O ile rano jechało się w miarę przyjemnie, bo z wiatrem (choć słabym), to z powrotem, męcząc się katorżniczo, pod silny wicher, plujący na mnie deszczem i śniegiem, zliczyć ilości niecenzuralnych wyrazów z moich ust się nie da! Zliczyć się nie da, bo było ich setki i wszystkie najgorszego sortu, typu: "motyla noga" ale wieje, "kurczę blaszka" ale zimno, "łał" ale deszczyk, "żółwia błoć" super cichy tir, "krucze pióro" ładne bagno! Mimo przeciwności losu dokręciłem do 5 dyszek i jakąś tam satysfakcję mam z dzisiejszego dnia na rowerze, jednak jeśli jutro pogoda będzie podobna to PIERDOLĘ TO W CHUJ!!! Jadę puszką, bo przyjemność z tego żadna. Chcąc ominąć główną trasę, na której setki tirów i hałas - trafiłem na nieprzejezdny las, a potem w bagno....
Na tej ulicy w Pobiedziskach, blisko mojego domu już prawię klęknąłem i złożyłem wieniec. Jednak nie klęknąłem i dojechałem pod klatkę resztkami sił i cierpliwości.
Jak już wspomniałem, jutro pierdolę i jadę samochodem. Mam już dość zajebanej zimy! :-) Ps. Nie będę przepraszał za wulgaryzm w tym wpisie, bo to mój blog i pisze w nim to co czuję.
Komentarze (6)
Fajnie że rowerem do pracy zasuwasz... Co do pogody to od wtorku ma zawitać prawdziwa wiosna. U nas wreszcie pierwsze bociany się pojawiły.
Rano budzik mi zadzwonił, otworzyłem oczy swoje i spojrzałem w prognozy. A tam na popołudnie deszcz ze śniegiem. Wybrałem więc opcję, godzina snu więcej, kładąc się ponownie spać i dojazd do i z pracy autem :D
Bardzo mi się nie podoba, że użyłeś brzydkich słów typu: "motyla noga" ale wieje, "kurczę blaszka" ale zimno, "łał" ale deszczyk, "żółwia błoć" super cichy tir, "krucze pióro" ładne bagno!, na szczęście później to naprawiłeś i wróciłeś do poprawnej polszczyzny :)
Fakt, po południu był koszmar - ja akurat z musu jechałem jako pasażer puszką na północ od Poznania i cierpiałem od samego patrzenia na los rowerzystów.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017