Człowiek o 16 skończy pracę, a tu Księżyc w pełni świeci....hmmm pojeździłoby się w terenie w świetle Słońca, ale skoro tylko Księżyc rzuca się w oczy po południu, to czemu nie :-) Krótki wypad w większości asfaltami, kiedy dojeżdżałem do Swarzędza, potem przy Jeziorze Swarzędzkim i po mieście drogami rowerowymi, których jest tam nawet sporo, no i na końcu troszkę dróg gruntowych, gdy podjechałem ścieżką dydaktyczną w Dolinie Rzeki Cybiny. Niestety podczas powrotu, 2km. od domu złapałem laczka w tylnym kole i jako, że już było blisko to jakoś ostatnim tchem powietrza z dętki dojechałem prawie pod hacjendę.
Jest jakoś mroczno podczas jazdy w pełni Księżyca :-S
Musiałem dziś wpaść z wizytą w rowerowym po 2szt. osłonek na pancerze, bo mi zabrakło podczas serwisu, a chciałbym to dziś skończyć. Jedynym otwartym dziś sklepem był "markowerowery" na Franowie, dlatego przedzierać się musiałem przez kilka ogromnych osiedli. Zadzwoniłem po ziomka ze Starego Miasta i tym sposobem w Poznaniu miałem towarzystwo, bo Łukasz pojechał ze mną do sklepu i odprowadził mnie nad Jezioro Maltańskie. Dojazd do Poznania to zwyczajny asfalt, także zupełna beznadzieja, ale już z powrotem wybrałem nieco bardziej atrakcyjny wariant, ścieżkami prowadzącymi z Malty, przez Antoninek, nad Jezioro Swarzędzkie, więc troszkę terenu zażyłem na szczęście.
Jednak jazda asfaltem męczy dużo mniej niż w terenie. Wczoraj ten dystans zrobiony w błotnistej Puszczy Zielonka wyciągnął ze mnie prawie wszystkie siły, a dziś po asfalcie mógłbym trzasnąć jeszcze raz tę trasę.
Pogoda była dziś tak szaro-bura, że zdjęć tylko kilka, tak dla zasady:
Dzisiaj za oknem widoki już nie tak zimowe jak tydzień temu, ale w sumie jeszcze mamy jesień, która na razie świetnie sobie radzi malując wszystko na szaro i mocząc wodą wszystko na swej drodze. W myśl tego już wczoraj zaplanowałem sobie jakiś miły wypad do lasu, aby napełnić płuca świeżym powietrzem, mięśnie krwią, a oczy pięknymi widokami.
Na sam początek podjechałem asfaltem do Tuczna, skąd wbiłem się w las, jadąc fajnym singlem tuż obok brzegu Jeziora Tuczno.
Pokręciłem się po tamtejszej okolicy i odbiłem nieco głębiej w las, gdzie czasami nawet zdarzyło mi się jechać nie poznanymi do tej pory, leśnymi drogami. Tym sposobem dotarłem do pięknego miejsca w tym Parku Krajobrazowym, a mowa tu o Rezerwacie "Las Mieszany w Nadleśnictwie Łopuchówko" gdzie zachował się ponad 200 letni drzewostan sosnowo, dębowy z domieszką buków. Jadąc tymi niedostępnymi drogami można poczuć ducha tej prawdziwej, pradawnej puszczy...
Następnym przystankiem był kolejny interesujący rezerwat, a mowa tu o "Klasztornych Modrzewiach" gdzie na niewielkim obszarze z ziemi wyrastają najwyższe drzewa całego Parku Krajobrazowego - modrzewie europejskie nierzadko przekraczają wysokość 40 metrów i robią na prawdę duże wrażenie, gdy stoi się u ich podstawy.
Gdy nacieszyłem oczy widokiem tych drzew, wsiadłem na rower i po prostu pojeździłem sobie jeszcze po leśnych otchłaniach. A tam dużo jesiennych widoków, stęchłe liście, lekka mgła nad głową, dużo błota, ale także biegające między drzewami daniele.
Na koniec wyjechałem z Puszczy Zielonka, aby asfaltem przez Kiszkowo i Turostowo dostać się nad Jezioro Turostowskie, które leży w otulinie Parku i zrobić mu ostatnie dziś zdjęcie, bo.....
......potem to już istna gehenna pod wiatr dobre 20km. błotnymi drogami polnymi i leśnymi, a ja ani kasy, ani żadnego nawet jednego ciastka za pazuchą. Oj odcięcie było niezłe, ale jakoś dojechałem do chaty....do lodówki oczywiście :-)
Najpierw dobrze się wyspałem, a potem trochę ruchu w jeszcze bardziej zaśnieżonym terenie niż wczoraj, gdyż troszkę przez noc dosypało. Pojechałem nad Jezioro Kowalskie i potem po różnych wioskach w gminie Swarzędz, aby wrócić do domu lasami wokół mojej Wierzonki. Jeździ się przyjemnie i niech tak zostanie. Chwilkę po powrocie zaczęło solidnie sypać i szkoda troszkę, że byłem już w domu, bo z chęcią pojeździłbym w takiej śnieżycy.
