W ramach sprawdzenia roweru po serwisie przed jutrzejszą eskapadą, przejechałem się dziś krótko i bez szaleństw nad Jezioro Kołatkowskie. Prawie cały akwen objechałem dookoła, jadąc m.in. singlem wzdłuż linii brzegowej, będącym także zielonym szlakiem turystycznym Puszczy Zielonka. Jeździło mi się dziś wyśmienicie, sama przyjemność. Rower spisuje się bardzo dobrze i jest przygotowany na jutrzejszą eksplorację Powidzkiego Parku Krajobrazowego. Jedynie nie jest dobrze jeszcze do końca z moim zdrowiem, gdyż kaszel mam i nadal coś z nosa cieknie. Ze względu na dzisiejsze święto i przedpołudniową porę mojego wypadu, w eterze cisza i totalne odludzie, a to lubię :-)
Piękne Słońce się pokazało po południu, dlatego bardzo wolno i relaksowo pojeździłem sobie po Puszczy Zielonka. Jakieś przeziębienie mnie trzyma nadal, dlatego czuję osłabienie i po chwili już plecy miałem mokre. Jesień nadal rozpieszcza zmysły :-)
Żadne tam choróbsko mnie nie zniechęci, kiedy moje fyrtle zamierzają odwiedzić, dobrze mi znani gnieźnieńscy rowerzyści: micor i kubolsky. Źle się od wczoraj czuję i lekko mnie coś chwyciło, ale jakoś się wzmogłem i pojechałem. Na domiar tego swój akces w dzisiejszej wycieczce zgłosili także: mój brat Wojtas, kumpel z Poznania Łukasz, wszystkim doskonale znany Piotras i kiszkowski szerszeń Przemo. Po dotarciu na miejsce zbiórki, czyli nad Jeziorem Dębiniec w Parku Krajobrazowym Promno, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że jedziemy dookoła Jeziora Kowalskiego, zahaczając oczywiście o mój ulubiony w tej okolicy singletrack - zwany już przez co niektórych "singlem Grigora" :-))) Ale na początku wyruszyliśmy nieco asfaltowymi drogami, prowadzącymi jak najbliżej brzegu "zalewu" aby potem skręcić już w iście terenowe ścieżki i cieszyć się wspólnie kręconymi kilometrami. Jako, że przypadł mi dziś zaszczyt prowadzenia wycieczki, to chciałem pokazać chłopakom wszystkie ładniejsze zakątki tego sztucznego zbiornika retencyjnego. Jak zwykle śmiechu było bez liku i czasem jechać się nie dało. Mam nadzieję, że Jezioro Kowalskie wszystkim się podobało i sam cieszę się niezmiernie, że mogłem z Wami meny dziś pojeździć, a w szczególności z kilkoma z Was, gdyż okazji do końca roku może już nie być...
