Trzeba czerpać z tego lata póki upały trwają, dlatego korzystam z dobrodziejstwa jezior, których mam w okolicy spory wybór. Fajnie wskoczyć do wody i poczuć to orzeźwienie, jakiego nie daje nic innego o tej porze. Jutro ma być kolejny taki upalny dzień, więc pewnie też jakieś pływanie zaliczę.
Rano jazda do pracy przy 21*C wydawała mi się mroźna, jednak kiedy po 8h wyszedłem za mury zakładu pracy, to otrzymałem cios od słońca prosto w twarz i z miejsca wiedziałem, że powrót będzie ciężki. Wczoraj jednak było o jakieś 2 stopnie cieplej i nasunęła mi się taka tragiczna myśl cyt: "Dobrze, że jest źle, bo może być gorzej".
Ale nie to było dziś ważne. Po powrocie z pracy, pojechałem jeszcze z Anią nad Jezioro Lednickie zażyć kąpieli w czystej wodzie. W takie upalne dni woda w jeziorach potrafi się nagrzać do niespotykanych temperatur, więc mogłem organoleptycznie to stwierdzić - była na prawdę ciepła, przyjemna i komfortowa, że aż się wychodzić nie chciało. Trening pływacki zaliczony :-) Potem jeszcze powrót w towarzystwie zachodzącego słońca i relaks na pobiedziskim Rynku - co za klimat! Co za lato!
kilka zdjęć też się zrobiło:
Latalice
i po żniwach
Jezioro Lednickie i nasza ulubiona miejscówka do kąpieli.
Tak sobie pływałem po tym dużym jeziorze.
balsam dla oka i duszy
Klimatyczny wieczór w Pobiedziskach.
Pobiedziski Rynek zachęca do wieczornych spacerów.
Upał męczy, ale trzeba jednak ruszać tyłek i się pocić, bo końca gorączki nie widać, a jeździć się chce bardzo. Polecam właśnie w takie upały połączyć rower z pływaniem - to orzeźwia :-)
Zwyczajny dojazd i powrót z pracy. Z ciekawostek po drodze: kraksa w Kobylnicy
Będąc już pod domem, zrobiłem sobie małą dokrętkę do 5 dyszek po ulicach Pobiedzisk i na dziś starczy kręcenia. wieczorny klimat na ul.Kazimierza Odnowiciela w Pobiedziskach
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017