Wieczorowa jazda na odstresowanie. Przejechałem się do Koziegłów, skąd na pewnej polanie rozciąga się przyjemny widoczek na miasto Poznań. Widać stamtąd spory kawałek miasta i lubię sobie tam posiedzieć i popatrzeć na światła wieczornego Poznania.
Nareszcie temperatura zrobiła się taka jaką lubię najbardziej. Nie za ciepło, nie za zimno, tylko w sam raz. Jazda w końcu sprawia przyjemność i to motywuje mnie do jazdy. Witając wrzesień wybrałem się do Parku Krajobrazowego Puszcza Zielonka, a tam spokój, wilgotne drogi leśne, ładny zapach i cisza, no może oprócz odcinka z Tuczna do Zielonki, gdzie było małe oblężenie polan w lesie przez grzybiarzy. Pojeździłem sobie lajtowo po mniej znanych przeze mnie zakątkach, w pewnym momencie nie wiedziałem gdzie w ogóle wyjadę :-) Wyjechałem W Łopuchówku, skąd odbiłem lasami na Gać, Sławicę, potem na Rejowiec, Pawłowo Skockie i stamtąd wbiłem się z powrotem w ciemne ostępy Puszczy Zielonka. Dzisiejsza samotność na rowerze dobrze mi zrobiła, miałem wiele czasu na przemyślenia. Dodatkowo zmieniająca się w około przyroda daje bodźca do przemyśleń, jeszcze trochę a wszystko popadnie w sen zimowy.
Przejażdżka do Poznania. Chciałem zobaczyć co tam w centrum słychać, ale dojeżdżając nad Jezioro Maltańskie taka się ulewa zrobiła, że dałem spokój z centrum i w tym deszczu postanowiłem wracać. Cały byłem od błota i mokry - bleeee! A taki miałem czysty rower.... Najlepsze jest to, że całą drogę jechałem w terenie, dosłownie pod samą Maltę :-) Czyli da się dojechać do Poznania nie po asfalcie :-)
Wczoraj w końcu doprowadziłem Felta do porządku, dlatego dziś po południu wybrałem się na przejażdżkę aby troszkę odetchnąć po całym dniu. Początkowo miało być zupełnie relaksowo po najbliższych lasach, w ciszy i spokoju. Jednak jakoś tak wyszło, że po wyjechaniu z lasu koła doprowadziły mnie w zupełnie inne krajobrazy. Mowa tu o tereny przemysłowe elektrociepłowni na poznańskim Karolinie. Mimo hałasu i tym podobnych rzeczy, jechało mi się przyjemnie, gdyż temperatura idealna, zero insektów i czysty rower :-) Pozdrówka
Jadąc drogą z Kicina do Janikowa, moim oczom ukazał się zjebany widok. Otóż zaraz przy granicy Parku Krajobrazowego Puszcza Zielonka, a w zasadzie w jego otulinie, firma na "B" buduje sobie ogromną fabrykę środków chemicznych, owadobójczych itp. co mnie i wielu ludziom bardzo się nie podoba, ze względu na wiele niedobrych czynników wpływających na małą atrakcyjność turystyczną, ale także na aspekt ekologiczny i niebezpieczeństwo za tym idące. Jakieś tam protesty podobno były, ale jak wiadomo te pierdolone pieniądze rządzą tym światem i cóż może w takim przypadku zrobić zwykły, szanujący przyrodę i nie mający złotówki zamiast mózgu człowiek? No nic, oprócz chyba tego co ja, czyli stanąć na górce i z zażenowaniem zrobić zdjęcie pięknej Dziewiczej Góry przysłoniętej zasraną fabryką :-(((
Totalne odprężenie na rowerze, jadąc po okolicznych drogach leśnych, polnych asfaltowych. Dojechałem nad Jezioro Kowalskie, gdzie nacieszyć się mogłem widokiem skąpanego w Słońcu zalewu, na którym pływali kajakarze, a przy linii brzegowej roiło się od wędkarzy, biwakowiczów, spacerowiczów, bo jezioro to jest na prawdę bardzo malownicze i pełne uroku, szkoda tylko tej wody zanieczyszczonej Bóg wie czym... Temperatura zrobiła się już milutka do jazdy rowerem, bo czas płynie nieubłaganie i wrzesień już puka do drzwi. Niektóre drzewa powoli także pozbywają się już letnich zielonych odcieni i przybierają jesienne barwy. Tak jest moi drodzy, ani się nie obejrzymy a za oknami zawita furia ciepłych kolorów spowita babim latem, ale ja to bardzo lubię w sumie - jesień to piękna pora roku i o ile deszcz nie będzie w nadmiarze zalewał gruntu pod nogami, to czeka nas najlepszy, rowerowy czas do jeżdżenia :-)
Jazda relaksacyjna po terenie, w celu nałykania się jak największej ilości świeżego powietrza, po zajebistym weselichu. Nie będę się rozpisywał, bo sensu nie ma, ale muszę przyznać że mimo grubej impry, jechało mi się wspaniale i odmuliłem się jak trzeba :-)))
Druga część naszej wyprawy po wschodnim odcinku Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego wiodła z Pyzdr do Śremu. Rano przebudziliśmy się w blasku Słońca. Jakież to miłe widzieć jasność za oknem, po dniu poprzednim zlanym deszczem i zaciemnionym chmurami.... Przed wyjazdem zjedliśmy syte śniadanie i w drogę. Już na "dzień dobry" niestety druga z moich niedawno zakupionych, zwijanych opon Continental Race King odmówiła współpracy przedzierając się przy obręczy, co spowodowało solidne bicie, które przeszkadzało i martwiło do końca drogi. Na szczęście opona mimo balona n ie pękła na amen. Ale tych opon już nie kupię.