Wracając z dzisiejszego tripu ok.20:00 w Tucznie na końcu lasu, zatrzymałem się w celu skonsumowania czekolady. Jem, a wokoło cisza, spokój i ciemność. Po chwili po drugiej stronie drogi dobiegły mnie jakieś szmery. Pomyślałem, że to jakieś daniele, albo lisek obserwują mnie zza krzaków. Włączyłem lampkę zaniepokojony coraz głośniejszym szelestem liści. Po chwili świecenia i nasłuchiwania, moim oczom ukazał się malutki kotek. Wyszedł na pobocze jezdni i na moje wołanie, zaczął strasznie miałczeć biedaczek jeden. Zacząłem się zastanawiać, co taki ok.5 miesięczny kociaczek może robić w lesie, po ciemku i z dala od zabudowań? Strasznie zrobiło mi się go żal i podjąłem próbę złapania zwierzaczka, aby mu pomóc. Kotek nie był zdziczały i dał się podejść nawet na 1 metr, ale po wyciągnięciu do niego ręki, szybkim czmychnięciem oddalał się o kila metrów dalej. Tak się z nim goniłem powolutku po lesie, z lampką w ręku że nie zauważyłem jak rower zniknął mi z pola widzenia. Po 15 minutach prób zrezygnowałem i ze zmartwieniem wróciłem do roweru. Jem ostatnie kęsy czekolady i w oddali słyszę donośne wołanie tego biednego kociaczka, ale także krakanie kruków :-( Mówię sobie, że nie ma bata i muszę koniecznie go złapać, bo ta noc może być dla niego ostanią. Poszedłem do niego powoli, mówiąc do niego ciepłym głosem. Znowu mi umykał, ale po chwili skupiłem się nad nim i szybkim ruchem dorwałem go!!! Wierzgał się przez chwilę, mocno miałczał ze strachu i nawet mnie ugryzł biedaczek, ale wziąłem go za pazuchę, pogłaskałem i uspokoiłem trzęsącego się malucha. Zaczął mruczeć :-))) Jest dobrze. To wziąłem go pod pachę i jazda dobre 2km. do Tuczna. Chciałem go zawieźć w jakieś bardziej zaludnione miejsce...Znalazłem pewien dom, koło którego kręciło się już parę kotów. Zadzwoniłem....Otworzyła starsza kobieta, której przedstawiłem całą sytuację. Na szczęście ta pani była wyrozumiała dla miałczącego zajadliwie kociaka i pozwoliła zostawić go na swoim podwórku. Powiedziała, że w miarę możliwości się nim zajmie :-))) Uwierzyłem jej i puściłem pechowca na trawkę. Postałem tam jeszcze chwilę patrząc na biało-burego domorosłego drapieżnika i widząc jak daje nogę do jakiejś drewnianej szopki odjechałem z uśmiechem na twarzy.
Ja mam kochanego kota Lelocha w domu i nie wyobrażam sobie gdyby miało go spotkać coś podobnego. Dlatego trzeba pomagać zwierzętom! Nie ważne czy to kot, pies, krowa, czy wieloryb! Ja jestem z siebie dumny, że zrobiłem dobry uczynek. Ehh biedny kociaczek - może sobie poradzi teraz....
To tyle wrażeń z dzisiejszej wycieczki, bo zdjęć nie robiłem o ironio!
Po pracy, pod wieczór wybrałem się pojeździć w terenie - Puszcza Zielonka oczywiście. Ciepło dziś było jak latem prawie, bo wyjeżdżając ok.17:00 termometr wskazywał 19 stopni, dlatego ubrałem krótkie spodenki i to był dobry ruch :-) Fajnie się jeździło, bez większych niespodzianek. Jeżdżąc po lesie cieszy mnie widok biegających między drzewami zwierząt. Najwięcej obserwuję danieli, ale oprócz tego widziałem też jelenie, sarny i lisa :-)
Miejscowości przez jakie przejeżdżałem to: Wierzonka - Mielno - Pławno - Okoniec - Huciska - Boduszewo - Głęboczek - Dąbrówka Kościelna - Stęszewko - Tuczno - Karłowice.
Po pracy chciałem pojeździć tylko po okolicznych, polnych drogach i o zachodzie Słońca powrót, jednak jak to zwykle bywa zapuściłem się nieco dalej... Lampki nie wziąłem, a jako że wracać musiałem lasem, to było całkiem ekscytująco :-) Na początku zdążyłem dojechać przed zachodem na górkę w Kowalskim, aby nacieszyć się widokiem chowającego się za horyzont Słońca - mistyczne doświadczenie. Potem zrobiło się ciemno i jazda przez Kowalskie, Kołatkę do Tuczna i wjazd do Puszczy Zielonka w zupełnym mroku, bez oświetlenia i z pełnymi gaciami. Cienie i odgłosy galopujących zwierząt leśnych przyprawiały mnie o gęsią skórę, a niedostrzegalne dziury i kałuże dolewały oliwy do ognia :-) Ale jakoś udało się terenem podjechać pod samą hacjendę.
