można :-)
Przed wieczorem siła wyższa się odezwała i posadziła me dupsko w twardym siodle. Pogoda niepewna, wiatr prosto w mordę i Słońce zachodziło, ale to co ponieważ jazda na rowerze sprawia mi tak wielką przyjemność, że wszystkie przeciwności ładnie pękają jak bańki mydlane z każdym depnięciem na pedał :-) Nie liczyło się dziś dla mnie jakieś tam zwiedzanie, jechałem tylko ponieważ musiałem trochę pokręcić, dlatego trasy nie podaję. Wracałem już po cimoku i nawet czasem pokropiło mi deszczem bez łeb.
Odwiedziłem mniej znane mi miejsca na obrzeżach Poznania. Jazda ścieżkami rowerowymi, lub po chodnikach w mieście nie należy do moich ulubionych form podróży rowerem, ale chciałem sobie tak zapoznawczo tam dziś pojeździć.
Po długim czasie, po wielu kłopotach mam go wkońcu całego i zdrowego! Felt ma nową piastę SLX z tyłu i chodzi jak szwajcarski zegarek. Do bajeru zmieniłem jeszcze kolor nypli na czerwone :-) Dzięki temu, że mój były już serwis ociągał się tygodniami z zaplataniem i wymianą piasty w moim kole, to nauczyłem się robić to sam, z drobną pomocą taty zapletliśmy i nawet prawie udało nam się wycentrować koło, jednak pomoc fachowca z odpowiednim sprzętem była niezbędna. Wniosek z tego taki, że jak się chce to można i to szybciej niż serwis, bo Cyklotur przez niemalże miesiąc nie ruszył koła palcem, kiedy ja zrobiłem to w 1 dzień :-)
Wieczorem zrobiłem krótki teścik i jest super - jestem teraz tak zadowolony że zaraz chyba ujebie się w łokieć! :-)
Tytuł bierze się stąd, iż dziś mój rower (Felt) doznał ostatniego dokręcenia szprychy na centrownicy i mogę oficjalnie wsiąść na niego i jeździć, po jakże długim czasie, bo ponad miesiącu niebytu, nie z mojej winy oczywiście Felt wraca w moje łaski z nową piastą na pokładzie :-) A z GT trzeba się rozstać i podziękować Wojtkowi za to, że bez mrugnięcia okiem pożyczał mi go, abym mógł jeździć = normalnie żyć. GT także dziękuję, ponieważ zajebiście się spisywał przez te chyba dobre 1000km. nawet nie pisknąc podczas jazdy. Apropos wypadu, to zrobiłem sobie taką asfaltową pętelkę, nieważne gdzie, ważne że nie padało, a chmury naprawdę kłębiły się złowrogie.
Z ciekawszych widoków, jakie dzisiaj udało mi się zaobserwować, to latający dostojnie, bardzo wysoko orzeł bielik. Zdjęcie próbowałem mu zrobić, ale wyszło baaaaaardzo kiepskie, ponieważ był wysoko, a mój aparat niestety jest taki a nie inny....Jednak myślę, że ktoś kto się troszkę zna to dostrzeże sylwetkę tego pięknego ptaka.
Po wczorajszej przygodzie z zamknięciem sklepu rowerowego i serwisu CYKLOTUR, dzisiaj pojechałem tam naładowany informacjami, iż sklep ma być dziś otwarty. Na szczęście był...ale moje koło nadal wisiało na haku. nawet nie ruszone. Od razu zażądałem anulowania mojego zlecenia i oddanie mi koła - Sam sobie poradzę szybciej. Miesiąc to zdecydowanie za długo na wymianę piasty. Na dodatek tego przy zakupie tam pewnego akcesorium, sprzedawca nie naliczył mi mojego 7% rabatu, który mam tam jako stały klient od długiego czasu. A zawsze przed zakupem ten sprzedawca pytał mnie o nazwisko do rabatu. Ja mu przypomniałem, a on udawał coś przed kompem i powiedział, że przy następnym zakupie rabat uwzględni....Przykro mi ale następnego zakupu tam już raczej nie będzie. Niestety muszę stwierdzić, że zmiana sklepu na inny jest dla mnie konieczna, ponieważ straciłem zaufanie do tej firmy i za daleko mam.
