Ależ dziś rano miło przymroziło. Wreszcie było można poczuć jakiś taki prawdziwy mrozek, a nie zgniliznę w okolicy 0*C. Od razu przyjemniej się kręciło. Dzień już zauważalnie dłuższy :-)
Słupki na kilometrowym odcinku drogi Kobylnica - Uzarzewo dają poczucie bezpieczeństwa. Zdjęcie zrobione ok. 16:30 a jeszcze było widno, mimo całkowitego zachmurzenia.
Dziś tylko krótka rundka po okolicy i samych Pobiedziskach, gdyż za wiele czasu na rower tego weekendu nie mam (remont). Ale cieszę się, że wyskoczyłem choć na chwilkę. Choć zaledwie 25 kilometrów, to kilka zdjęć zrobiłem po drodze, więc proszę:
Popołudniowa rundka z Anią do ościennej gminy Kostrzyn Wlkp. Pogoda dopisywała, bo przez chmury przebłyskiwało słońce, a z wiatrem w plecy to nawet można było poczuć ciepło jego promieni. Pod wiatr natomiast tak mroźno dęło, że twarz zamieniała się w czerwoną maskę :-) Po drodze podziwialiśmy pięknie ukształtowany teren Parku Krajobrazowego Promno (to akurat w naszej ukochanej gminie Pobiedziska), ogromne stado gęsi oraz Iwno - rodzinną miejscowość Ani. Poza tym mieliśmy pit - stopa właśnie w Iwnie, kiedy poczęstowany zostałem zupą rybną - mam mieszane uczucia co do jej smaku (tylko cicho, nikomu nie mówcie).
trasa:
kilka ździsiów: Choć na zdjęciu nie widać, to w tym miejscu jest paręset metrów sporego podjazdu. Droga Pobiedziska - Kociałkowa Górka.
ptactwo na polu w Kociałkowej Górce
stado gęsi w Buszkówcu
Krajobraz okolic Buszkówca
W Glince Duchownej Ania robi zdjęcie krajobrazu, a ja jej.
Dziś trafiłem w dziesiątkę wybierając rower na dojazd do pracy i o ile do pracy jechało mi się ciężko, bo pod silny wiatr i slalomem między kałużami, to z powrotem warunki zupełnie się odmieniły, serwując mi świeżą warstwę białego puchu pod kołami, wiatr w plecy i zamarznięte kałuże, a to lubię bardzo. Dziś po południu przeszła śnieżna zamieć, która zamieniła drogi asfaltowe w lodową ślizgawkę, więc mogłem obrać kurs drogami polnymi, którymi jechało mi się świetnie, choć czasami na odcinkach bardziej rozjeżdżonych przez samochody, woda na skutek mrozu szybko zamarzła i można było zaliczyć niezłą glebę - 1:0 dla mnie :-)
Dziś po 16:00 zauważyłem, że dzień już zauważalnie się wydłużył o paręnaście minut.
W ferworze walki zajęć dnia powszedniego, w minionym tygodniu nie udało mi się niestety pokręcić korbą. Dopiero dziś po południu nastąpiło zluzowanie gaci i tym sposobem wraz z Anią wsiedliśmy na rowery i jazda. Zrobiliśmy rundkę po naszej gminie Pobiedziska, kiedy na powrocie złapał nas deszcz, przyśpieszający kres naszej wycieczki, dlatego też tylko 3 dyszki musiały nas zadowolić.