Kurde dawno nie jeździłem....różne są tego przyczyny, ale powolutku na horyzoncie pojawia się światełko w tunelu :-))) Zmienił się krajobraz diametralnie w ostatnich dniach. Śniegu nawaliło i w terenie zrobiło się gładko, ślisko i biało. Nie powiem żebym płakał z tego powodu, gdyż tak po cichu czekałem na taką aurę. Lubię jeździć w śniegu, wystarczy się tylko dobrze ubrać z czym miałem dziś w sumie mały problem, bo po wymagającym dojeździe nad Jezioro Kowalskie postanowiłem zdjąć bluzę rowerową spod kurtki. Potem już jazda po lesie i relaks. Wracając trochę mnie przewiało na otwartym terenie i na prawdę ciężko było utrzymać pion jadąc z wiatrem w bok. Zimowy rower sprawuje się bardzo dobrze, a biały Felt powolutku nabiera pięknego kształtu i na wiosnę będzie ogień :-))) Ale na razie składam, montuję i chucham :-)))
Miało być inaczej, bo chciałem dziś odwiedzić Gniezno. Jednak pogoda troszkę zniechęciła mnie do tego. Mżawka po prostu odbierała wszystkie chęci, których i tak starczyło mi na sporo. W sumie to nawet byłem blisko Gniezna, ale w pewnym momencie zawróciłem, a z mżawki zaczął robić się delikatny deszcz. Jest ta pora jednak depresyjna, człowiek żeby nie siedzieć w chacie, rusza dupsko na rower, a tu też nie jest kolorowo. Ten deszcz, zimno, mgła, mało życia, odcienie szarości i seledynu....można wpaść w czarną dupę przez to. Na szczęście jest coś takiego przyjemnego w kręceniu korbą, czego nie umiem opisać i mimo niesprzyjającej aury, w kącikach moich ust przeplatał się uśmiech.
Jeździłem dziś po różnych wioskach w trzech gminach: Swarzędz, Kostrzyn i Pobiedziska. Teraz myślę już o zimowych wojażach i niech już śnieg spadnie, przynajmniej mokry nie będę :-)
Na koniec mały bonus. Wjechałem nielegalnie na teren dawnego gospodarstwa rolnego w mojej Wierzonce, gdzie spędziłem na prawdę wiele fajnych chwil swojego dzieciństwa. Teraz cały teren od wielu lat władany jest prywatnymi rękoma i wjazdu tam niema. Nie byłem tutaj już chyba kilkanaście lat. Chciałem pokazać Wam kuźnię z 1846 roku i dwór, który zaraz się rozpadnie niestety. Pamiętam jak za starych czasów wszystko było zadbane, a wokół dworu rozpościerał się piękny park, w którym spędzałem całe dnie z kolegami...
No i nareszcie znalazłem troszkę wolnego czasu i chęci też, aby pojeździć w terenie. Na początek za cel obrałem Rezerwat Przyrody Jezioro Pławno, dokąd dojeżdżam po kilkudziesięciu minutach i cieszę oczy widokiem schowanego w dolinie, za trzcinami 11 ha Jeziora Pławno. Aby zobaczyć taflę wody musiałem wdrapać się na drzewo, dlatego też jakieś zdjęcia tego zbiornika udało mi się zrobić. Po Parku Krajobrazowym Puszcza Zielonka jeżdżę jak wiecie bardzo często, ale nad Jeziorem Pławno byłem chyba tylko jeden raz w życiu i to w Podstawówce :-))) a wynika to myślę stąd iż ciężko tam dojechać. Po objechaniu jeziora, wróciłem na zielony szlak którym pojechałem w dalszą część wypadu. Szlaku tego, w tym odcinku chyba nigdy nie przejechałem, a było co podziwiać, bo prowadzi naprawdę pięknymi leśnymi ostępami. Po dojechaniu do centrum parku - Zielonki zadzwoniłem do Przemka, który po 20min. wstawił się w Dąbrówce Kościelnej i potem już razem wyruszyliśmy na północ Parku Krajobrazowego, przejeżdżając przez Dzwonowo, Gać, Łopuchowo... i kierując się w stronę Tuczna. Fajnie, że Przemo wpadł pokręcić ze mną, bo z lekka nudno by mi było samemu i nie nakręciłbym tyle w terenie. A tak to z Przemem sobie gadaliśmy i jechaliśmy i było przyjemnie. Po kilkudziesięciu wspólnie przejechanych km. ja zacząłem opadać z sił...zjadłem ostatnie tafelki czekolady, ale sklep był nieunikniony. W Tucznie zapchałem się jakimiś chrupkami i od razu lepiej, także ostatnie km. jechało mi się już świetnie. Z Przemem żegnam się w Tucznie, skąd on jedzie w swoją drogę, a ja lasami do domu. Sporo dziś nowych ścieżek poznałem i jadąc kilka ominiętych zakrętów pozostało mi w pamięci - na pewno odwiedzę je przy kolejnej okazji.
