Dałem się dziś nabrać pogodzie i ubrałem się zdecydowanie za grubo. Skutkiem tego, były siódme poty podczas dojazdu do pracy, ponieważ w plecaku miejsca nie było na rękawiczki, kominiarkę i kurtkę, które mogłem zdjąć. To było bardzo niekomfortowe - wiem amator ze mnie ;-) Po zmianie czasu na zimowy, słońce zachodzi kiedy kończę pracę, więc drogę powrotną oświetlałem lampką. Świetnie się jeździ po lesie w nocy z lampką Convoy s2+, nadal nie mogę wyjść z podziwu nad jej mocą. Kto wie, czy to właśnie nie ta lampka uratowała dziś pana jeża, który w PK Promno wyszedł na spotkanie z kołami mojego roweru. Zatrzymałem się, aby zrobić mu zdjęcie. jeż
Kolejny piękny dzień na dojazd do pracy. Dziś to nawet było cieplej niż wczoraj. Z powrotem towarzyszyła mi Ania, z którą obserwowaliśmy po drodze parkę bażantów i zachód słońca.
Kolejny ciepły i przyjemny dzień i kolejny dojazd i powrót z pracy będąc ubranym na krótko w tę i z powrotem.
Poza tym, w drodze powrotnej wstąpiłem jeszcze nad Jezioro Biezdruchowskie w Pobiedziskach celem zaspokojenia ciekawości w kwestii budowy zespołu pomostów przy głównej plaży. Budowę zaczęto w 2017r., jednak ekipy budowlane natrafiały na co bądź to nowe problemy i wlecze się to już jakiś czas po terminie. Od lata tego roku widać było spory ruch na budowie i jak widać efekty mamy już widoczne. Sugerując się tempem obecnej ekipy, jest szansa że skończą jeszcze w tym roku. Tak wyglądało to dziś:
Tak cieplutko i przyjemnie, że nawet rano jechałem ubrany na krótko.
W Pobiedziskach stał taki oto zestaw. Z tego co wiem, to trolejbusy kursują po Gdyni i Lublinie, ale chyba jeszcze jest jedno miasto w Polsce gdzie można je zobaczyć. Jednak na pewno nie są to Pobiedziska :-)
Ciekawy dziś miałem powrót z pracy, kiedy poczułem że coś dziwnie zaczynam podskakiwać na rowerze po kilku kilometrach jazdy. Oczywiście złapałem laczka w tylnym kole. Wymieniłem zatem dętkę, wyjmując z przebitej kolec od akacji i jazda dalej. Po kilku kilometrach czuję, że coś poszło nie tak bo znów czuję podskakiwanie na sflaczałej oponie. Byłem w tym momencie we Wierzonce, dlatego od razu podbiłem do domu rodzinnego, aby w spokoju zaradzić zaistniałej sytuacji. Tata poratował mnie łatką, gdyż okazało się, że woziłem przebitą dętkę na wymianę w plecaku :-S Po raz drugi zdejmuję koło oraz feralną dętkę, a tą którą przebiłem naprawiam łatką i zakładam na koło. Już się cieszę, że jest naprawione, gdy po kilkunastu minutach schodzę po rower i się okazuje, że gdzieś przy klatce wpierdoliłem się w jakiś cienki drut - tą nowo załataną dętką i od nowa to samo, z tą różnicą, że dziurka była tak malutka, że musiałem sprawdzać w domu w zlewie z wodą skąd ucieka powietrze. Kiedy udało się zlokalizować miejsce defektu, szybko nakleiłem drugą łatkę i ta dowiozła mnie do Pobiedzisk dopiero :-) Dodam, ze w moich dzisiejszych zmaganiach towarzyszyła mi moja wierna kibicka Ania, która wyjechała dziś po mnie z domu, aby się troszkę ze mnie pośmiać! ;-S
a by to zwykły ch.....j!!!!
Dobra troszkę pięknych Pobiedzisk na rozluźnienie: pobiedziski dworzec kolejowy
Ciekawe do czego mogła kiedyś służyć ta budowla przy dworcu kolejowym?