Potem podjechałem do innego sklepu rowerowego (Sklep Rybczyński) i tam od ręki dostałem piastę SLX. Więc na dniach spróbuję z tatą swoich sił w zaplataniu koła.
A z dzisiejszej wycieczki to powiem, że wybrałem się taką drogą, aby zaliczyć 5 gmin: Swarzędz, Kostrzyn Wlkp., Pobiedziska, Łubowo, Kiszkowo. Ukształtowanie terenu - płasko) Po drodze było tak gorąco, że picie mi się szybko skończyło w bidonie i jako, że przejeżdżałem tuż obok hacjendy mojej Luby :-* to wstąpiłem zatankować wody z lodem, a na miejscu mój Pan Teściu :-))) rzucił mi do kieszeni garść słodkich węglowodanów - ażebym nie osłabł :-))) Dzięki dzięki wielkie za to! #lat=52.483706813117&lng=17.2174&zoom=11&maptype=terrain
Jakiś miesiąc temu oddałem koło do serwisu w sklepie rowerowym CYKLOTUR w Poznaniu, w celu wymiany piasty. Tak długim okresem oczekiwania za zrealizowaniem zlecenia byłem zażenowany już po 2-óch tygodniach czekania. Po wykonaniu telefonu do serwisu, otrzymałem odpowiedź że prawdopodobnie koło będzie gotowe za kolejny tydzień. Przeczekałem kolejne 7 dni, a tu nic! Nieźle się wkurwiłem takim przebiegiem operacji i postanowiłem zadzwonić do wyżej wymienionej firmy z zapytaniem co dalej...Jednak moje działania spoczęły na niczym, gdyż nikt nie odbierał telefonów, których wykonałem całą kupę. Sytuacja zrobiła się dla mnie na tyle nerwowa, że postanowiłem wsiąść w auto i pojechać do serwisu CYKLOTUR osobiście. Na miejscu zaznałem zaplombowane drzwi do sklepu z wywieszoną kartką, oznajmującą o zabezpieczeniu pomieszczeń do odwołania ze względu na wielomiesięczne zadłużenie firmy CYKLOTUR! Szlag mnie tam trafił na miejscu!!!!!! Czy ktoś wie o co tam chodzi i jak mógłbym odzyskać moje koło, pozostawione w serwisie?
Zapomniałbym jeszcze dodać, że przed sklepem po chwili kręcenia się zauważyłem 2-óch panów wsiadających do samochodu z kaskiem w ręku, spytałem czy nie wiedzą o co chodzi z Cykloturem.... okazali się być oni pracownikami tego sklepu i sami byli zdziwieni zaistniałą sytuacją po przyjeździe do pracy, jeden z nich powiedział mi że mam się o nic nie martwić, bo sklep jutro będzie otwarty.....Czy mam im wierzyć....czas pokaże
Wczoraj wieczorem ojciec coś o rowerze wspomniał, więc podchwyciłem temat i powiedziałem mu żeby rano był gotowy do wyjazdu. Dziś rano wyjechaliśmy z wstępnie ustaloną trasą w kierunku Środy Wielkopolskiej. Z upływem czasu i kilometrów, robiło się coraz cieplej, dlatego już ok.10 rano zdjęliśmy bluzy, bo było gorąco. Trasę to w sumie ustalaliśmy sobie na bieżąco i koła poniosły nas gdzieś blisko miasta Miłosław, pomiędzy Środą a Wrześnią. Jednak wyszło tak, że ominęliśmy te 3 miasta jadąc jakimiś bocznymi, wąskimi drogami. Wszystko nam dzisiaj sprzyjało: temperatura, wiatr, teren, energia w nogach itp. jedynie co chwilka zawahania taty podczas robienia zdjęć z roweru, spowodowała niezłą jego glebę, przy czym nieźle się biedak poodzierał i przyszlifował sobie brodę :-S Ale na szczęście obyło się bez złamań.
Piękna letnia pogoda dziś zapodała - nie ma to tamto :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017