trasa:
ździsie: gniazdo świeci pustką
murowany budynek gospodarczy we Wronczynku
Ania w Polsce
nasze rowery na tle Jeziora Kołatkowsko - Stęszewskiego
Korzystając z kilku godzin wolnego, wsiadłem o 10:00 na rower i pojechałem na krótką wycieczkę, w większości po asfaltach gminy Kostrzyn. Słońce ładnie świeciło, jednak ciśnienie było chyba zbyt wysokie dla mojej bańki, myślałem że mi pęknie. Ironia losu, że akurat dziś, kiedy miałem wolne od pracy, słońce świeciło i rower pod dupą, to pulsująca bańka nie pozwoliła na cieszenie się jazdą. Zapewne jutro, kiedy będzie pochmurnie i będę w pracy, to nic mi nie będzie doskwierać :-)
Dziś jazda w większości terenowymi drogami, w niesprzyjających warunkach pogodowych, dlatego sił starczyło nam na spokojny objazd Jeziora Kowalskiego. trasa: ździsie: łowisko pstrąg
Celem dzisiejszej wycieczki była wieś i gmina Łubowo. Dawno nie kręciliśmy po tamtych fyrtlach, więc plan na kręcenie mieliśmy gotowy. Gdy wyjeżdżaliśmy z domu, na niebie było prawie bezchmurnie, a świecące słońce tak jakby ukłuło nas ciepłem promieni przez ułamek sekundy - cóż za niebywałe uczucie w styczniu. Co prawda po niedługim czasie niebo zupełnie się zachmurzyło i raz nawet spotkał nas przelotny deszcz, to finalnie cały wypad wyszedł bez jakiegokolwiek dyskomfortu.
W drodze między Fałkowem, a Łubowem miało miejsce miłe spotkanie. Pewnie mało kto już pamięta z mojego bloga Sebę. Tak z tym gościem parę lat temu pizgałem spore dystanse. Akurat dziś tak wyszło, że trenował sobie na naszej trasie i się spotkaliśmy. Fajnie było znów go zobaczyć i zamienić kilka słów, kto wie....może jeszcze kiedyś pojeździmy wspólnie w terenie. Pozdro men! Dla ciekawskich wstawiam linki do trzech naszych wycieczek, które były hardcorowe, powyżej 200 km: Chodzież Konińskie Zagłębie Węgla Brunatnego Bydgoszcz
Wracając do Łubowa, to zrobiłem kilka zdjęć najciekawszym obiektom tej wsi i potem wróciliśmy do Pobiedzisk zahaczając o nasze ulubione Jezioro Lednickie. Te 4 dychy w zupełności nam dziś starczyły. prawie bezchmurne niebo
Ania i Seba
kościół pw. św. Mikołaja w Łubowie
herb Łubowa
kościół filialny z XIX w. w Łubowie
Ten budynek banku w Łubowie, choć nie jest zabytkiem, to zawsze zwraca moją uwagę.
Nie pada deszcz to jadę - takie mam motto w tym roku na jazdę do pracy rowerem. Dziś nie padał deszcz tylko śnieg, a to akurat lubię i to bardzo. Jedynie tylko wczesna pora wyjazdu mnie zniechęca, ponieważ jadąc rowerem muszę wyjechać minimum o 6:30 z domu, aby przed 8:00 być na miejscu, a to wiąże się z wczesną pobudką - za wczesną :-))) Pobiedziska - Bogucin tak wygląda trasa mojej marszruty do pracy. Trasę mam prostą jak drut, ponieważ wystarczy wbić się na starą krajówkę "5" i po równych 20 km jestem na miejscu, jednak gdy warunki są niesprzyjające do poruszania się po ruchliwej drodze, wybieram wariant alternatywny, taki jak dziś, czyli polnymi drogami. Wtedy dystans wydłuża się o kilka kilometrów, ale jest bezpieczniej i o wiele ciekawiej - chyba będę jeździł ciągle alternatywą. Pokusa jazdy autem jest wielka, ale ja mięczakiem nie jestem i wsiadam na rower, bo w przeciwnym razie na hobby w tygodniu zostałoby mi tyle czau co nic - taki już ci los.
W przepięknych okolicznościach natury w Ligowcu, podczas powrotu.
Nowy Rok czas start. Dziś jazda jakby w dwóch strefach klimatycznych, bo w Poznaniu śnieżyca i śniegu po piasty, a w Pobiedziskach zero śniegu i suchutko.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017