Jak nie musicie, to nie zapuszczajcie się w teren. Ja się dziś skusiłem i musiałem jechać polem, bo drogi gruntowe to istna breja! Na końcu jeszcze zaliczyłem OTB przelatując przez kierownicę, podczas zjeżdżania z pola na drogę :-) Nic mi się nie stało, bo spadłem na mięciutki śnieżek :-) Jednak większość tej niedzielnej przechadzki przejechałem asfaltem. Wiater wiał, a kwiaty nie pachły dzisiaj, ale najważniejsze, że kolejna dawka sporu została przeze mnie zaliczona :-)
To była jedna z najlepszych wycieczek w tym roku. Nie chodzi tu o miejsca jakie odwiedziłem, tylko o klimat, pogodę, samopoczucie i sprawność roweru. Tak mi się chciało dziś jeździć, że już wczoraj zaplanowałem sobie trzaśnięcie jakiejś weekendowej setki :-) Obrałem kurs na małe, gminne miasteczko w powiecie gnieźnieńskim - Kłecko. A dlatego właśnie Kłecko, gdyż prowadzą tam wspaniałe, mało uczęszczane asfaltowe drogi i mam do tego miejsca ok.50km. od domu i po prostu lubię to małe ponad 2,6tys. miasteczko :-) No i ok. godziny 10 rano przy 0*C wyruszyłem z uśmiechem na twarzy, z nasmarowanym łańcuchem, wodą z miodem i cytryną w bidonie i muzyką w uszach przed siebie.
Jechało mi się wspaniale! Wszędzie Słońce świeciło, drogi były suche, w uszach energiczne dźwięki, rower pięknie pracował i ogromny zapas sił w nogach ;-) To wszystko tak mi energii dodawało, że jazda była czystą przyjemnością. Po dotarciu do Kłecka, zrobiłem sobie mały piknik na ławce, zagryzając ciasteczka i popijając specjałem z bidonu. Siedząc na tamtejszym Rynku, tak się ugrzałem od Słońca, że musiałem się porozpinać na chwilkę :-) Zrobiło mi się tak błogo wylegując się na Słoneczku, że ciężko było potem ruszyć dupę. Ale jak już wsiadłem to pojechałem dalej przed siebie.
Podczas drogi powrotnej Słońce świeciło coraz mocniej, roztapiając śnieg na poboczach,przez co tworzyły się kałuże i asfalty zrobiły się mokre. Utrudniało mi to jazdę, gdyż woda kapała mi na okulary, a podczas szybkiej jazdy zamarzało to na przerzutkach i nie mogłem za bardzo biegów zmieniać...
Najgroźniejszą przygodę przeżyłem na wysokości wsi Gorzuchowo, kiedy wprost na mnie z pola wybiegła spora grupa dzików!!! Tak się wystraszyłem, że zacząłem spierdalać w drugą stronę, ale one najwyraźniej bardziej przestraszyły się mnie i rozdzieliły się na 2 grupy. Jedna grupa przebiegła ulicę i poszła przez Jezioro Gorzuchowskie, a druga obok mnie przeszła jak burza po grząskim polu. Dawno dzików nie widziałem na żywo, a tu taki widoczek mnie spotkał, dlatego te dziki uważam za najciekawszy punk dzisiejszej wycieczki :-) Choć ciekawym spotkaniem było również to z prawdziwym malarzem, artystą Ryszardem Białkiem , który we wsi Główna koło Pobiedzisk malował piękny pejzaż tamtejszych okolic :-)))
Wracając do domu, wstąpiłem jeszcze na ulubioną Capriciosę i potem jeszcze na kawkę do ukochanej mej dziewczyny :-)
Na koniec dodam jeszcze kilka słów o moim rowerze - teraz to jest mój rower marzeń, jestem bardzo mocno zadowolony z kultury pracy wszystkich jego podzespołów, a nowe opony na asfalcie idą jak żyletki! Nie dało się wolno jechać czasem, rower sam prosił się o depnięcie, co akurat spotykało się z wielką aprobatą moich nóg :-) Jest na prawdę dobrze!!! :-))))))))) Ludzie wsiadajcie na rowery i wiksa do przodu, bo życie jest piękne!
Kolejny mroźny poranek i kolejne kręcenie do pracy. Potem jeszcze pod wieczór trening wokół Jeziora Swarzędzkiego i potem get the hell out of here do domu. Jak jechałem na asfalcie i wjeżdżałem w dziurę, to mi się ciągle śledzie odbijały, bo żem się nażarł jak zwykły knur i żałowałem, że tyle tego się nachłapałem :-S A jak raz se jebłem bełta w lesie to mi śnieg na łeb spadł z gałęzi, bo sarny uciekały po drzewach do góry! Ponoć fala uderzeniowa już 3 razy Ziemię okrążyła, z czego ta pierwsza z pewnej górki rozpędziła mnie do 54km/h haha.
-12 stopni, piękna szadź i świecące Słońce - tak oto wyglądał dzisiejszy poranek, kiedy wyjeżdżałem do pracy. Dobrze się ubrałem i bez większych problemów te kilka km w terenie dojechałem, ale mróz ładnie zmroził mi dundle w nosie. Niezła zimowa aura w tym marcu. Po pracy lekko okrężną, terenową drogą do domu i potem jeszcze o zachodzie Słońca na pizzę, bo z lenistwa nie chciało mi się nic do jedzenia robić. Bardzo mi się dzisiaj dobrze jeździło - jest moc!