Ps. Pozdrawiam Filipa - rowerzystę poznanego dziś przypadkowo na szlaku.
Namówiłem brata Wojtasa na krótki trip po Parku Krajobrazowym Puszcza Zielonka. Głównym celem była Dziewicza Góra, a w zasadzie wieża widokowa na jej szczycie, czyli najwyższy punkt w tym parku. Jako że dziś niedziela i pogoda nawet fajna, to taras na wieży był otwarty dla turystów (czułem to w kościach) dlatego zaraz po przyjeździe na miejsce zakupiliśmy bilet wstępu w cenie 6zł/osoba i weszliśmy po krętym korytarzu na górę.
Zawsze jeżdżąc na Dziewiczą Górę pokazuję Wam zdjęcia ze szczytu, który porośnięty jest lasem i nic szczególnego stamtąd nie widać, ale dziś mimo niesprzyjających warunków widokowych (mgła) chciałbym pokazać jaki tam naprawdę krajobraz się rozpościera. Zatem koniec już tego pisania i zapraszam gorąco do oglądania zdjęć z wieży widokowej na szczycie Dziewiczej Góry (szczyt + wieża = 183m.n.p.m.)
Ale najpierw był dojazd pięknymi jesiennymi pejzażami:
Przymroziło dziś z rana, bo wyjeżdżając ok. 8:00 na okolicznych łąkach trawa mieniła się białym szronem. Nie zraziłem się tym, tylko pomknąłem do Poznania na spotkanie z ziomkiem, z którym umówiony byłem na wycieczkę. Pojechaliśmy zobaczyć bazę lotniczą w Krzesinach. Mieliśmy nadzieję zobaczyć myśliwce f16, ale niestety po dojeździe na miejsce, zadowolić musieliśmy się widokiem otwartych hangarów i wydobywających się z nich ryków turbin odrzutowych, podczas gdy na pasie startowym świeciło pustkami.
Potem to już spontaniczna jazda po mało mi znanych poznańskich ulicach, ciesząc się świecącym Słońcem, które z minuty na minutę grzało coraz mocniej. Odwiedziliśmy Gądki i okolice Kostrzyna, jadąc w większości asfaltowymi drogami. Było bardzo miło i wesoło, zresztą jak to już tradycyjnie bywa w towarzystwie Łukasza. Felt spisuje się wyśmienicie, tylko licznik muszę jakiś lepszy kupić, bo ten który mam sam się resetuje :-S dlatego muszę kreślić trasę odręcznie w gpsies, co zamieszczam poniżej. Zresztą wyszło fajne kółko wokół Swarzędza :-)
Miał być dziś odpoczynek, ale coś tchnęło mnie jednak na krótki nocny trip. Pojechałem troszkę okrężną asfaltową drogą na Dziewiczą Górę. Podjechałem sobie na szczyt i potem zjechałem robiąc przy tym straszny hałas hamując przeraźliwie głośno v-brake'ami, mam nadzieję że żadne zwierzątko w lesie nie doznało zawału słysząc ten pisk... Wracając złapał mnie spory deszcz, a mój licznik który kupiłem do zimówki, pod naporem paru kropelek wody odmówił posłuszeństwa - żałuję, że kupiłem takie tanie gówno.
Dobry wieczór wszystkim. Właśnie jestem świeżo po powrocie z dzisiejszego najtbajkingu i muszę przyznać, że dziś się troszkę zmęczyłem i nie chce mi się rozpisywać. Po prostu normalna jazda o świecących lampkach, choć tak naprawdę wcale mi one do szczęścia potrzebne nie były, gdyż Księżyc robił dziś dobrą robotę i mimo czarnego nieba dawał on takie światło, że rzucałem bardzo wyraźny cień na drogę. Krążyłem raczej po nieuczęszczanych drogach, dlatego ruch był znikomy, ale i zdjęć robić czego nie było. Jest klimacik jeżdżąc w nocy, a opadająca mgła potęguje doznania - polecam każdemu :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017