Jednak jednej, ważnej części zapomniałem zamontować do mojej zimówki - błotników. Dziś miałem okazję przekonać się, jak to przydatna rzecz, kiedy podczas powrotu z pracy deszcz rozpadał się na całego i aby nie zmoczyć się po całości - zmontowałem sobie błotniki z tego, co akurat miałem w pracy pod ręką. Użyłem do tego grubego kartonowego kątownika i taśmy klejącej i trzeba przyznać, że ten jednorazowy patent spełnił swoje zadanie w stopniu zadowalającym :-)
Kartonowe błotniki by Grigor ;-)
A taki oto leśny kibel napotkałem jadąc rano do pracy.
Komentarze (6)
Nie da się ukryć - na bezrybiu i liść... papier :)
póki są drzewa to chyba z krzaczków... ale to jest tak, że w razie potrzeby drzewa rosną. Kiedyś jechałem sobie w okolicach doliny Izery, i mnie natura dopadła, i tak z każdym depnięciem kosodrzewina wokół wydawała mi się wyższa, aż w końcu była na tyle wysoka że i bez kibelka siadłem :D. Myślę sobie że na stepach Mongolii też jakoś sobie radzą, każda trawka tam robi się jak dąb Bartek.
Można sobie sprawić takie błotniczki wpychane między pręty siodełka, jak np. to: http://allegro.pl/blotnik-pod-siodelko-ass-saver-ostre-kolo-szosa-i6622309364.html majątki to nie kosztuje, w dodatku waży nic. Co do kibla to w naturze wolę bezpośrednio pod krzaczkiem :D
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017