Podobno to już ostatni taki zimowy tydzień :-) Choć mrozi jeszcze nieźle, to dzisiaj na niebie zauważyć można było cofający się front atmosferyczny i niebo pod wieczór zrobiło się niebieskie - jest nadzieja :-)
Jednak nie wytrzymałem i wczoraj wieczorem założyłem Race Kingi :-))) Myślałem, że to nie zbyt mądry pomysł zakładając je w takie warunki, czyli śnieg i ślizgawica. Jednak wystarczyło tylko wyjechać paręnaście metrów, aby przekonać się jak baaaardzo się myliłem! Te opony to istny majstersztyk! Na to jak radziły sobie w śniegu i na ubitych, śliskich drogach jest tylko jedno słowo - REWELACJA Już się w nich zakochałem i jestem pewny, że w warunkach suchych będą idealne. No i jeszcze jedno. Zdziwiłem się, że w rozmiarze 2.0 balon jest tak mały, ale to jest duży plus, bo podczas jazdy na asfalcie praktycznie wcale ich nie słychać, wizualnie wyglądają bosko, a rower zdaje się jechać sam! Różnica w prowadzeniu tych opon, w porównaniu do np. jej głównego konkurenta Schwalbe Racing Ralph 2.1 na których także jeździłem jest na prawdę wyczuwalna na korzyść RK, ale jak będzie w innych warunkach to jeszcze z pewnością opiszę.
Rano standardowo do pracy, a po pracy szybki ogar i z zachwytem na twarzy zrobiłem sobie taki mały trening wieczorową porą. Tak jestem zadowolony z tych gum, że mimo mrozu i śniegu, aż żal było mi wracać do domu po takiej jeździe - jest dobrze w hej! :-)))
Ależ się dziś zmartwiłem wstając rano z wyra i spoglądając za okno. Śniegu tyle nawaliło, że szok! Zacząłem się nawet martwić, czy jestem w stanie po tak grubym puchu jechać rowerem. Jednak trzeba być twardym, a nie "mientkim" i do pracy wyjechałem na godzinę przed 8:00 żeby w razie czego nie spóźnić się i wstydu nie robić :-) Dobrze to obliczyłem, ponieważ jazda w takim śniegu, to była istna popelina :-) Pływałem na rowerze, znosiło mi koła, opona się ślizgała, pod górki wjeżdżałem jak żółw, aż się zgrzałem po kilkunastu minutach jazdy. Jednak do pracy dotarłem na czas i niektórzy mogą sobie pomyśleć, że ja jakiś dziwak jestem, że rowerem w taką pogodę jeżdżę, ale w gruncie rzeczy to sam nie wiem czy samochodem wyjechałbym w ogóle spod domu :-)
W każdym razie jakoś i dojechałem i wróciłem i zadowolony jestem, bo po przyjeździe do domu, na biurku czekały już na mnie nowiutkie oponki zwijane Continental Race King 2.0 z serii Protection. A dlaczego takie? Ponieważ są lekkie, wytrzymałe, mają małe opory toczenia i pasują idealnie do mojego stylu jazdy i wizualnie są kozackie. A jak będą się sprawować w realu to będę tego doświadczał dopiero, mam tylko nadzieję, że nie będą miały gorszych właściwości trakcyjnych od poprzednich Racing Ralphów, z których byłem bardzo zadowolony. Jednak wstrzymam się jeszcze z ich zakładaniem, bo w tych zimowych warunkach jakie jeszcze panują pod moim nosem, lepszych opon od obecnych potężnych Kanda Nevegal chyba nie znajdę :-) Ale mówię Wam te Kendy są kozackie - przy opuszczonym powietrzu do ok.1,8 bara te gumy w terenie czy śniegu są nie do pokonania, a po wjeździe na asfalt ten niski dźwięk słychać już z kilometra :-))))
Powoli mam już dość tej zimowej jazdy...Ogólnie to cieszę się, że w Polsce mamy 4 pory roku i w każdą z nich staram się jeździć rowerem. Ale czuję, że tę zimę rowerowo wycisnąłem możliwie jak najmocniej i chciałbym już powoli zacząć jeździć po suchym terenie. Pozostaje tyko mieć nadzieję, że to ostatnie podrygi tej zimy, a dzisiaj jadąc rowerem miałem odczucie, jakbym jeździł w styczniu, kiedy do mojego nosa wpadało mega mroźne i świeże powietrze.
Jeśli chodzi o dzisiejszy wypad, to po prostu pokręciłem się po lasach. Miał to być króciutki trip na odświeżenie umysłu, a wyszedł niezły trening, bo jazda w tym śniegu do najlżejszych nie należy, a ja wjeżdżałem jak zwykle w takie drogi, że quadem ciężko by było jechać :-S Nogi teraz czuję i nawet się nieźle zmęczyłem. Ale najważniejsze, że codzienna dawka sportu została zażyta w najlepszy jak dla mnie sposób - na rowerze!
Zdjęć mało, żeby nie dolinować niektórych umierających z tęsknoty za wiosną :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017