Rano było jakoś tak wilgotno, mżyście i ciepło. Z powrotem było też ciepło, ale bardziej sucho i ciemno. Ogólnie to bez fajerwerków. Na odcinku Pobiedziska - Biskupice od jakiegoś czasu ostro wzięto się za remont starej, krajowej "5".
Najpierw o 8:30 ustawka z Piotrasem, Norbertem, Cinkiem i Docentem w Parku Krajobrazowym Promno i tam wspólna przebieżka po tym urokliwym lesie. Niestety sprzęt mi nawala - łańcuch śliska się po wytartych zębatkach i nie mogłem dotrzymywać tempa chłopakom w terenie i musiałem się z nimi rozstać nieco prędzej niż planowałem.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...
Ponieważ, gdy wróciłem do domu, na rower szykowała się właśnie Ania :-) Z Anią jechaliśmy po płaskim i równym, dlatego napęd gdy tylko nie za mocno naciskać na pedały w ogóle nie przeskakiwał. A trasa jaką zrobiłem wespół z Anią, to Jezioro Lednickie dookoła. Nie ma to tamto - dziś zamawiam nowy napęd do zimówki. Kolorowy budynek Muzeum Pierwszych Piastów Na Lednicy w Dziekanowicach.
Widok na Ostrów Lednicki.
Dwóch śmiałków zażywa kąpieli w Jeziorze Lednickim.
Listopad czas start. Na początek wybrałem się z Anią do lasu. Puszcza Zielonka dała nam miłe schronienie przed chłodnym wiatrem i nadal cieszyła oko ciepłymi, jesiennymi barwami. Jednak jak na listopad przystało, w terenie coraz więcej wilgoci, błotka, chłodu i szarości. Teraz jest taki okres, że zmiany w przyrodzie następują dość dynamicznie i fajnie jest móc to obserwować. Trafiliśmy w pogodowe okienko, gdyż zaraz po powrocie zaczął padać deszcz.
trasa: ździsie: Kołata - Tuczno
Droga do Tuczna usłana liśćmi.
Singiel przy brzegu Jeziora Kołatkowsko - Stęszewskiego.
Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie.
Skrzyżowanie Traktu Poznańskiego z Traktem Bednarskim w Puszczy Zielonce.
Dziś to była poranna jazda marzeń. Gdy wyjeżdżałem o 6:30 z domu, termometr wskazywał -2,7*C, trawniki były białe od szronu, a słońce puszczało pierwsze promienie zza horyzontu - bajeczne widoki. Pierwsza jazda w mrozie w tym roku zaliczona. Z powrotem też było zimno, ale już powyżej zera. Ogólnie tegoroczny październik kończę z bardzo pozytywnymi wspomnieniami oraz przyjemnym dystansem. To był wspaniały miesiąc. (jutro bezrowerowo).
poranny ździś: Mroźno i kolorowo na drodze Bugaj - Uzarzewo.
Od dziś koniec złotej jesieni i początek jesieni szarej. Poza tym bez większych fajerwerków podczas dzisiejszej jazdy. Cieszy fakt, że w tym miesiącu przekroczyłem 1000km :-)))
Pogodowa idylla tej jesieni trwa nadal, więc i tej soboty wycieczki rowerowej w planach zabraknąć nie mogło. Jedynie tylko kierunek wiejącego, z dość dużą siłą wiatru wymusił na nas odwiedziny miejscowości z poniższej mapki: Jechaliśmy tak, aby z powrotem mieć z wiatrem w plecy. Tym sposobem odświeżyliśmy sobie w pamięci dawno niewidziane fyrtle. Takie jak w poniższej galerii: konie w Buszkówcu
Kolejny mglisty i ciepły poranek do pracy, a na powrocie już w towarzystwie Ani, nadal w ciepełku, rundka po gminach: Swarzędz i Kostrzyn do Pobiedzisk. droga polna z Sarbinowa do Gortatowa (gm.Swarzędz)
Kolejny mglisty poranek przywitał mnie całkiem ciepłą temperaturą, bo po 6 rano było powyżej 10*C, więc jechało się do pracy przyjemnie. Po pracy natomiast tata zrobił mi niespodziankę, bo przyjechał pod firmę, w której pracuję i czekał na mój fajrant. Potem odprowadził mnie dobre 10km i potem już końcówkę dojechałem solo. Fajny dzień.
ździsie: Poranek w Ligowcu. Mgła na lotnisku daje wrażenie stepu.
Ile to już tych pięknych, słonecznych złotych dni tej jesieni? 2, 3, a może 7? Nie wiem, nie liczę, ale jedno jest pewne - trzeba korzystać. Tym sposobem odbyłem dziś kolejną wycieczkę. Najpierw z rana we mgle, a po 8 godzinnej przerwie regeneracyjnej (praca), powrót do domu w towarzystwie Ani i zachodzącego słońca.
Ale rano był klimacik - mgła gęsta jak mleko i w dodatku noc. Dobrze, że z tyłu świeci mi Mactronic Wally, bo w innym przypadku mógłbym zostać rozjechany, (kolega z pracy, jadący autem powiedział,że mam bardzo mocną lampkę). Poza tym okulary miałem zaparowane, a z kasku kapała mi skroplona para wodna. Mimo to, do pracy dojechałem suchy i najważniejsze cały.
Po pracy, to już natomiast inna bajka. W towarzystwie Ani, w cieple i bez mgły, powrót nieco inną niż zazwyczaj drogą do domu. Ania miała dziś zdecydowanie więcej zachowanej energii po pracy, że czasem zostawiała mnie hen z tyłu, a poza tym piękna, złota jesień trwa nadal, co nas bardzo cieszy.
ździsie: ok 6:40 i jazda we mgle
Po 7 rano świta, ale mgła coraz gęstsza.
Drzewa po drugiej stronie ulicy już słabo widoczne.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017