Zrobiło się już zupełnie szaro w eterze. Prawie wszystkie liście już spadły na ziemię, w powietrzu unosi się mgiełka, wszędzie mokro, a zwierzęta przybrały już zimowe barwy. To znak, że tegoroczna jesień osiągnęła już swoje apogeum i powolutku przyroda "zahibernuje" się na kilka miesięcy... A ja dziś zupełnie sam, jeździłem po mrocznych ostępach Puszczy Zielonka obserwując to wszystko. Czas szybko płynie. Pamiętam jak dość niedawno wszyscy jeździliśmy w 30 stopniowym upale, a tu mamy już listopad i tylko patrzeć jak lujnie śniegiem, ale mimo to polecam wszystkim jazdę na rowerze przez cały rok. Jazda jesienią, czy zimą ma swój niepowtarzalny klimat.
Dnia dzisiejszego, niezniszczalna ekipa w osobach: Mr Jerry, Piotras, Przemo, Marcin, Junior Mateusz oraz ja, wybraliśmy się na wycieczkę, której celem było zobaczenie dwóch wielkich jezior, z czego jedno Powidzkie jest największym jeziorem Woj. Wielkopolskiego i znajdującym się w Powidzkim Parku Krajobrazowym.
Na początku pobudka o 5 rano, szybki ogarniak i po kilku podejściach na kibel mogłem o 6 wsiąść na rower i wyruszyć na spotkanie Przemowi i Potrasowi, z którymi to udałem się przez różne wioski, wioseczki i Czerniejewo do wsi Karsewo, gdzie czekała już na nas ekipa z Gniezna. Po przybiciu sobie piątek z gnieźnieńską ekipą na liczniku pykło pierwsze 50km. Początkowo jechało się dobrze, bo z nieba nic nie leciało, jednak po krótkim czasie chmury zaczęły nas sukcesywnie moczyć deszczem, co jak wiadomo nie napawało optymizmem. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i widoki ogromnego Jeziora Powidzkiego, ale także jego pięknej okolicy zrekompensowały mokre tyłki. Zresztą dodać do tego super kolesi, z którymi jechałem, wyszła naprawdę bardzo wesoła wycieczka - jak zwykle zresztą :-)))
Fajnie mieć znajomych bikerów, znających okolice Powidzkiego Parku Krajobrazowego, gdyż sami byśmy nie pojeździli tamtymi ostępami tak pewnie i nie zobaczyli byśmy tych super widoków na Jezioro Powidzkie. Chłopaki ładnie nas oprowadzili znad Jeziora Powidzkiego do Jeziora Niedzięgiel, drugiego pod względem wielkości zbiornika w tymże Parku. Nad Jeziorem Niedzięgiel na najpopularniejszej w WLKP. plaży - w Skorzęcinie (zwany poptocznie Skojem) Zrobiliśmy objazd miasteczka, które poza sezonem jak wiadomo świeci pustkami, ale także pojechaliśmy na molo i zrobiliśmy przerwę na zdjęcie. Bardzo zadziwiony jestem czystością tamtejszej wody w jeziorach - prawie kryształ. Marcin powiedział, że jest tam w okolicy jezioro o najczystszej wodzie jaką kiedykolwiek widział w polskich akwenach, ale to zostawiam na jakąś letnią wyprawę :-) Ucieszyła mnie także spora dawka tamtejszego terenu i długich leśnych dróg, wszystko ładnie oznakowane i zadbane. Mają tam nawet parkingi leśne typowo dla rowerzystów, z krytymi ławeczkami, śmietnikiem, jakimiś informacjami i stojakami dla rowerów.
Po pożegnaniu się z menami z Gniezna na Rynku I Stolicy Polski, wraz z Przemem i Piotrasem ruszyliśmy w stronę Kiszkowa w sporym deszczu i pod silny wiatr. Także ostatnie powiedzmy 40km było baaaardzo ciężkie, na domiar tego robiło się już ciemno, a mnie lampki odmawiały posłuszeństwa. Z Przemem żegnamy się w Sroczynie, a Piotras towarzyszy mi jeszcze kilkanaście km. aż do Wronczyna, gdzie serdecznie sobie podziękowaliśmy za ten zajebisty dzień!
Na koniec wolą kurtuazji podziękuję szczerze wszystkim moim dzisiejszym towarzyszom za wspólne kręcenie. Piotras, Przemo wiecie że z Wami jeździć lubię najbardziej :-) Chłopaki z Gniezna - Wam dziękuję za to, że mimo niesprzyjającej aury nie kisiliście ogóra przed TV i wyjechaliście po nas, pokazując, że macie jaja :-) A Juniorowi dziękuję osobiście za to, że dał radę jechać bezpośrednio za mną HEHE! A dla mnie, oprócz wspaniałej wycieczki, był to niezły trening swoją drogą...Prawie 160km. ze sporym obciążeniem na plecach i na rowerze z korbą za 5 dych, to jest to! Ale kto to zrozumie zawodowcy.... :-))) Do następnego wszystkim!
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017