Trasa prowadziła oczywiście wałami przy rzece Warcie i początkowo był to asfalt. Jednak ku naszej uciesze to czarne badziwie, skończyło się u stóp Żerkowsko - Czeszewskiego Parku Krajobrazowego i jechaliśmy już pięknymi terenowymi ścieżkami. W Orzechowie przeszliśmy przez most kolejowy na drugą stronę Warty, gdyż prom o tak wczesnej porze jeszcze nie kursował. No i potem szlak prowadził już po wałach praktycznie do samego Śremu. Trasa biegła znów wśród malowniczych pejzaży. Krowy na łąkach, jabłka przy drodze, spokojna Warta obok, wędkarze w zaciszu łowili ryby, a po rzece pływały łódki. Słońce świeciło, wiatr spokojny - no istna idylla :-) Dojeżdżając do Śremu na chwilkę krótką przeszła burza, ale przystanek schronił nas przed deszczem. Po chwili już wyszło Słońce, a jazda po parującej drodze sprawiała przyjemność.
W Śremie zjedliśmy pyszny obiad i pozwiedzaliśmy to miasto, które naprawdę prezentuje się się bardzo pozytywnie. Ładna promenada przy Warcie, zadbany rynek, łódki sobie pływały - fajnie. Po tym obraliśmy kurs na Kórnik i potem jazda do domu, cały czas na wspomnianym biciu opony :-) Natłok pozytywnych wrażeń, spotkanych ludzi, przejechanych km. w deszczu i wietrze, po wałach i asfalcie - To była jedna z najlepszych moich wycieczek, którą zapamiętam na długo. Dzięki Ci Piotras, za wszystko! Ale największe podziękowania kieruję do Matki Natury, która stworzyła tę piękną krainę, którą mogliśmy zobaczyć, poczuć i usłyszeć. No i jeszcze została nam zachodnia część szlaku do zwiedzenia, więc są perspektywy Piotras :-)
Ajjjjj wiele jest do powiedzenia i szczerze mówiąc nie wiem od czego zacząć, gdyż wyprawa ta dostarczyła tylu wrażeń, że brak mi słów! Ale coś wydukać muszę, dlatego jakoś zacznę...