Rano termometr wskazywał ledwie 10*C, więc jechało mi się rześko, zważywszy że na krótko,aby po pracy nie wozić wszystkich bluz, kurtek, rękawiczek, bandany w plecaku, który zresztą zawsze mam obładowany ponad normę.
Wracając z pracy zrobiłem sobie skok w bok przez Wierzenicę, Wierzonkę, Karłowice......i w Tucznie wyprzedził mnie gość na rowerze. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby ten gość nie jechał w klapkach!!! Zorientowałem się za późno, bo aby go dogonić musiałem jechać 40km/h!!! On w klapkach i w tyszircie zapierdalał ze średnią 30-35km/h i to na kilkunasto kilometrowym odcinku. Ledwo za nim nadążałem kręcąc na przełożeniu 3x8-9. Zdjęcie przy takiej prędkości na rowerze musiało wyjść zamazane. Mam do tego typa szacunek, że w tych swoich klapach tak zapodawał na jakiejś damce. Jest on przykładem, że nie xtr'y napędzają rowery. Na koniec podjechałem nieco bliżej i powiedziałem mu, że nieźle daje i że w butach było by mu lżej. On na to się tylko uśmiechnął i powiedział "wiiim".
Zanim jednak nastąpiła akcja z kolarzem w klapkach, zaobserwowałem w Karłowicach takie oto coś: W takiej kurzawie prace polowe.
No dobra a teraz akcja z klapkami: wyprzedziuł....
Jadzie 30km/h i klapki się uginają, a koszulka powiewa.
KLAPKI!!!
Nawet ciungnika zwyprzedziun! Waryjot jaki czy co?
Dzięki niemu moja średnia przekroczyła dziś 20km/h :-)
Podobnie jak wczoraj, znów po pracy ugadałem się z Anią i wspólnie pokręciliśmy do samego wieczora. Dziś za cel obraliśmy Jezioro Lednickie, gdzie po raz chyba ostatni w tym roku zażyłem kąpieli. Woda choć sporo chłodniejsza niż miesiąc temu, nadal daje komfort po zanurzeniu i można sobie swobodnie popływać.
wschód słońca
W Podarzewie wyleciały nam psy na drogę, ale jak zsiedliśmy z rowerów to zaczęły merdać ogonami i udawać że nic się nie stało :-)))
Taki wrzesień to ja lubię. Kąpiel w Jeziorze Lednickim.
Ależ mgliście przywitał mnie dziś poranek. Pierwsza taka mgła w tym roku, kiedy jadąc miałem mokre kolana od rosy, a na szkłach gogli skraplała się woda. Mimo to było całkiem ciepło (14*C) i z wiatrem w plecy. mglisty poranek
Po pracy natomiast, gdy wracałem z powrotem, ugadałem się z Anią i zrobiliśmy wspólnie miłą przejażdżkę. Najpierw po Parku Krajobrazowym Promno, aby zażyć nieco świeżości leśnej i potem asfaltami po gminie Kostrzyn Wlkp. i samym miasteczku. Dziś był prawdziwie piękny i urozmaicony pogodowo dzień. Rano duże zamglenie, po południu troszkę chmurek, a pod wieczór czyste niebo i piękny zachód słońca - nic tylko kręcić korbą. PK Promno - odrobina lasu.
PK Promno - odrobina piasku.
Jagodno - pofalowany teren.
Na drodze Pobiedziska - Kostrzyn otrzymałem pozdrowienia od rowerzystów :-)
Brama
cechowa w Kostrzynie została wzniesiona dzięki staraniom rzemiosła
kostrzyńskiego i przekazana miastu w czasie Kurdesza Kasztelańskiego w
1980 roku.
W
1477 r. w mieście było siedem cechów, które jednocześnie pełniły rolę
bractw kościelnych. Były to cechy szewski, rzeźnicki, krawiecki,
kuśnierski, garncarski, płócienniczy i mielcarski.
Dziś godła dawnych bractw i cechów widnieją na Bramie Cechowej.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017