Jakiś czas temu, człowiek prawie tak niezrównoważony jak ja, zwany Piotrasem, wysnuł pomysł przejechania wschodniego odcinka Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Ja się od razu zgodziłem, wiedząc, że szlak ten to prawdziwa gratka dla rowerzysty, ze względu na wiele aspektów, w większości przyrodniczych, o których powiem później. Padło na 10 i 11 dzień sierpnia, gdyż obydwoje mieliśmy cały weekend wolny. Przygotowaliśmy się pięknie do tej 2 dniowej eskapady, zakreślając szeroki plan, począwszy od sakw, skończywszy na obmyśleniu każdego kilometra przejechanej trasy. Nie pozostało nic innego jak wyruszyć w siną, w sensie dosłownym dal. Pobudka po 2 w nocy i przed 4 jechaliśmy już autem, z rowerami na uchwycie nad tamę przy Jeziorze Jeziorsko niedaleko Sieradza w Woj. Łódzkim. Wielkie dzięki należą się w tym miejscu Matiemu, który zawiózł nas na miejsce. Podczas jazdy deszcz nie przestawał lać i wycieraczki nie nadążały odbierać wody z szyb, nie napawało nas to optymizmem, jednak pokłady naszej radości były ogromne, a głowy pełne endorfin. Po dotarciu na miejsce startu, czyli nad Jezioro Jeziorsko, przygotowaliśmy się do jazdy, ubierając się w jakieś coś wodoodporne, bo deszcz padał jak z cebra. Jednak widok jaki spotkał nasze oczy w tym miejscu zrekompensował wszystkie pogodowe przeciwności losu, mowa tu o Jeziorsku. Pierwszy raz w życiu widziałem jezioro tak wielkie, że końca widać nie było!!! Przepiękny, majestatyczny widoczek, a ja przecież takie coś lubię najbardziej. Jezioro Jeziorsko to największy w Polsce zbiornik retencyjny o ogromnej powierzchni, szerokości prawie 4km. i długości prawie 17km. i nie bez kozery nazywany jest Morzem Sieradzkim. Nacieszyliśmy oczy tym krajobrazem i następnie ruszyliśmy w trasę, cały czas kierując się znakowanym szlakiem Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Pierwsze kilometry były ciężkie, musieliśmy przyzwyczaić się lejącego deszczu, ciężkiego terenu, mokrych butów, ale także ciężkiego ładunku za plecami.
Szlak prowadzi wzdłuż Warty, w większości po wałach przeciwpowodziowych i dostarcza naszym zmysłom pięknych dzikich widoków. Warta płycie sobie obok, a my podziwiamy jej kręte oblicze. Na łąkach pasą się krowy, trawa aż pachnie świeżością, mijamy Uniejów, w którym podziwiamy tamtejszy zamek i piękną infrastrukturę turystyczną. Deszcz cały czas nie daje za wygraną, ale my jesteśmy twardzi i cieszymy się każdą chwilą na rowerze. Krótki postój w Kole na kawę i z powrotem wracamy na szlak, kierując się na Konin, cały czas jadąc pięknymi dziewiczymi terenami, podziwiając nawet orły bieliki, które znalazły tam spokój i bezpieczeństwo. Piotras pierwszy raz widział na żywo te ogromne ptaki i widziałem jak mu się gęba cieszyła na ich widok. Po dojechaniu do Konina, czyli po 100km w samym terenie, w deszczu i pod silny wiatr, nasze organizmy domagały się jakiegoś bodźca energetycznego, dlatego zrobiliśmy sobie odpoczynek i papu...a robiło się późno. W pewnym momencie zaczęliśmy wątpić czy dojedziemy do Pyzdr, w których mieliśmy szukać noclegu. Na szczęście mimo godzinnego spóźnienia, udało nam się zawitać w Pyzdrach, a zmęczeni byliśmy jak cholera przez tą pogodę. Z noclegiem nie mieliśmy na szczęście problemu - Gospodarstwo agroturystyczne "Pod Kogutem" przyjęło nas z otwartymi ramionami :-) Po godzinie 19:00 byliśmy już rozpakowani i wykąpani i nie pozostało nam nic innego jak.......pójść się zrelaksować do Pyzdr przy piwie :-))) Przy brzegu Warty w Barze " U Perkoza" spotkało nas tak miłe przyjęcie, że przyznam szczerze byłem w szoku. Wszyscy przyjacielsko nastawieni do "obcych" rozmawiali z nami jak z ziomalami, nawet zagraliśmy w bilarda z najlepszym gościem z Pyzdr - Krzysiem :-) Pozdrawiam Paulinę, Patrycję, Krzysia, Agnieszkę, Krzycha motocyklistę i Karolinę, z którą fajnie mi się gadało :-) No i całą resztę ludzi, których imion nie zapamiętałem. Zrobiło się późno, dlatego poszliśmy spać, aby w miarę wypoczęci mogliśmy zacząć jazdę jutro.........CDN
Miałem do obgadania z Piotrasem kilka spraw przed naszą wspólną wyprawą, dlatego spotkanie wykorzystaliśmy na rowerach i w siodłach właśnie omawialiśmy punkt, po punkcie. A przejechaliśmy się spokojnie nad poznańską Maltę. Upał i brak wiatru dawał się we znaki, ale dawaliśmy radę chłodząc i nawadniając organizm. Ogólnie bardzo ładny dziś dzień był i wykorzystany maksymalnie przeze mnie :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017